Wreszcie dojrzałam do macierzyństwa

Być może tytuł zabrzmi kontrowersyjnie.. jakby nie było niemal trzy i pół roku po tym jak po raz pierwszy zostałam mamą, ale taka jest prawda: wreszcie dojrzałam do tej roli. Czy to znaczy, że wcześniej nie troszczyłam się o swój narybek, nie kochałam go, nie dbałam o jego potrzeby?

Nie, absolutnie! Z lubością wsłuchiwałam się w pierwsze odśrodkowe kopnięcia z brzucha, tuliłam niemowlęta, wycierałam nosy (i nie tylko nosy), zapewniałam codziennie, że kocham najbardziej na świecie, dostarczałam pożywienie, zakładałam szaliki i robiłam wszystko to, co mama robić powinna.  Tylko z moim nastawieniem coś było nie bardzo. Coś we mnie buntowało się przeciwko zmianom.

IMGP2937 IMGP2938

Chciałam zjeść ciastko i mieć ciastko – jednocześnie być mamą, ale pozostać również tą dziewczyną sprzed kilku lat, niezależną, ze swoim życiem, hobby, aspiracjami, która ma dla siebie czas.

Zresztą w dalszym ciągu uważam, że każda matka powinna mieć ten czas dla siebie. Wielkie „tak” dla bycia zadbaną, dla uprawiania sportu, chadzania do kosmetyczki, prowadzenia bloga, czytania książek, zapisywania się na kursy językowe, czy choćby umawiania na kawę z przyjaciółką (bądź wino, jeśli ktoś preferuje). Z drugiej strony stanowcze „nie” dla udowadniania sobie czegoś na siłę kosztem swoich ukochanych małych ludzi.

U mnie zawsze był jakiś cel, jakaś misja do wykonania: przeżyć ciążę, dostarczyć nowego człowieka na świat. Potem przetrwać niemowlęctwo, karmienie, nocne pobudki, odbijanie, ząbkowanie, raczkowanie, wspinanie się na wszystko, przegryzanie kabli. Zawsze wydawało się że zaraz będzie nowy etap i zrobi się lżej i .. nigdy nie robiło się lżej! Robiło się inaczej, ale równie wyczerpująco. Miałam wielkie wyrzuty sumienia czytając wzniosłe teksty innych matek o cieszeniu się każdą chwilą, o delektowaniu każdym momentem i etapem w życiu maleństwa.

Mnie trochę trudno się było delektować, gdy ze ścierą na kolanach zmywałam kaszkę z szafek kuchennych w obrzyganej bluzce, marząc o tym, by mąż już wrócił z pracy i chociaż na chwilę przejął dzieciaki.

IMGP2947 IMGP2942 IMGP2955

Aż w końcu zrozumiałam, że ja, mąż, Młody i Kropka jesteśmy pełnoprawnymi uczestnikami naszej małej komórki społecznej. Nie: ja i mąż, długo długo nic, a potem dzieciaki.

Jesteśmy tu i teraz, wszyscy razem. I zamiast czekać na inny, łatwiejszy etap musimy zaakceptować stan obecny i starać się, by wspólne życie było jak najbardziej znośne, a nawet przyjemne. Wreszcie zdałam sobie sprawę, że moje dzieci to nie są już te nieporadne zawiniątka w becikach, które można przestawiać, przenosić, zostawiać komuś pod opieką bez słowa wyjaśnienia. To nie są maluszki, którym wszystko jedno co dzisiaj robią i kto się nimi zajmuje. Obecnie wiele rzeczy należy im dokładnie tłumaczyć, uprzedzać jaki będzie plan dnia, co dzisiaj robimy – to wszystko po to, by łatwiej im było zaakceptować nasze zamierzenia, ale także z szacunku do nich. Przecież dorosłych bliskich uprzedzamy, gdy ktoś przychodzi z wizytą, lub gdy szykujemy wycieczkę. Dlaczego mielibyśmy inaczej postępować z rozumnymi ludźmi o wzroście poniżej 1,20 metra?

IMGP2988 IMGP2978 IMGP2975

Myśląc o dzieciach, o tym że one rozumieją coraz więcej, zastanowiłam się poważnie nad swoim podejściem do matczynych obowiązków i nad tym jak Stwory je odbierają.

A moje nastawienie cechował odwieczny wkurw na to, że muszę ślęczeć na kolanach pod tym stołem, zbierać cholerne ziarenka ryżu, ścierać jogurt, twaróg, czy inną zupę z podłóg, po raz setny myć tackę i wiecznie usyfione krzesełko do karmienia. Mój wieczny foch, bo bałagan potrafi się zrobić sam, a porządek jakoś nie. Rozczarowanie, że jestem tu, a tak naprawdę wolałabym być gdzieś indziej, włóczyć się po mieście, plotkować z przyjaciółmi, pić kawki i czytać gazety. Moje permanentne niezadowolenie, bo nie widzę świata poza czterema ścianami, bo smycz rzadko kiedy pozwala mi wydostać się z kuchni, a czynności które muszę nieustannie wykonywać obniżają moje poczucie własnej wartości. Bo zamieniam się w pospolitego kuchennego kocmołucha ze zniszczonymi rękami i potarganą grzywą, a i tak nikt nie docenia tego, co robię. Wszyscy są tacy rozszczeniowi, ledwo opanuję sytuację żywieniowo-higieniczno-logistyczną już przyłażą z kolejnymi życzeniami.

IMGP2953 IMGP2964 IMGP2970

Ileż tak można!? Myślę sobie czasem, naprawdę wściekła. Buntując się przeciwko szarej codzienności, marząc o czymś innym, odległym, o atrakcyjniejszym trybie życia. I wtedy do porządku przywołuje mnie poważne, mądre spojrzenie jego oczu.

„O cym myślis?” – zapyta ni z tego ni z owego. Wyczuwając moje niezadowolenie i niechęć. I trochę mi wstyd, bo przecież to nie jego wina, a jest już na tyle duży, że wiele rozumie, a jeszcze więcej wyczuwa. Czy mam prawo wyładowywać się na nim, tylko dlatego, że nie tak wyobrażałam sobie dorosłość? Oddycham więc głęboko i dla odmiany koncentruję się na małym człowieku. Oglądam konstrukcje z klocków, słucham historii z przedszkola, na życzenie wyczarowuję lodowy pałac (bo od niedawna jestem Elsą z „Frozen”:). Potem idziemy razem czytać, albo oglądamy bajki. On przytula się i mówi, że bardzo mnie kocha. Ja rzucam naszym stałym, retorycznym stwierdzenio-pytaniem: „Jesteś najcudowniejszym, małym chłopczykiem na świecie! Mówiłam już Ci to kiedyś?”, a on niby znudzony, ale wyraźnie zadowolony odpowiada: „taaaak!” wtulając się we mnie.

Wtedy dociera do mnie banalna i zupełnie nieodkrywcza myśl, że ten wymarzony tryb życia, spotkania, posiadówy w kawiarniach, czy podróże.. to wszystko jest o wiele mniej ważne, niż moje dzieci i nasze wspólne relacje.

IMGP2971 IMGP2968

Dojrzałam wreszcie do bycia mamą. Zaakceptowałam, że jest inaczej niż kiedyś i już tak będzie, schowałam wewnętrzy egoizm do szuflady i zrozumiałam, że właśnie w tym momencie budujemy nasze relacje. I gdy tylko to zaakceptowałam, okazało się, że potrafię czerpać ze wspólnych chwil wiele radości. Nie da się odłożyć rodzinnego życia na jutro, czy przyszły tydzień, nie da się budować relacji będąc cały czas daleko – czy to fizycznie, czy tylko myślami. Nie da się ich budować okazując dzieciom nasze rozczarowanie trybem życia, ani tym bardziej ślęcząc przed komputerem lub nie wypuszczając komórki z dłoni. Jeśli teraz to wszystko sobie odpuścimy, wróci do nas za kilka, kilkanaście lat, niczym bumerang uderzając nas prosto w głowę wraz z ich nastoletnią niechęcią, obojętnością, brakiem chęci porozumienia się.

Potrzebna jest uważność. Bycie z dziećmi tu i teraz tak naprawdę z pełną koncentracją na ich słowach, uczuciach i zabawach, nawet jeśli tylko na chwilkę, na godzinę (bo ktoś przecież to żarcie ugotować musi), za to na wielkie 100%. Wyłączcie więc kompa i idźcie do dzieciaków.

IMGP2960 IMGP2985

1

21 comments

  1. Karolina says:

    Wow. Czytałam ten tekst jak własny. Dużo w nim prawdy. Cała prawda. Mój Bąbel ma dopiero 10 miesięcy. Też miewam DOŚĆ, jednak coraz częściej czerpię przyjemność z małych codziennych rzeczy, które wykonuje po raz tysięczny. Za 4 miesiące wracam do pracy i uświadamiam sobie, że tyle czasu ile spędzam z synem teraz, nie będę spędzać już pewnie nigdy. Staram się docenić tu i teraz, bo te chwile już nigdy nie wrócą.

    • Agata / Ruby Times says:

      To niezła jesteś! Ja po 10 miesiącach byłam baaaardzo daleka od takiej dojrzałości:)
      Ale doskonale rozumiem, co masz na myśli: im bliżej powrotu do pracy, tym więcej takich refleksji. Pozdrawiam cieplutko!

  2. Karolina says:

    A ja się dziwię, naprawdę się dziwię, że Twój blog jest (chyba) tak mało znany… powinnaś już dawno odnieść „sukces”. Piszesz świetnie, na zdjęcia się przyjemnie patrzy. Przez kilka lat zrobiłaś duży progres. Nic mnie tutaj nie drażni, praktycznie pod każdym postem o tematyce dzieci i książek mogę się podpisać. Więcej… inspirujesz. Korzystam z przepisów, porad dotyczących wychowania, podejścia do dzieci , z czytelni . Dzięki Tobie poznałam wydawnictwo Ładne halo (nadal bardzo mało rozpowszechniane na blogach książkowych ).Podoba mi się Twoja szczerość i luz. Twój blog jest jedynym tego typu który czytam. Reszta mnie nie interesuje, a wręcz odpycha swoją nieszczerością, zakłamaniem. Tutaj jest autentycznie i ciekawie, gratuluję.

    • Agata / Ruby Times says:

      Dziękuję, bardzo miło czyta się takie komentarze. Blog raczej nie odniesie wielkiego sukcesu. Powody? Pisałam o nich niedawno, w tekście o tym dlaczego nie przyznaję się, że jestem blogerem :) To raczej coś w rodzaju hobby, a nie zajęcie zarobkowe, pewnie w tej sytuacji łatwiej jest zachować luz i autentyczność, niż gdy musisz wrzucić „content” raz na dwa dni, bo terminy gonią. Pozdrawiam!

  3. Mama Hani says:

    Po prostu musi upłynąć trochę czasu zanim przyzwyczaimy się, że tak właśnie teraz będzie wyglądać nasze życie.
    Ja przed urodzeniem Hani, a czekałam na nią dość długo, myślałam o zmianie życia, tylko w kategoriach braku możliwości wyjścia wieczorem, w nocy, braku możliwości zawalania nocy, bo rano pobudka. Że będzie trochę inaczej, ale nie aż tak inaczej, nie myślałam,że to taka ciężka praca.
    W ogóle nie pomyślałam o tym bałaganie jaki dziecko może zrobić jedząc, o tych myślach krążących na spacerze, albo przed snem, co podać na obiad – kucharka ze mnie żadna, a plan gotować zdrowo i smacznie, o tej energii jaką dziecko zabiera – o tym, że nie masz siły a musisz, że ci się nie chce a musisz, że nie masz ochoty trzymać za rączki i prowadzać, bo chce nieudolnie chodzić, ale musisz tak biegać przez 1 h po placu zabaw. Musisz planować zakupy, tak by kupić wszystko a dziecko nie wrzeszczało bo nie chce już w wózku siedzieć.O pójściu do restauracji nie ma mowy z naszym rocznym dzieckiem, bo to po prostu nie ma sensu, bo nie usiedzi i albo Ty, albo mąż, chodzicie z nim po restuaracji, a co najważniejsze, myślałam, że stan budzenia się dziecka trwa max przez pół roku, a dziecko ma 1 rok i trwa to dalej i wcale nie jest lepiej, czesto potrafie wstawać ledwo żywa i ledwo iść przez dzień przez te noce. No nie spodziewałam się, że będzie aż tak, ale można w końcu to zaakceptować i powiedzieć sobie ” aha, to właśnie to znaczy macierzyństwo”. Do tego powyższego można wpisać jeszcze wiele innych rzeczy, same wiecie…. Ten brak kontroli i kontrola dziećka nad Tobą :) Macierzyństwo szczególnie to z okresu niemowlęctwa to ciężka praca, szczególnie jak się ją wykonuje tylko z mężem, cięzko pracującym zawodowo, kiedy nie ma babci, dziadka, ktory Cię odciąży, da odetchnąć……

    PS. a jak to było z decyzją o drugim dziecku, skoro nie do końca akceptowałaś ten stan macierzyństwa, bycia mamą?

    • Agata / Ruby Times says:

      Dokładnie to wszystko, co wymieniłaś sprawiało, że nie do końca byłam w stanie znaleźć się w tej roli.

      Ale to nie tak, że byłam w tym czasie nieszczęśliwa, po prostu myślałam, że pewne rzeczy są przejściowe, że za dwa-trzy lata wrócę do dawnego trybu życia. Teraz wiem, że „przejściowe” oznacza.. na jakieś 18 lat :), ale po prostu to akceptuję. I to po trosze odpowiedź na Twoje pytanie w post scriptum: Bardzo chciałam mieć dwójkę dzieci i to najlepiej z małą różnicą wieku (między innymi po to, by szybko się potem ogarnąć, wyjść z pieluch i zacząć „żyć”).
      Jakoś nie zastanawiałam się nad tym, że po niemowlęctwie następują kolejne etapy i dzieci wymagają może mniej obsługi, ale za to dużo więcej uwagi i faktycznej obecności rodzica. No cóż, trzeba się pozbierać i dorośleć (w końcu!:) Pozdrawiam!!

  4. Sylwia says:

    Bardzo dobry tekst – pokazujący, co w macierzyństwie jest najważniejsze. Mamy dwie córeczki z 13-miesięczną różnicą wieku, starsza jest kilka dni młodsza od Twojej Kropki. Też często się łapię na podejściu „przetrwalnikowym” – oby do drzemki w południe, oby do powrotu męża, oby do kąpieli… A czas upływa tak szybko i każdego dnia nasze dzieci są inne. Ciągle zauważam, że czegoś już nie robią, a czegoś właśnie się nauczyły. Chciałabym przeżywać świadomie każdy ich dzień. W końcu nie są moje, mam je tylko na chwilę. Dorosną, wyfruną z gniazda…

    Bardzo lubię Twojego bloga. Trafiłam na niego w ciąży ze starszą córką, przejrzałam całe archiwum :) Uważam, że świetnie się rozwijasz warsztatowo. Mówi to dyplomowany filolog ;) Piszesz coraz lepiej i sprawniej, robisz świetne zdjęcia, poruszasz ważne tematy. Codziennie zaglądam, czy nie ma czegoś nowego. Normalnie nie komentuję, ale postanowiłam się przełamać :) Tak trzymaj! Pozdrawiam!

    • Agata / Ruby Times says:

      Aaaa, dziękuję, dziękuję! Wiesz droga Sylwio, ja dla takich komentarzy piszę! No więc przełamuj się częściej.
      Pozdrawiam serdecznie!

  5. Esencja says:

    Dla mnie macierzyństwo jest super pomimo wielu barw jakie przyjmuje. Nie wyklucza też mnie samej z mojej hierarchii wartości. Dużo „poświęciłam” (nie lubię tego słowa) dzieciom i rodzinie, ale nie żałuję ani jednego dnia, ani jednej chwili. Pewnie dzieje się tak m.in. dlatego, że wszystkie decyzje związane z rodziną podejmuję świadomie i odpowiedzialnie. Wkurzam się czasem, a jakże, jestem tylko człowiekiem, miewam swoje małe „frustracje”, ale dzięki rodzinie jestem bardziej szczęśliwa i dzięki niej rozwijam się. Dzieciom zaś zawdzięczam to, że moja rzeczywistość jest bardziej kolorowa, zabawna i pełna wyzwań ;-)
    Poruszyłaś też bardzo ważny aspekt (ja również często na niego się powołuję), a mianowicie, żeby w byciu matką i żoną nie zapomnieć o sobie, o dbaniu o siebie, swój rozwój, swoje pasje. Dzieci zmieniają nasz świat, podobnie jak małżeństwo, ale trzeba przy tym dodać, że są to zmiany na lepsze. Tak uważam.

  6. kejt says:

    heh, a ja serio lubiłam u Ciebie tę postawę, „wolałabym być gdzie indziej”, ten dystansik i nutę sarkazmu. będę za tym tęsknić

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.