W pociągu. Esej o dyscyplinie.

Pendolino pruje przez Polskę z chłodnej Gdyni prosto na gorące śląskie południe. Napakowana wiedzą, uzbrojona w cenne informacje o tym jak myśli mój Czytelnik* leniwie przeglądam magazyn, gapię się w okno, bądź okupuję wagon Warsa. See Bloggers dobiegło końca, w czasie trwania podróży stopniowo przeistaczam się z kreatywnego twórcy internetowego z powrotem w standardową Matkę Polkę, która już jutro od rana będzie dopierać koszulki z jagodowych plam.

Moimi przypadkowymi towarzyszkami podróży są trzy wiekowe kuracjuszki wracające z Sopotu do Warszawy.

Nasze relacje dość szybko ustalamy na poziomie: „uprzejmie, ale z dystansem”, czyli w skrócie nie zawracamy sobie tyłka i nie będziemy konwersować przez całą drogę o niczym, próbując załatać krępujące chwile ciszy (uff!). Tuż obok naszej części wagonu jest strefa dla rodzin – oddzielone od reszty szklanymi drzwiami komfortowe przedziały, w których wymęczeni rodzice mogą próbować ogarniać wychowawczy chaos a warunkach podróżnych. Mimo wszystko nie zazdroszczę – młodociani są wprawdzie grzeczni, ale sama zaczynam się nieco wiercić po pierwszych trzech godzinach w drodze, w okolicy czwartej przeobrażam się w osła ze „Shreka”, który co chwila dopytuje (sam siebie, w myślach – żeby było jasne): „daleko jeszczeeee?”.

IMGP0103

Dzieciaki tym bardziej zaczyna roznosić wielka, nieopanowana energia, która objawia się najpierw dzikim wrzaskiem, a następnie wtargnięciem do naszego wagonu.

Wpadły do środka, zrobiły małą przebieżkę w terenie, nie były cichutkie, ale też nie były irytująco głośne, w sumie to nawet nie zauważyłam problemu, ale może jestem znieczulona. Mimo to dość szybko doczekały się reakcji. Jedna z uprzejmych starszych pań na widok „szalejących” urwisów natychmiast, bez żadnego stanu przejściowego, przeistoczyła się w złą Babę Jagę. Wstała, pogroziła palcem, wykrzyknęła, że tu nie wolno biegać, po czym rozkazała dzieciom, by sobie stąd natychmiast poszły. No i dzieci poszły, problem w tym, że kilkakrotnie wracały, a babcia za każdym razem coraz bardziej zdecydowanie zwracała się do nich: „Chodźcie no tu! Tu nie wolno biegać! TU SĄ LUDZIE CHORZY! Kto was tak wychował!? Nie wolno biegać, nie wolno krzyczeć! Idźcie sobie!”

Czaicie? Dzieci po dwóch godzinach siedzenia jak trusie w pociągu zaczynają nieśmiało dokazywać, bo .. cholera jasna są dziećmi i to jest właśnie ich praca. Ruszać się, biegać, odkrywać, wdrapywać się, wrzeszczeć. Dziecko to nie szmaciana kukła, która może siedzieć bezczynnie przez sześć godzin.

Dziecko to nie robot, który ma wbudowany guzik „on/off”, albo baterie które można wyciagnąć po skończonej pracy. Dziecko musi skanalizować energię.

Jakiś czas później zza ściany usłyszałam nerwowe krzyki opanowanej i spokojnej wcześniej matki. Kobieta nie wytrzymała chyba presji, dziwnych niekulturalnych uwag o brakach w wychowaniu jej dzieci, po prostu wyładowała się na maluchach. Było mi jej żal. Rodzice wyglądali na sympatycznych, lecz trochę za mało bezczelnych by odpowiedzieć starszej pani jak należy. Po prostu wcielili się w rolę uczniaków, przyjmujących kolejne krytyczne uwagi od obcej osoby.

IMGP0099

To dość typowe: gdy dzieci nie reagują na nasze próby poskromienia zaczynamy dawać posłuch różnym głosom zewnętrznym, które dają nam rady lub krytykują nas. Może to być mama, tata, ciotka, kuzynka, sąsiad. Ktokolwiek. Dowiadujemy się, że dziecko nami rządzi. Że nie mamy nad nim kontroli (jasne, że nie mamy – to tak jakby mieć kontrolę nad bombą atomową). Że musimy dać dzieciom lekcję dyscypliny. Wówczas nawet najbardziej asertywne osoby mogą się złamać i przestać ufać swojej intuicji i zamienić się w żołnierza musztrującego potomstwo.

Znamienne, że ludzie nie posiadający własnych dzieci, ludzie bez podstaw wiedzy o psychologii dziecięcej mają często bardzo konkretne wyobrażenia o tym, jak dzieci powinny się zachowywać.

Czerstwi bezdzietni panowie, trzydziestoletnie singielki, gimnazjaliści oraz starsze panie, które może kiedyś były matkami, ale było to zapewne w czasach dinozaurów i wielkiego wybuchu. Ci ludzie potrafią być bardzo krytyczni i konkretni w udzielaniu zupełnie bezwartościowych wychowawczych rad. Dlaczego bezwartościowych? Otóż w naszym kręgu kulturowym przyjęło się uważać, że małe dziecko powinno być grzeczne, spokojne i posłuszne. Wszyscy mają taką odrealnioną wizję, a równie dobrze moglibyśmy zacząć wierzyć w jednorożce i elfy hasające po klifach przy Orłowie.

Wychowanie nie ma tu nic do rzeczy – małe dzieci po prostu nie potrafią być spokojne przez dłuższy czas.

Jeśli takie spotkacie, to może lepiej donieść na policję, kto wie – może matka podaje im wyciąg z makówki, jak to czyniły w zamierzchłych czasach niektóre sąsiadki mojej babci, gdy chciały pójść na targ do miasta. Problem w tym, że ich dzieci wyrosły potem na wiejskich przygłupów, więc chyba nie było warto dla chwili spokoju. Większość dzieci to istna dzikość serca. Są ciekawe świata, złoszczą się i płaczą (bo uczą się okazywania emocji), nie chcą robić tego, o co my ich prosimy, uciekają opiekunom (uczą się niezależności), wspinają tam gdzie absolutnie nie wolno się wspinać, bawią tym co zdecydowanie nie zostało stworzone do zabawy (bo mają potrzebę odkrywania).

DSC_0078

Rodzic, który chce zrozumieć swoje dziecko musi sobie zdać sprawę z tego, że wszystkie „niegrzeczne” zachowania pomagają dziecku w prawidłowym rozwoju i tak naprawdę powinniśmy się martwić jeśli dziecko ich nie przejawia.

Ta elementarna wiedza z dziedziny pediatrii i psychologii dziecięcej pomaga wyluzować. Włączyć zen.  Gdy maluch ryczy, bo nie chce żółtych majtek tylko czerwone. Wyciągasz więc z szafy czerwone, a on nagle koniecznie chce białe w paski. Ale nie te w paski niebieskie, tylko zieloneeee ( „buuuuuuu!” ). To nie jest wbrew pozorom czysta upierdliwość – to nauka samostanowienia. Dziecko uczy się decydować, właśnie w ten sposób, powodując przy okazji nasze zniecierpliwienie. Gdy mamy ochotę rzucić młodocianym na glebę i założyć mu na tył pierwsze lepsze slipy częstujac jednocześnie tekstem: „ja już nie mam siły na te twoje głupoty!” – warto to sobie wówczas uświadomić. I czasem zwyczajnie pozwolić dziecku na swoje małe wybory. Dziecko się wówczas rozluźnia i jest szczęśliwsze gdy wreszcie może o czymś (choćby małym) decydować.

W naszej kulturze przyjęło się, że do dziecka trzeba z dyscypliną. Też bym tak chciała, bo dyscyplina wydaje się dużo łatwiejszą drogą niż ciągłe wysłuchiwanie co dziecko ma do powiedzenia.

Z drugiej strony warto się zastanowić, jaki efekt chcemy osiągnąć – czy tylko święty spokój w chwili obecnej, czy coś poza tym? Pomyśleć jaki człowiek wyrośnie z naszego pokornego, dobrze ułożonego dziecka, nieustannie ograniczanego zakazami. Według psychologów takie dziecko to idealny materiał na dorosłego o niskim poczuciu własnej wartości i pewności siebie. Z problemami przy zawieraniu znajomości, a przy tym bardzo podatnego na wpływy i sugestie innych, co jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza w okresie nastoletniego buntu. Skoro przez całe dzieciństwo blokujemy naturalną potrzebę podejmowania decyzji i posiadania własnej strefy niezależności, to ten młody człowiek ich potem nie ma.

IMGP0088

Chciałabym, by moje dzieci wyrosły na wyluzowanych, zrównoważonych dorosłych.

Na ludzi, którzy niekoniecznie rzucają się na wszystkie używki i pokusy świata, a jeśli już to z własnej woli, a nie dlatego, że inni tak robią. Chciałabym, by potrafili dokonywać własnych wyborów, by byli ciekawi świata, a jednocześnie wrażliwi. Karcąc, zakazując, krzycząc i tłumiąc ich wolność z pewnością tego nie osiągnę. Dlatego właśnie codziennie walczę ze sobą, gryzę się w język i negocjuję zamiast nakazywać. Różnie mi to wychodzi, ale każdego dnia znów próbuję, a oni dają mi kolejną szansę.

IMGP0089

* Moje spostrzeżenia na świeżo z konferencji See Bloggers znajdziecie na fan page Ruby Times na Facebook’u. Zapraszam do poczytania i również do polubienia strony. W czasie wyjazdów dzieje się tam zdecydowanie więcej, niż na blogu.

1

46 comments

  1. FrenchKate says:

    Hmm…. nie do końca się zgodzę. Rozumiem, że dzieci muszą się wyładować i wyszaleć, ale oprócz normalnych dzieci, które czasem tylko sobie podokazują, są też dzieci z ADH albo dzieci najzwyklej rozpuszczone przez rodziców. Dobry przykład to dziecko naszych sąsiadów, które zaczyna płakać już zaraz po obudzeniu (ma pokój nad naszą sypialnią) i potem ryczy średnio 7 razy na godzinę, zwykle gdy rodzice nie pozwalają mu rzucać ciężkimi obiektami po podłodze. Wtedy zaczyna tupać i histerycznie wydzierać się na cały głos. Raz kiedyś ojciec spotkał nas na korytarzu i przeprosił, co mieliśmy mu odpowiedzieć? Najgorsze, że w naszym budynku psa nie można mieć, bo robi ponoć hałas…. Tymczasem w pociągu są ludzie, którzy się uczą, pracują albo najzwyklej w świecie potrzebują chwili ciszy (i słono za to zapłacili), zatem powinny być jakieś strefy dla rodzin i osobne dla ludzi, którzy nie mają dużej tolerancji na dzieci (no nie każdy ma). Są już ponoć nawet hotele adults only. We francuskich pociągach TGV w wagonie nie wolno rozmawiać przez telefon. Aby sobie porozmawiać trzeba wyjść na korytarz. Należy szanować prawo innych pasażerów do chwili spokoju. Oczywiście nie jestem za tym aby wychowywać dzieci jak roboty, ale uważam zależnie od wieku dziecka należy mu stopniowo wpajać pewne normy społeczne. Żeby nie wyrósł na jakiegoś „dzika” i nie tkwił w przekonaniu, że jest „pępkiem świata”. Bo dla rodziców może i jest, ale dla całej reszty niekoniecznie:) Dzięki za fajny post. Jak zwykle zresztą.

    • Agata / Ruby Times says:

      Najlepiej by było, gdyby obie strony okazywały sobie minimum zrozumienia i szacunku. By rodzice dzieci stopniowo (bo inaczej się nie da, dwulatek po prostu tego nie skuma) wprowadzali dzieci w świat kultury i obycia, oraz by bezdzietni byli trochę bardziej wyrozumiali, nie posyłali nam zabijających spojrzeń, gdy tylko dziecko zachowa się „po dziecięcemu”. Nie można wykluczać młodych rodzin z przestrzeni społecznej – ona należy tak samo do małych dzieci, jak i do Ciebie, mnie i innych – czasem irytujących ludzi (pana bez koszulki, pani która nie uprała koszulki, entuzjastę głośnej muzyki, tudzież przekleństw).

      Sama kiedyś byłam bezdzietna i nie rozumiałam, że małe dzieci czasem po prostu mają dość i płaczą. I nie jest to wina ani rodzica, ani tego że dziecko jest rozpuszczone. I nie można im z tego powodu kazać siedzieć w domu.
      Inna kwestia to „przezroczystość” matek w większości sytuacji społecznych. Podczas mojego singielskiego wypadu pomogłam jednej wyprowadzić bagaże z pociągu (była sama, miała dziecko na ręku, wózek i inne sprawunki), i innej znieść wózek po wielkich schodach. Ale gdy dziecko akurat nie płacze i jest grzeczne ci sami krytyczni i dający zwykle rady ludzie jakoś takich rzeczy nie zauważają. Nie chodzi o roszczeniowość, ale wydaje mi się, że ktoś powinien do cholery edukować społeczeństwo, że warto czasem pomóc takiej osobie, tak po prostu, bezinteresownie. I pomyśleć cytatem z Misia „A gdyby to Wasza matka…”

  2. elusza says:

    Wydaje mi się, że dzieci trzeba jednak pilnować, żeby nie przeszkadzały innym (w podróży, w knajpie, hotelu) – dzięki temu im samym jest lepiej, że nikt nie krzywi nosa. Ale paniusie tzw. średniowieczne lub emerytalne potrafią być naprawdę babojagowate do przesady. Skojarzył mi się ten Twój fajny tekst z sytuacją, jaka miała miejsce dosłownie kilka tygodni temu w pociągu (pendolino) tej samej relacji. Mój sześcioletni syn został zabrany przez mojego tatę a swego dziadka na kilka dni, zwiedzali Kraków. Jędruś opowiedział mi taką historię: I wiesz mamo, jechaliśmy z dziadziem pendolino i ja mu opowiadałem o kolegach i zabawach w przedszkolu – i chyba za głośno opowiadałem, bo taka pani przed nami odwróciła się do dziadzia i powiedziała tak niemiło, przez zęby: „Czy pan mógłby powiedzieć temu dziecku, że nie jest samo w pociągu?!” i ty wiesz mamusiu, że dziadzio tej pani tak samo odpowiedział, jakby przez zęby: „tak, mogę powiedzieć temu dziecku, że nie jest samo w pociągu.” I wiesz mamusiu, że dziadzio wcale mi nie powiedział, tego co mógł mi powiedzieć, że nie jestem sam w pociągu! Bo ja to wiedziałem przecież. :-)

    • Agata / Ruby Times says:

      Dziadziuś wymiata :)
      Jasne, masz rację – zgadzam się, że należy szanować współpodróżnych i uczyć dzieci cywilizowanego zachowania. Tylko że te dzieciaki z pociągu, podobnie jak Twój synek z powyższej historii, nie były wcale niegrzeczne ani uciążliwe. Być może dopiero się rozkręcały, ale tak naprawdę godzinę później widziałam jak cała trójka spała w objęciach mamy na fotelach. Nie zrobili nic takiego, co zasługiwało na karcenie, a tym bardziej na traktowanie pozbawione szacunku przez obcą osobę. Też nie jestem zwolennikiem, by dzieciaki wchodziły innym na głowę, ale gdybym to ja jechała wówczas z rodziną prawdopodobnie odpowiedziałabym tej Babie Jadze bardzo przez zęby :) Pozdrawiam!!

  3. kluscka says:

    Wczoraj „testowałam” moje dwie Córki w podróży na odcinku 25km pociągiem. Jedna 3letnia już obyta z pociągiem patrzyła przez okna szukając na podwórkach trampolin – to jest cel główny podróży, liczenie trampolin;) Druga jednoroczna niestety nie nadaje się do podróży – wulkan energii nie do opanowania. Wiercące moje 9kg szczęścia w drodze powrotnej już ujarzmiane było w rękach Taty, bo ja nie miałam już siły. Efekt taki, że pozostaniemy w „80%, które nie pojadą na wakacje”. Rozmawiałam z Panią Konduktor i powiedziała, że odradza podróż z dziećmi na długich trasach… Mąż myślał o tym żeby zapłacić za cały przedział, ale z tego co piszesz to nie rozwiązuje problemu…

    • Agata / Ruby Times says:

      Kurde, a ja właśnie rozważam sześciogodzinną podróż pendolinem z naszym stadem. Kropka to dokładnie taki wulkan energii (właśnie się wspina na lodówkę;)

  4. cytrynna says:

    Nie lubię sytuacji, w których dorośli nie pamiętający dzieciństwa swoich dzieci przystępują do oceniania. A przystępują na przykład na Mszy (odkąd mamy dzieci Msze spędzamy głównie w zakrystii lub na dworze)- ale Msza to jeszcze zrozumiałe. Nie lubię gdy patrzą na mnie krytycznie bo mój starszak popyla na swojej biegówce po chodniku. Jest zwinny i nigdy w nikogo nie wjechał, nawet w tłumie, ale spojrzeń i komentarzy-niby-w-przestrzeń złowiłam wiele. Z kolei moje niemowlę jest bardzo spokojne i często ktoś niby-miło komentuje ‚jakie grzeczne’, a przecież co to za grzeczność, nie kazałam mu być spokojnym. Czasem proszę zmęczone niemowlę by było cicho, ale wtedy nie chce być „grzeczne” :)

    • Agata / Ruby Times says:

      No właśnie – co to za zasługa dla niemowlęcia że akurat jest w miarę wyspane i najedzone? To samo dziecko w bardziej stresującej sytuacji zostanie zaszufladkowane jako mały rozdarciuch. Przede wszystkim beznadziejne jest to, że ludzie uwielbiają oceniać innych – nawet jeśli widzą tylko trzyminutowy wycinek ich życia. Przypomniały mi się te spojrzenia oburzenia w Lidlu, gdy robiłam zakupy z płaczącym dzieckiem w wózku. Pytanie co miałam zrobić? Jechać z powrotem do domu (BEZ JEDZENIA NA OBIAD?) bo przecież market to nie miejsce dla dziecka, czy jednak kupić szamę dla dzieci?

  5. kejt says:

    Bardzo podobne mam przemyślenia. I odnośnie „grzeczności” dzieci i pewności siebie rodziców. Trochę smucą mnie te komentarze u góry, że „dzieci trzeba pilnować, by nie przeszkadzały innym” oraz tragiczne wizje potworów mieszkających piętro wyżej. Komfort mojego dziecka, jego wolność osobista i prawo do poznawania świata zawsze będzie dla mnie ważniejsza niż zdanie obcych mi zupełnie osób.

    • Agata / Ruby Times says:

      Ja staram się nie wchodzić ludziom w drogę i nie powodować niczyjego dyskomfortu, nie przewijam dzieci publicznie, staram się minimalizować sytuacje w których mogliby komuś przeszkadzać, ale .. czasem takie sytuacje się po prostu pojawiają.
      Warto wówczas pamiętać, że DZIECI SĄ NIEODŁĄCZNĄ CZĘŚCIĄ SPOŁECZEŃSTWA. I myślę, że społeczeństwo robi się coraz bardziej dysfunkcyjne skoro przeszkadza mu biegający maluch. Zadziwia mnie również, że ludzie już prędzej będą tolerować meneli, żebraków, wulgarnych chamów, bo wiadomo – po co się z nimi szarpać. Najlepiej znaleźć sobie ofiarę w postaci matki z dzieckiem. Na niej można się wyładować, bo najprawdopodobniej położy uszy po sobie i nie odpyskuje. Przypomina się ten cały Mikołejko, potwory wózkowe, ostatnia historia taty z warszawskiego autobusu, który również zebrał falę hejtu (bo po co się pałęta z ryczącym bachorem kominikacją publiczną). Faktycznie, smutne to wszystko, poziom nietolerancji i braku zrozumienia wobec rodziców. Naprawdę wszystkim hejterom życzę co najmniej trojaczków. Wtedy pogadamy merytorycznie ;)))

    • FrenchKate says:

      A co z moim komfortem i z moją wolnością osobistą? Kiedyś mieszkałam obok rodziny z 3 małych dzieci. Owszem były głośne, rozrabiały ale nie przeszkadzały. Dzieci jak to dzieci. Nasz nowy sąsiad jest jak napisałaś „potworem”, który budzi się kilka razy każdej nocy i o świcie z głośnym histerycznym wrzaskiem. Dodam, że nie jest to niemowlę, bo kto by miał pretensje do niemowlaka? Jak masz wstać rano do pracy to nie jest zbyt fair, ja nie robię imprez i nie budzę im dzieciaka po nocy. Wolność wolnością, a co z moją?Nie mam nic przeciwko dzieciom w sklepie, w pociągach na ulicy. Nie jestem za tłumieniem naturalnych instynktów dziecka. Ale jak mi cudzy dzieciak w samolocie włazi na kolana, drze gazetę i babrze czekoladą nową sukienkę (a miałam taką sytuację) to już za wiele. Mimo tego starałam się być uprzejma dla miłej mamy dzieciaka i nie wywierać presji, bo była wystarczająco zestresowana długą podróżą z dzieckiem. W drodze powrotnej znowu spotkałam Wojtusia i jego mamę, która postanowiła kupić dziecku na drogę… ksylofon (taki z metalowymi płytkami)!

      • Kinga says:

        Hmmm… mnie denerwują cudze dzieci :-) Serio! Też mam rozwrzeszczanego Karolka piętro wyżej, któremu rodzice kupili wuwuzelę i potrafił z niej korzystać wyśmienicie! I co? I g.. i nic ;-) powkurzam się powkurzam i idę dalej. Bo MAM DZIECI (dziecko gwoli ścisłości) i wiem jakim czasem jest nieopanowanym wulkanem energii. Ale ZAWSZE wkurzam się na Karolka jak daje czadu w porze, gdy mój syn usypia, właśnie usnął, śpi. ZAWSZE! I co? i nic :-) Blok, społeczeństwo, życie, ludzka energia etc. etc.

        taka historyjka:
        mój siostrzeniec uwielbiał biegać. Biegał niemal od rana do nocy. Co byś zrobiła z takim dzieckiem, gdyby było Twoje? Związała i zamknęła w wersalce (hyhy) bo przeszkadzałoby sąsiadom? Pytam serio (chociaż kilka miesięcy później).
        I pod nim mieszkała Baba Jaga, która zaczepiła mnie (niewinną bo to ani moje dziecko ani adres zamieszkania) i zaczęła moralizować, że ona ma problemy, wnuka chorego itp. i że trudno jej się słucha naszych zabaw z nim. WTF!? się pytam. Rozumiesz? Jej przeszkadzało bawiące się dziecko! I bawiących się z nim dorosłych (no dzikie wrzaski of course.. no ale daaaa zabawa wymaga poświęceń!)
        Odpowiedziałam jej najgrzeczniej jak potrafiłam: Pani Babo Jago proszę nie oczekiwać, że cały blok będzie żył pani problemami.

        Straszna obraza była! Nawet jej córka, życzyła mi, żeby dziecko z mojej rodziny, a najlepiej MOJE (byłam wtedy w ciąży nieco skomplikowanej) wylądowało w szpitalu! Kumasz? Matka matce takie słowa… cóż…

        Nie zamieniaj się w Babę Jagę :-)

        PS. Załóż bloga kiedy będziesz miała już dzieci. Proszę.
        Powiem trochę sarkastycznie ale… już widzę te zdjęcia w sukieneczce w krartkę i spodenkach na szelkach dzieciaczków uroczych, czystych siedzących spokojnie na wersalce (hyhy), nieśmiało się uśmiechających ze spuszczonymi skromnie oczami…

  6. radoSHE says:

    Dobry tekst i komentarze, które dopełniają całości. Osobiście mam poczucie pewnego dyskomfortu, gdy Matik zaczyna uaktywnia się w restauracji czy autobusie. Głupie, bo nie powinnam go mieć – jest dzieckiem, ma prawo do swoich zachowań, a jednocześnie ma prawo do korzystania z takich samych przywilejów, jak każdy z nas dorosłych. Mam to poczucie dyskomfortu, bo żyjemy w kulturze nieprzyjaznej dzieciom w miejscach publicznych, a ja nie lubię stresować się ludźmi, z którymi myślowo i ideologicznie mi nie po drodze. W żaden jednak sposób nie ogranicza to naszych aktywności. A jeśli wymyśliliście podróż nad morze – to po prostu zróbcie to. Niektórzy z maleńkimi dziećmi przemierzają świat wzdłuż i wszerz. Podejrzewam, że komentarze postronnych towarzyszy to ostatnie czym się przejmują ;)

    • FrenchKate says:

      Nasze społeczeństwo jest nieprzyjazne nie tylko dzieciom ale i na przykład osobom niepełnosprawnym. Za każdym razem kiedy jestem w Polsce szokuje mnie brak osób niepełnosprawnych na ulicach: nie ma osób niewidomych, na wózkach, osób z syndromem Downa. Niepełnosprawne dzieci nie bawią się na placach zabaw, nie towarzyszą rodzicom na zakupach itp. Co wszędzie są, ale nie u nas?

      Te osoby od najmłodszych lat są izolowane, uczone żeby „nie psuć innym widoku”. Polskie społeczeństwo jest nieprzychylne każdej inności. Na przykład osobom homoseksualnym, ludziom żyjącym w konkubinacie, który w Polsce kojarzy się bardzo negatywnie, a w praktyce oznacza jedynie parę żyjącą razem bez ślubu, niekoniecznie będącą patologią społeczną. Jest też nagonka na emigrantów-zdrajców i postulaty zabrania im obywatelstwa. Potępia się kobiety bezdzietne lub samotne jako dziwaczki czy „kobiety niespełnione”.

      Nie tylko rodzice i ich dzieci są dyskryminowani. Nagonka na matki jest jedną z form dyskryminacji kobiet. Podobnie jak odmawianie im prawa do decyzji o aborcji, czy wybrania metody poczęcia dziecka. Prawa do decyzji o własnym ciele. A także brak odpowiedniej ilości instytucji pomagających w wychowaniu dzieci (przedszkola, żłobki) pozwalających matkom na powrót do pracy, czy na studia. Ale przecież my mówimy o kraju, w którym wciąż wini się ofiarę gwałtu, a nie gwałciciela.

      P.S. Moje poprzednie posty o „dzieciach-terrorystach”, to przykłady innego punktu widzenia niż perspektywa matki. Jestem bezdzietną 30-tką, ciocią 2 wspaniałych łobuzów, których kocham nad życie. I choć obce dzieciaki czasem mnie wkurzają, to jednak nigdy nie dobijam zestresowanych rodziców i nawet pomagam im z wózkami itepe. Rodzice też czasem powinni się zastanowić, czy ich dziecko tylko się bawi i jest dzieckiem, czy czasem jednak nie przegina. Większość ludzi jest jednak bezkrytyczna wobec swoich dzieci, natomiast pozostała część społeczeństwa jest znowu zbyt krytyczna. Warto poszukać złotego środka. Pozdrawiam :)

      • radoSHE says:

        To wszystko niestety smutna prawda o czym piszesz. Zero przesady i po Twoim komentarzu pewne rzeczy widzę wyraźniej. I taki paradoks – w popularnym parku w centrum Warszawy niemal codziennie widzę homoseksualne pary…ale niepełnosprawnych czy upośledzonych dzieci nie widziałam w nim chyba nigdy.

        • Agata / Ruby Times says:

          Gdy mieszkałam w Irlandii zaobserwowałam, że niepełnosprawni po prostu są częścią krajobrazu. Ludzie z chorobą Downa pomagają pakować zakupy w sklepach, albo układać towary na półkach, ludzie na wózkach jeżdżą po chodnikach, często widziałam też prześliczne labradory w ubrankach „puppy in training” które przystosowywano do pracy z niewidomymi. Niewidomych zresztą było bardzo dużo na ulicach. Pytanie brzmi – czy u nas jest ich mniej? Jakoś nie sądzę – po prostu nie wychodzą z mieszkań :(

  7. Sierpniowa says:

    Miałam ostatnio podobną sytuację, z tym, że my byliśmy ogniwem zła. Przyjechaliśmy na wakacje do Pl, nie mamy tam samochodu, a chciałam odwiedzić „dzieciate” koleżanki, zatem wybrałam się z moim 2 letnim synem w 2 godzinną podróż pociągiem. Jechaliśmy dwoma różnymi pociągami, między którymi była ponad godzinna przerwa w czasie której dałam synowi trochę pobiegać, bo on również jest z grupy wulkanów energii. Generalnie nie było źle, troche oglądał, troch układał puzzle, ale jakieś 10 min przed końcem trasy nazwyczajniej w świecie się znudził.. Podchodził do drzwi i za nic w świecie nie chciał od nich odejść, a ja kazałam mu wracać. Nie był zadowolony z faktu, że nie może być w TYM MIEJSCU i zaczął pokrzykiwać. Mając na uwadze dobro innych współpasażerów, uspokajałam go, zajmowałam tłumaczyłam, ale na LITOŚĆ BOSKĄ to tylko 2 letnie dziecko, moje :NIE: działa na niego jak płachta na byka, bo on nie rozumie, dlaczego mu nie pozwalam i chce koniecznie postawić na swoim. W końcu pociąg się zatrzymał a my staliśmy w kolejce do wyjścia, kiedy podeszła do nas starsza baba i mówi: „oo tu jest to niegrzeczne dziecko, ROZPUSZCZONE…” I chociaż jestem z tych osób, które zazwyczaj zaciskają zęby i się nie odzywają to tym razem nie wytrzymałam i powiedziałam:
    ja-mogłaby się Pani powstrzymać od takich komentarzy
    ona-a dlaczego? Kto to widział, żeby dziecko się tak zachowywało, aż mnie uszy rozbolały od tego jego krzyku!
    ja- to jest transport publiczny, jak się Pani nie podoba to niech się pani przesiądzie do samochodu.

    Coś tam jeszcze pobrzęczała pod nosem i się zamknęła. Mogłam jej jeszcze zapytać cyz gdybym przylała mu w tyłek to czy byłaby zadowolona? Z pewnością nie, wtedy to ja byłabym złą matką, która bije dziecko.

    Staram się zrozumieć, że ktoś chce chwili spokoju w pociągu, ale to też nie działa w jedną stronę, jeśli ja rozumiem innych pasażerów to niech oni postarają się zrozumieć mnie. Bo wychodzi na to, że tacy rodzice jak ja NIE POWINNI podróżować z dziećmi transportem publicznym, bo inni pasażerowie chcą spokoju..

    Dla porównania dodam tylko, że kilka dni później wracaliśmy do domu samolotem i moje dziecko również dokazywało, nie płakało, ale nudziło się i pokrzykiwało bo nie lubi być uziemione w jednym miejscu. Tutaj nie spotkałam się ze słowami krytyki, że rozpuszczam dziecko, wręcz przeciwnie usłyszałam słowa otuchy, że to tylko dziecko, otrzymałam też pomoc przy wysiadaniu, współpasażerowie starali się zająć moje niesforne dziecko..

    Najgorsze są właśnie sytuacje w środkach transportu publicznego, bo opróćz tłumaczenia i odwracania uwagi nie pozostaje nam nic innego co mogłoby uspokoić dziecko. Być może kobieta która zwróciłą mi uwagę miała kiedyś grzeczne dzieci, być może na moim miejscu przylałaby mu w tyłek… łatwo jest oceniać, gdy nie jest się na naszym miejscu. JA też chciałabym, żeby moje dziecko było spokojne i opanowane, niestety trafił mi się egzemplarz energiczny i szybko się nudzący, charakterny i krzykliwy. I choćbym bardzo się starała to nie wszystko jest kwestią wychowania.

    • Agata / Ruby Times says:

      Powszechnie wiadomo, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innych ludzi. W wypadku, gdy mamy niesforne dzieci, ta granica jest trochę rozmazana i wypadałoby byśmy my okazali trochę zrozumienia innym, oraz by oni okazali odrobinę nam. Tak niewiele – by rodzic i współpasażer spróbowali wysilić się na empatię, a życie byłoby wówczas dużo przyjemniejsze. Myślę że te komentarze to dobra lektura dla ludzi oburzonych zachowaniem dzieci w transporcie publicznym, by chociaż trochę zrozumieć jak ciężko jest zdecydować się w podróż z dzieckiem. Pozdrawiam

  8. Sierpniowa says:

    A powiem więcej, mieszkamy w Uk w budynku wielorodzinnym, sąsiedztwo jest raczej spokojne i przyjemne z jednym małym wyjątkiem. Na piętrze są 3 mieszkania, naprzeciwko nas mieszka matka z nastoletnim synem. Matki z reguły nie ma, za to synuś przyprowadza do mieszkania po 10 osób i słuchają głośno muzyki, piszczy mi motorem pod oknem pokoju dziecięcego, wystawia śmieci przed drzwi swojego mieszkania i nie wynosi ich po 3 tygodnie, ale ok… nic nie mówię. Aż tu pewnego razu przychodzi do nas wieczorem podchmielona sąsiadka, mieszkająca pod nami i zwraca nam uwagę, żebyśmy coś zrobili z dzieckiem, bo przeszkadza jej JEGO TUPANIE. Mało tego, przeszkadza jej jego wczesne wstawanie, które wg niej ma miejsce o 5 rano, co jest kompletną bzdurą, gdyż jedyną osobą która wstaje przed 5 jest mój mąż który wychodzi do pracy.
    Ok mogę powiedzieć, że to się więcej nie powtórzy, ale co mam zrobić?! Jeśli dziecko wstanie o 6 to mam je na siłę trzymać w łózku, żeby przypadkiem jego kroki nie obudziły sąsiadki z dołu? Mam mu zabronić biec z pokoju do pokoju po zabawkę? Mi też wiele rzeczy przeszkadza, ale staram się zrozumieć, bo jeśli chodzi o mnie to mogę przestać robić coś co przeszkadza innym, ale zabronić2 letniemu dziecku normalnego zachowania? Bo przecież wczesne wstawanie i bieganie jest domeną dzieci, nieprawdaż?

  9. kejt says:

    Nie zapominajmy, że każdy z nas był kiedyś dzieckiem i każdy będzie osobą starszą, która cmoka sztuczną szczęką, lekko czuć od niej moczem, krzyczy do słuchawki, porusza się wolno, często tarasuje przejście i niedowidzi, ile kosztuje dany produkt. Wtedy oczekuje pomocy i zrozumienia. Czy widziałyście kiedyś, żeby ktoś do takiej osoby zwrócił się w taki sposób? „Pani, proszę tu nie stać, tu się nie stoi, tutaj są ludzie, którzy się spieszą”, „Pani nie krzyczy do tego telefonu, uszy pękają, niech pani sobie stąd idzie krzyczeć gdzie indziej?”. Ponadto chciałam dodać, że dzieci to nie jest jakieś dobro wspólne i nie życzę sobie, aby ktoś próbował mi dziecko „wychowywać”. Oczywiście dopóki nie nie robi komuś fizycznej krzywdy lub nie niszczy czyjegoś mienia, wtedy jest oczywistym, że trzeba interweniować. Czy bieganie i dziecięce krzyki to jest naprawdę taki gwałt na społeczeństwie?

  10. Małe dziecko ma swoje prawa. Dla mnie to normalne, że musi się nabiegać, nakrzyczeć i walnąć focha. Nawet w takim miejscu jak pociąg takie zachowanie się zdarza. Nie wyobrażam sobie, że podczas tak długiej podróży moje dziecko siedzi cicho…chyba musiałabym je nafaszerować jakimiś lekami.
    ALE przy starszym dziecku (mniej więcej w wieku wczesnoszkolnym), które rozumie, można wytłumaczyć, poprosić o ciszę, zająć grą słowną chociażby skojarzenia

  11. Zuzi Clowes says:

    Dzieci w przestrzeni publicznej – jak najbardziej – czemu nie, ale niekoniecznie WSZĘDZIE. Sama jestem mamą małego dziecka i chodzimy w wiele miejsc i mam wrażenie że wszędzie dzieci są absolutnie mile widziane – knajpki z przewijakami, parki, festiwale śniadaniowe, muzea i wymieniać tak mogę jeszcze długo. Ależ kurczę, jeśli w pociągu ISTNIEJE przedział dla rodzin z dziećmi czy dzieci naprawdę nie mogą ograniczyć tego biegania do biegania po tym właśnie przedziale? Nikt im tam nie powie że mają nie biegać czy być cicho a jak powie to nie będzie miał racji. Jeśli natomaist ja jadę pociągiem bez dziecka i mam w końcu te trzy godziny żeby popracować i posłuchać terkotu kół – to zdecydowanie chcę to wykorzystać zamiast słuchać krzyków nieswoich dzieci. W samolocie, autobusie miejskim czy tramwaju to jest nie zdo zrobienia i w życiu bym nie miała takich wymagań z kosmosu – ale w przypadku pociągu i sytuacji którą opisujesz – troche rozumiem tę starszą panią aka Babę Jagę. Ja bym pewnie nic nie powiedziała, bo tak mam, ale wkurzałabym się wewnętrznie na sytuację albo uciekała do WARSu. I nie mam nic przeciwko dzieciom w przestrzeni publicznej – co więcej, moje dziecko jest jej częścią nader często, ale totalny dzieciokratyzm i pozwalanie na wszystko (i nie mówię tu o bieganiu, gadaniu i wygłupach, ale ciągnięciu Bogu ducha winnych psów za ogony, na przykład, bo i takie cuda widziałam) jest przegięciem w drugą stronę. Balans, tylko balans nas może uratować! :)

    • Agata / Ruby Times says:

      Wiesz, gdyby te dzieciaki biegały caałą drogę to pewnie też bym była poirytowana. Natomiast one po dwóch godzinach jazdy trochę się znudziły i chciały „poszerzyć teren”. Jak to dzieci. Nie były przy tym jakieś irytujące, czy niegrzeczne. Jeszcze nie zdążyły zrobić nic, co mogłoby wkurzyć współpasażerów, więc reakcja starszej osoby była niewspółmierna. Chyba sam ich widok ją podburzył – dopowiedziała sobie w głowie o bezstresowym wychowaniu, rozpuszczonych bachorach i od razu na nich z ryjem. Serio – z ryjem. Niekulturalnie, po chamsku. Już sama forma tej reakcji spowodowała, że mi się scyzoryk w torebce otwarł :) A przecież też byłam akurat „bezdzietną” pasażerką, z książką i muzyką, więc gdyby dzieciaki były niegrzeczne, pierwsza szłabym do Warsa kląc pod nosem.

  12. kluscka says:

    Uczenie dzieci tłumienia emocji źródłem depresji w dorosłym życiu!!! „…Statystycznie depresji doświadcza dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn (odpowiednio 20 proc. do 12 proc.). – Pewną rolę odgrywa tu wychowanie dziewcząt. Depresja wiąże się z brakiem wyrażania złości, zmuszaniem się do robienia rzeczy, które nam przeszkadzają. A właśnie tak chowamy dziewczynki: żeby były grzeczne, spokojne, co najwyżej, jeśli odczuwają dyskomfort, mogą się smucić. Tymczasem chłopcom dajemy większe przyzwolenie na mocną ekspresję złości, taką jak kopanie czy krzyczenie (…).” cyt. http://www.rossnet.pl/skarb/artykul,w-sidlach-depresji,998

    • Agata / Ruby Times says:

      Tak, kobiety częściej mają depresję i generalnie niższe poczucie własnej wartości.
      Dlatego nie ograniczam mojej dzikiej Kropki. A przynajmniej nie używam argumentu „jesteś dziewczynką to nie powinnaś być brudna/głośna/niegrzeczna/babrać się w błocie, itp.”
      Ma świetną osobowość, nie mam zamiaru jej tłumić :)

  13. Donna L. says:

    A mnie się wydaje, że nasze czasy bardzo dowartościowały dziecko (i słusznie, bo są przyszłością narodu, choć czasem przybiera to rozmiary dzieciokratyzmu, jak pisze Zuzi), zapominając jednak np. o osobach starszych. Widać to zresztą poniekąd we wpisie i w komentarzach – starsza pani, która pewnie ma spore problemy zdrowotne i elementy demencji, skutkujące m.in. tym, że obniżają się kompetencje społeczne, nie spotkała się ze zrozumieniem. Starsze osoby nie zrzędzą, bo tak, tylko zrzędzą, bo mają ubytki w korze przedczołowej. Jeśli żądamy zrozumienia dla natury dziecka, sami wykażmy się zrozumieniem dla czyjejś choroby, a demencja w takiej czy innej postaci zawsze jest stanem chorobowym. Tym sposobem nauczymy też nasze dzieci szacunku dla osób starszych.
    Druga sprawa to zachowanie dzieci. Sama ich jeszcze nie mam, ale zajmowałam się sporo moimi małymi kuzynkami i zawsze, ale to zawsze gdy była sytuacja, że mogły sprowadzić dyskomfort na kogoś innego, tłumaczyłam im, że tak nie wolno. Ale dziecko, zwłaszcza np. dwuletnie, musi być przygotowane na pewne okoliczności. Maluchy nie są głupie. Pamiętam, jak z moją kuzynką, która miała wtedy niecałe dwa lata, miałam jechać pierwszy raz tramwajem. Wcześniej przez kilka dni opowiadałam jej, co będziemy robiły, czym jest tramwaj, że jadą też inni ludzie, że w tramwaju nie krzyczymy, że kopiemy siedzeń, nie biegamy podczas jazdy. Nawet się udało, choć wysiadłam z tramwaju spocona jak mysz, tak się bałam, że mała odstawi jakiś cyrk i będę się źle z tym czuła. Z kolei gdy ostatnio jechałam sławetnym Pendolino, jechały w przedziale osoby z dziećmi (te wydzielone przedziały nie wystarczają dla każdego). I co? I dziewczynki trochę dokazywały, ale rodzice po pierwsze mieli wymyślone milion opcji ich zabawiania, a po drugie – widziałam, że się starają. Trudno, że nie zawsze im wychodzi, że czuję się niekomfortowo, gdy jakaś mała ubrudzona łapka szarpie mi klapę laptopa, gdy właśnie piszę ważnego służbowego mejla – gdy widzę, że rodzic dokłada starań, aby dziecko nie przeszkadzało zbyt mocno innym, jestem pobłażliwa. Gdy jednak widzę, że rodzic traktuje przebieżki po przedziale i wrzaski dzieci (a hałas jest zanieczyszczeniem i powoduje mnóstwo szkód dla organizmu, ludzie mają prawo do ciszy tak samo jak do czystej wody i powietrza) jako coś normalnego i słodkiego, co powinno zachwycać zmęczonych pasażerów, którzy często nie wracają z wypoczynku, ale są w podróży służbowej, to wtedy nie tryskam radością. I wiem, że rodzice kochają swoje dzieci nad życie, ale warto mieć też na względzie dobrostan innych ludzi. Niestety, część rodziców ma z tym duży kłopot.

    • Agata / Ruby Times says:

      To jest trochę jak balansowanie na linie – z jednej strony dobro ogólne, z drugiej strony utrzymanie potomstwa w ryzach.
      Słuszna uwaga o starszych ludziach – też jestem zdania że należy im się szacunek, jednak w tej konkretnej sytuacji pani zareagowała za ostro i za szybko. Dzieci nie zrobiły wtedy nic, co by zasługiwało na takie traktowanie.
      Dziękuję za komentarz, pozdrawiam!

      • Donna L. says:

        Właśnie o tym mówię – starsze osoby sa bardzo podobne do dzieci, nie zawsze panują nad swoimi odruchami. I nie dotyczy to tylko staruszków, którzy nie kontrulują podstawowych czynności takich jak sprawność manualna czy utrzymywanie moczu, ale po prostu osób starszych, którym bardzo powoli, ale sukcesywnie rozregulowują się pewne mechanizmy. Najpierw te wyższe, czyli kompetencje społeczne, a więc co wypada powiedzieć, kiedy należy powstrzymac się od komentarza itp. Jeśli czasem jakaś starsza osoba zwraca wam niewybrednie uwagę, niewykluczone, że będąc w Waszym wieku w życiu by tego nie zrobiła. Teraz jednak nie wszystkie tryby są idealnie naoliwione i na pozór żwawa, dbająca o siebie osoba w pełni władz umysłowych nie do końca umie się opanować. Agresja starszych pań wymaga tyle samo zrozumienia co energia dwulatka, ale w przypadku dzieci coraz więcej sie o tym mówi, w przypadku osób starszych – cisza. Jeśli nie chcemy, żeby ktoś nazywał nasze dzieci rozwydrzonymi bachorami, przestańmy nazywać starsze panie Babą Jagą.

        • Agata / Ruby Times says:

          Powiem szczerze, że zastanowiłam się chwilę zanim odpowiedziałam na Twój komentarz. Bo z jednej strony uderzyła mnie inna od mojej , ale słuszna perspektywa – że skoro oczekuję szacunku dla dzieci, to sama powinnam go okazać starszej osobie.

          Tekst ma to do siebie, że może być różnie interpretowany i może niekoniecznie wszystko udało mi się idealnie w nim ująć – mogę jedynie wyjaśnić, że byłam dla owej starszej pani uprzejma (nawet pobiegłam za nią z okularami,gdy wysiadała z pociągu, chociaż ryzykowałam utratę torby z dokumentami i telefonem), mimo że jej krzyki działały mi o wiele bardziej na nerwy (i zakłócały spokój) niż same dzieci. „Babą Jagą” została dopiero na potrzeby felietonu. Nie była jakąś rozpadającą się staruszką, sama żartowała do koleżanek że wyjdzie na „wredną starą babę”, więc chyba zdawała sobie sprawę ze swojego zachowania (koleżanki taktownie milczały, żadna nie pochwaliła jej reakcji).

          Oczywiście są starsi, i nie tylko starsi ludzie, którzy z powodu rozmaitych schorzeń są nerwowi, lub mają skłonności do wybuchów agresji. Oczywiście – należy to uszanować.

          Ale myślę, że nie można w taki sposób usprawiedliwiać wszystkich niekulturalnych osób, które często wrzucają swoje trzy grosze do wychowania nie swoich dzieci i potrafią być bardzo nietolerancyjne w stosunku do innych. Nie każda agresja starszej osoby wynika ze schorzeń, czy wieku. Starsi ludzie są jak wszyscy inni ludzie – jedni są przemili, a inni.. nie. Dzięki za merytoryczne komentarze, wzbogacające dyskusję! Lubię takie :)

          • Donna L. says:

            Dziękuję, że podjęłaś temat. Nie chciałam, abyś odebrała mój komentarz „ksobnie”, tylko właśnie jako dywagacje dotyczące społeczeństwa, gdyż raczej nie przypuszczam, a czytam Twój blog regularnie, że miałabyś predylekcje ku nieuprzejmości. Nie wątpię, że jeśli ktoś był na bakier z kindersztubą będąc w pełni sił umysłowych, to na starość będzie jeszcze gorszy. Ale faktem jest, że demencja potrafi nawet w słodkich, czułych i wyrozumiałych osobach poluzować hamulce i spowodować, że staną się zrzędliwe lub na głos wyrażą swoją dezaprobatę. Ileż to ja razy słyszałam np. w tramwajach starsze osoby utyskujące na chamstwo młodzieży (która owszem, coraz mniej zna zasady kultury, ale nikt jeszcze chamstwem nikogo nie nauczył savoir-vivre’u) i widziałam oburzenie ludzi, że „stare babcie się wszędzie pchają, komentują, są bezczelne, zajmują kolejki do lekarza itp.”. Ano bywają. Tak jak dzieci bywają głośne i ciekawskie. Z tym że dzieci mają rodziców, którzy są w stanie im pomóc, pokazać właściwe wzorce, stanąć w obronie, wytłumaczyć, co robią źle i jak mogą to naprawić itp. Kogo ma starsza pani lub starszy pan? Rodzinę zirytowaną postępującym niedołęstwem i zapominaniem oraz samotność, ból, lęk, bezsenność. Martwi mnie to, że nie dostrzegamy tego, a przecież za nie tak wiele lat stanie się to udziałem większości z nas. Że skupieni całkowicie na zaspokajaniu wszystkich potrzeb dzieci – materialnych i duchowych – i chroniąc je przed czyimś złym komentarzem czy krytycznym spojrzeniem, zapomnimy im w takiej sytuacji powiedzieć „chodźmy stąd, zachowując się tak głośno przeszkadzamy innym, pani obok może być zmęczona hałasem”. To prosta szkoła empatii, która owszem, nie musi zadziałać od razu, ale obudzi w dziecku myślenie, że nie jest centrum wszechświata. A im szybciej się o tym dowie, tym lepiej dla niego.

          • Agata / Ruby Times says:

            I tu zgadzam się „po całości”.
            Jeśli chodzi o dzieci i włażenie na głowę, to niestety wygląda na postępujące zjawisko – niektórzy rodzice znają tylko dwa tryby: dziecko podłączone do tableta lub dziecko wrzeszcząco-biegające. Dużo zależy od wychowania, chociaż w dalszym ciągu uważam, że często dość pochopnie oceniamy rodziców „rozwydrzonych” dzieci, na podstawie 5 minutowego i akurat dość żenującego wycinka ich życia. Ja im współczuję, bo każdemu rodzicowi może się zdarzyć taki moment, bo mimo naszych najlepszych chęci dzieciaki bywają nieobliczalne.
            A tak poza tym to empatia – to jest właśnie słowo klucz, które powinno przyświecać nam we wszystkich sytuacjach społecznych. Fajnie że zwróciłaś uwagę na problem ludzi starszych. Mam zamiar podjąć temat wykluczeń społecznych – w sumie z perspektywy matki, bo tę rolę znam najlepiej. Ale poruszone w komentarzach kwestie ludzi niedołężnych, starszych i niepełnosprawnych również są bardzo na czasie i dość zapomniane przez społeczenstwo.
            P.S. Również dziękuję za wartościową dyskusję.

  14. kluscka says:

    Ja mam pierwszą Córkę aniołka – liczę, że przykład przejdzie na młodszą w swoim czasie;)A co do naszego stylu wychowania europejskiego to wątpliwości jest wiele. Czytam ostatnio jak to wygląda w innych krajach i okazuje się, że opieka nad dzieckiem stanowi marginesową sprawę w stosunku do pracy i od najmłodszych lat powierza się malców opiece najmłodszych dzieci. Ciekawe, że „…podczas podróży przez kontynent afrykański trudno być świadkiem sytuacji, w której dziecko awanturuje się w sklepie, ma ataki złości, rzuca się na ziemię. Takie sytuacje po prostu się nie przytrafiają i nie wynika to z surowego, opartego na karaniu rygoru – wręcz przeciwnie, dzieci osiągają samodzielność dużo szybciej niż w Europie, a funkcje opiekuńcze przejmuje rodzeństwo.” Więcej na ten temat tutaj: http://dzieci.pl/kat,1024259,title,Niemowle-z-drugiego-konca-swiata,wid,15371994,wiadomosc.html Z kolei nasz Kolega ze studiów dużo podróżuje i ciekawe są jego opowieści – podobno Hindusi pracujący np. w USA po urodzeniu dziecka wysyłają je do Indii do dziadków na trzy lata, a sami wracają za pracą. Chyba mi to Kolega dla otuchy opowiedział, bo ja mam wyrzuty za każdym razem jak te Córki od spódnicy odrywam. Ale jak ktoś ma inne doświadczenia z wychowaniem dzieci w Indiach to zaznaczam – to tylko anegdota Kolegi, który zlatał chyba już cały świat. A Kropka w wersji Bufetowej najbardziej mnie rozbawiła:D

    • Agata / Ruby Times says:

      bardzo trafny komentarz.
      Też gdzieś ostatnio słyszałam, że nie powinnam mieć wyrzutów sumienia jeśli mnie nudzą zabawy z dziećmi.. bo coś takiego praktykuje się dopiero od lat 60 ubiegego wieku. Wcześniej dzieci bawiły się stadnie, a rodzice zajmowali się swoimi sprawami, a nie układaniem klocków :) Poczułam ulgę!

  15. No.2 says:

    Ja wszystko rozumiem, ale zakładam, że dziecko 2,5/3 latka + to rozumny mały człowiek, któremu można wytłumaczyć zasady komunikacji publicznej. Może nie usiedzi całej podróży cicho wpatrzone w widoki za oknem ale z pewnością da się wynegocjować, żeby nie wrzeszczał i nie biegał jak szalony WSZĘDZIE. Generalnie – można takie dzieci dyscyplinować tłumacząc i wcześniej do podróży przygotowując. Ale mniejsze? Kropka, Pola i inne 1,5+ to zwyczajnie niemożliwe. Dziwi mnie więc jakiś taki społeczny opór przed zrozumieniem możliwości percepcyjnych takich dzieci. Nie dziwi za to generalna niezgoda na dzieci w przestrzeni publicznej, bo niestety coraz więcej rodziców nie panuje nad swoimi dziećmi. Rozwrzeszczane bachory (tak, bachory) lejące na placach inne dzieci, nierespektujące czyjejś własności, psujące, ciągle w biegu, a mamusia popija kawusię do rymu na ławce obok i gada przez telefon – standard. Jest oczywiście różnica między dzieckiem rozpuszczonym a zwyczajnie żywym, energicznym i ja ją rozumiem. Uważam też, że ten „wkurw” na dzieciaki powinien być skierowany jednak na rodziców – widząc nieodpowiedzialnych czy właśnie takich obojętnych na wybryki swoich dzieci rodziców – powinno im się zwracać uwagę! A jeśli roczne dziecko podejdzie do mnie i osypie mnie piaskiem „bo tak”, mama goniąca za nim, jak ja za Polką, spojrzy przepraszająco i pro forma powie maluchowi „Nie wolno rzucać piaskiem” to jestem spokojna, że sytuacja jest ogarnięta, nawet, jeśli owo dziecię nadal przekornie tym piaskiem będzie rzucać.

    Co innego dyscyplina w domu. Z tego co piszesz wynika trochę jakby samowolka dzieci i cierpiąca katusze matka, która nie chce ich ograniczać. Nie wiem, jak jest poza tekstem, zakładam, że gdzie, jak gdzie, ale u Was zasady są, i do tego właśnie zmierzam. W mojej opinii powinien być sztywny zestaw zasad nieprzekraczalnych (dotyczące bezpieczeństwa, rozkładu dnia, preferencji rodzica itp.), a poza nimi faktycznie, dzieci powinny móc… być dziećmi. Nawet jeśli wiązałoby się to ćwiczeniem zen :)

    • Agata / Ruby Times says:

      Zgadzam się niemal ze wszystkim, co napisałaś (wiadomo – zasady nieprzekraczalne działają).
      A z czym się nie zgadzam? Człowiek w wieku 2,5/3 latka bywa rozumnym małym człowiekiem. Chyba że jest zmęczony, zdenerwowany, przekorny. Wtedy można sobie całą teorię i tłumaczenia i przygotowywania do podróży… no wiesz co można z nimi zrobić :)
      3 latek bywa kapryśny – zadziwiające jak szybko potrafi się zmienić z mądrego, wyważonego ludzika w wierzgające i drące się w niebogłosy stworzenie. To jest wiek, w którym człowiek uczy się regulacji emocji, tego się nie da zrobić bez długotrwałego treningu, podczas którego burę obrywają rodzice, którzy stoją obok i przeżywają obciach życia. U mnie rzadko się to zdarza, bo zwykle w takich sytuacjach zmykamy jak najszybciej do auta, ale nasłuchałam się różnych historii od znajomych. Pytanie, co ma zrobić matka w autobusie/pociągu, gdy jej dziecko zaczyna odstawiać scenę (a nawet najgrzeczniejsze po 3-4 godzinach jazdy może zacząć się denerwować)? Nie jeździć autobusem? Wysiąść z pociągu we Włoszczowej, chociaż jedziesz do Wawy? Zakneblować dziecko? Dać klapsa?Zaaplikować mu heroinę? No serio, nie wiem. W każdym wypadku i tak postronni ocenią i matkę i dziecko, i jeszcze podejdą by jej o tym powiedzieć (jak w komentarzach wyżej – że rozpuszczone, że źle wychowała, etc.)

      • No.2 says:

        Pewnie, że tak! Ale powiem Ci, nie tylko trzylatek potrafi eksplodować. Skoro i mnie się zdarza (wydrzeć, zakurwować publicznie, zrobić mężowi scenę czy coś) to jak może się dziecku nie zdarzać. To zupełnie normalne, bywa, no trudno. W takich chwilach zęby zagryźć i przeczekać chyba a resztę mieć w głębokim poważaniu. Jak mnie Pola robi obciach to jakoś zawsze myślę o niej, że to się z czegoś bierze: jest zła, czegoś nie rozumie etc. I staram się jej pomóc, a nie na siłę dyscyplinować. Nie wiem czy tak będzie później, jak podrośnie, że też będę głucha na zewnętrze i skupiona na niej, ale może to jest sposób? Mając na myśli rozumnego trzylatka oczywiście generalizuję. Wiadomo, że da się dzieciom dużo wytłumaczyć, ale czasem trzeba przypominać. Magia wychowywania – nie dzieje się samo. Ale, z tego co wiem, to te sceny i akcje dzieciaków zawsze, ale to zawsze do nich wracają (karma) w postaci żenujących historii przy rodzinnym stole na stare lata opowiadanych przez mamy i babcie do znudzenia; więc wiesz… spisuj i użyj kiedyś. Wiem, że wygląda to jakbym planowała już teraz zemstę na własnych dzieciach, ale nie, no taki żart zwyczajnie ;)

  16. kluscka says:

    Hm… Chyba jednak pojedziemy na wczasy autem, ale myślę, że pomysł który mi również przemknął przez myśl o Pendolino był fajny. Póki co jutro jadę do Wrocka z Mężem jednak sama. Dla tych poirytowanych jazdą koleją polecam felieton http://www.rossnet.pl/skarb/artykul,epitafium-dla-rozmowy,1091 W klasie licealnej jechaliśmy w przedziale z pewną bardzo poważną Panią, która na nasze wariactwa jednak odpowiedziała w końcu szczerym śmiechem – była Panią Dyrektor szkoły w Gdyni – do dziś to moja „listowa Mama” i wielka przyjaciółka. Dziś pewnie byśmy się nie poznały gdyby zamknięto nas w jakiś kastach-przedziałach. W każdym razie Ruby w pociągu ja na pewno uśmiechnę się do Twoich dzieci.

    • Agata / Ruby Times says:

      Bardzo możliwe, że za 2-3 tygodnie pojadę po raz pierwszy z moim stadem właśnie Pendolino.. i to od razu długą trasę. Po tej dyskusji to jednak zaczynam się trochę bać reakcji ludzi, braku pobłażliwości. Mogę zabrać tonę książeczek, układanek, może nawet jakiegoś tableta, chociaż nie używamy na co dzień do uspokajania w ogóle takich rzeczy. Mogę się przygotować i postarać.. ale .. i tak nie wiem jak będzie, co moje dzieci zmalują. I tak pewnie wyjdę na straszną matkę rozpuszczonych bachorów.
      Dodam, że do tej pory moje dzieciaki wszędzie są chwalone – w kawiarniach, za to że grzecznie siedzą i jedzą, że nie rozwalają. Ale to głównie dlatego, że ja i mąż wykazujemy się wyobraźnią i planujemy. Zabieramy je w takie miejsca, gdy nie są zmęczone, wkurzone. Gdy widzimy zniecierpliwienie, to nie katujemy ich dalej, tylko czasem modyfikujemy plany. W pociągu jest inaczej – do pociągu wsiadasz według rozkładu, niekoniecznie gdy dzieci są wychilloutowane, czasem wcześnie rano lub późno wieczorem. Jedziesz kilka godzin. No sorry. To nie jest komfortowa sytuacja, nawet dla osoby dorosłej. Dziwi mnie trochę, że ludzie mają większe wymagania wobec maluchów, które dopiero uczą się zachowywać (a to jest PROCES, umówmy się), niż wobec siebie samych.
      Dzięki za ten uśmiech :)

  17. Kinga says:

    Po przeczytaniu tytułu pomyślałam, że to będzie moralizatorski post o wychowaniu, że to Tobie przeszkadzały dzieci, że źle wychowane itp. No zmylił mnie ten tytuł :-)

    Dałaś mi do myślenia.. bo mam na stanie obecnie 20 miesięcznego chłopczyka. Uroczy jest bezsprzecznie ale uparty również. Przechodzimy właśnie przez etap rzucania się na podłogę, bo wszystkie powody świata, w tym: skarpetka się źle ubrała, chciałem pić w innym kubeczku, nie zrozumiałaś o co mi chodzi w trzeciej sekundzie, itp., itd.
    I ja jestem mamą zwracającą uwagę dziecku jak przesadza. Tzn. kiedy? Nie wtedy, kiedy biega ze starszym kuzynem i piszczy, wrzeszczy i spektakularnie ćwiczy pady na podłogę, nie wtedy kiedy śpiewa swoje „lalaal” na całe gardło, nie wtedy kiedy bawi się czymś, co powoduje hałas.. ale wtedy, kiedy w miejscu publicznym próbuje za pomocą siły wyegzekwować innemu dziecku, że to on chce teraz siedzieć w tym fotelu, że teraz on chce być kucharzem, że teraz jeździk jest jego… i pewnie kilka jeszcze przykładów, gdzie ingeruje w czyjąś swobodę cielesną lub zagraża sobie samemu.. Czy upomniałabym te dzieci, gdyby były moimi pociechami? Tak. Bo uważałabym, że przeszkadzają i naruszają czyjąś prywatność..
    Ale przyznaję, że muszę to przemyśleć. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.