Tapiry, aligatory, pingwiny. Książki w języku obcym.

Być może zauważyliście, że wpisów „książeczkowych” jest ostatnio jakby mniej. Nie śledzę z wypiekami nowości czytelniczych, nie łapię w locie jeszcze ciepłych, stylowych lektur tuż po ogólnopolskiej premierze. W dalszym ciągu doceniam dobre wzornictwo tych ostatnich, ale uważam, że moje dzieci mają wystarczająco dużo książek. Wystarczająco, by nowe kupować po dużym namyśle i .. dość sporadycznie.

Co to za matka? Żałuje dzieciom książek! – pomyślicie. Ale to nie tak – lektur u nas zatrzęsienie, półki uginają się pod ciężarem papierowej mądrości, a dzieci rzadko kiedy mają czas, by przejrzeć cały swój zakurzony księgozbiór. „Czytają” dużo i chętnie, tylko że dnia im nie starcza na posiadane zasoby! W związku z tym wpisy książkowe pojawiają się rzadziej, ale za to wtedy, kiedy naprawdę mamy coś fajnego na warsztacie. Ostatnio wpadły w nasze ręce dwie rewelacyjne książki wydane we Francji (dziękujemy Ci, Ciociu K!) – obie kartonowe i proste graficznie, właśnie takie jak lubię.

IMGP0080

Żeby kontrast był jedna jest o pingwinach płynących na krze, a druga o dżungli. Ta pierwsza.. można by powiedzieć, że to historia prawdziwego fuck up’u, ale pewnie nie wypada tak mówić o książeczce dla dzieci. Wprawdzie języka Rousseau zupełnie nie kumam, ale już wiem, co tam jest napisane. „Dwa pingwiny płyną sobie na lodowcu. Kiedy nagle..” – no właśnie. Pingwiny mają po prostu pecha, a w ich przypadku nieszczęścia chodzą parami, a nawet w większych grupach.

IMGP0095 IMGP0096 IMGP0097 IMGP0098 IMGP0099 IMGP0100

Młody uwielbia czytać o pingwinach i przynosi mi nieustannie tę historię ze standardowym: „mama, cytaj!”, za to Kropka pokochała książeczkę o dżungli. Ja również za nią przepadam – przykuwa uwagę to „naturalne” wydanie. „Livre 100% nature” głosi napis na okładce – na grubym, szarym kartonie, pochodzącym z recyclingu namalowano (przy użyciu farb roślinnych) subtelne ilustracje w łągodnych kolorach. Musiałam się wprawdzie nauczyć, co po francusku oznacza „le tapir”, „l’alligator” i „le cafe”, ale przecież uczymy się całe życie!

Lubię obcojęzyczne wydania, książki nie do dostania w zwyczajnej dystrybucji księgarskiej. Dają człowiekowi poczucie wyjątkowości. Warto po nie zaglądać do dobrych second-handów, czasem pojawiają się w TK – Maxx, ale najlepszy klimat mają te przywiezione jako pamiątki z podróży, bądź otrzymane od przyjaciół, mieszkających gdzieś daleko. Właśnie takie, jak te.

IMGP0102 IMGP0103 IMGP0104 IMGP0105 IMGP0106 IMGP0107 IMGP0108 IMGP0110 IMGP0111 IMGP0112 IMGP0114 IMGP0115 IMGP0116 IMGP0117 IMGP0118 IMGP0120 IMGP0121

logo

6 comments

  1. Nie istnieje dla mnie taki stan, w którym książek byłoby „wystarczająco dużo”. ;) Ach, „Ma petite jungle” rewelacyjna! Ja akurat jest po romanistyce i katuję czasami dziecko gardłowym „r”, ale takiej ładnej książki po francusku jeszcze nie mamy. Wyrazić jednak chciałam głębokie niezadowolenie, że pokazałaś też tylną okładkę, gdzie jest druga książka z tej serii. Teraz obie mam w Amazonowym koszyku, a tak byłaby tylko jedna. :(

    • FrenchKate says:

      To może jeszcze dodam, że w tej serii ukazały się także „Ma petite forêt” i „Mon petit jardin” oraz utrzymana w tej samej stylistyce „Les 99 animaux du Professeur Peperino”. Udanych zakupów:)

  2. Oj, bo we Francji to jest raj wydawniczy, trzeba przyznać. Fantastycznych książeczek dla dzieci zatrzęsienie i chociaż w Polsce też się polepszyło ostatnio i mamy naprawdę sporo fajnych wydawnictw, to mamy za kim gonić;)
    Drogie są tylko, dlatego nie kupujemy francuskich książeczek zbyt dużo. Ale od czego są wspaniale zaopatrzone biblioteki:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.