Codzienność

Stwory w mieście, Stwory w knajpie.

Zaparkowaliśmy dość daleko, bo przecież spacer po mieście to dla dzieci nie lada atrakcja. Co z tego, że nie mówimy o Nowym Jorku, w którym wszystko zależy od Ciebie, jak śpiewał Frank Sinatra, ani też o Paryżu – mieście oślepiających świateł z kawałka U2. Dzieciaki ze wsi zawsze docenią przejeżdżający obok tramwaj i duży ruch uliczny. Nawet..

Nawet w Dąbrowie Górniczej.

„Mamooo, co to? Dokąd poszła ta pani?” – zapytał Młody zdumiony.

„Do przejścia podziemnego. Też tam zaraz wejdziemy.” – wyjaśniłam.

„Dobze, ze w tym psejściu jest światło” – rzekł Młody rozglądając się z wyraźną ulgą po tunelu, ściskając mocno moją rękę. „Bo wies, nolmalnie pod ziemią to nie ma światła!”

Tak. Może faktycznie warto czasem z nimi pojechać gdzieś dalej niż na plac zabaw, nad jezioro, czy do marketu. Musimy o tym pamiętać.

Gdy wygramoliliśmy się wszyscy z powrotem na powierzchnię – wszyscy, znaczy ja z Młodym za rękę i dziewięciomiesięcznym Lolkiem w brzuchu oraz mąż z Kropką, która koniecznie chciała iść „siama” – znaleźliśmy się na głównym placu miasta. Odruchowo zerknęłam na pomnik.

Na samej górze cokołu siedział chłopak z dziewczyną. Ona, czerwonowłosa w wojskowej kurtce, a on w kraciastych portkach, z gitarą w dłoni. Właśnie zaczął grać jakiś stary rockowy kawałek.

Ten pomnik to cała historia. Bohaterowie Czerwonych Sztandarów, obecnie są wypucowani, wypiaskowani aż miło, ale ja ich pamiętam zupełnie inaczej. Niegdyś pomnik był wymazany kolorową farbą, upstrzony pacyfkami, napisami w stylu: „war is over”, z karabinem przerobionym na gitarę i dużą dedykacją na cokole: „Jimmiemu Hendrixowi, Kurtowi Cobainowi”.

Teraz oto idę z synem za rękę, w ostatnich momentach ciąży, z komicznie opiętą na moich krągłościach kurtką i spoglądam na ławeczkę postawioną obok Bohaterów. Ławka jest odlana z brązu, a siedzi na niej nie kto inny, jak sam Jimmi Hendrix. Przedstawiam dzieci największemu wirtuozowi gitary elektrycznej, wiatr wieje niemiłosiernie, poprawiamy więc kaptury na głowach. Spoglądam na młodych ludzi siedzących na pomniku, chłopak zaczął grać coś Pearl Jam’u, a dziewczyna uśmiecha się do mnie. Nie mam pojęcia, czy jest to uśmiech pełen sympatii, a może lekkiego rozbawienia na widok toczącej się kulki w towarzystwie stada dzieci i męża. Odwzajemniam uśmiech.

Zdarzało się, że siedziałam dokładnie w tym samym miejscu, co ona teraz.

100_8032

Powoli ruszamy w dalszą, ekscytującą drogę, wzdłuż socrealistycznego Pałacu Kultury Zagłębia. Naszym celem nie jest dziś jednak szeroko pojęta kultura, po prostu idziemy zjeść obiad na mieście. Bierzemy azymut na amerykańską knajpkę, znaną z wielkich burgerów, stosów pancake’ów i taniego Jacka Danielsa (jeśli ktoś może). Na miejscu okazuje się, że nasze potomstwo jest dziś trochę bardziej ruchliwe i nieobliczalne niż zazwyczaj. Młody, odebrany prosto z przedszkola, ma gadane. Nawija non stop, trochę głośniej niż jest to ogólnie przyjęte. Zadaje dużo pytań. Dużo więcej niż jest to ogólnie przyjęte. Kropka z kolei jest zmęczona i nastawiona na „nie”. Mimo to udaje się nam usiedzieć na miejscach do pojawienia się pierwszego dania. Jemy zupę. Przezornie uprzedzamy kelnerki, by drugie (w tym frytki) wjechało dopiero, gdy uporamy się z piewszym.

Kto ma dzieci i usiłuje z nimi bywać w lokalach, ten wie, że wymaga to pewnych logistycznych akrobacji, zdolności przewidywania, zmysłu negocjacyjnego, zaawansowanego managementu i umiejętności postępowania w czasie kryzysu.

Dzieci pięknie wciskają krem z białych warzyw z migdałowymi płatkami. Młody zachwyca się głębią smaku, Kropka subtelnie pochłania kolejne łyżeczki. Wtem do akcji wkracza kelnerka, w zwolnionym tempie na nasz stół trafiają dwa kielichy ze świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy, który dzieci miały dostać do drugiego dania. Zachowujemy spokój, chociaż dwa predatory już zauważyły ofiarę.

„Sok będzie po zupie” – mówi tata bez emocji. Młody kiwa głową ze zrozumieniem, a Kropka zaczyna aferę. Na całą knajpę z dramatyzmem krzyczy: „JA CHCIEM SIOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOK!”. Do tego dorzuca cały asortyment łkania, łez i ogólnego zasmarkanego nieszczęścia. Najchętniej własnoręcznie wlałabym jej ten sok do gardła, ale Młody spokojnie tłumaczy: „tejaz nie pijemy soku, musimy najpiejw jozgrzać brzuszki zupką”. Po takim tekście nie wypada być niekonsekwentnym i niepedagogicznym rodzicem. Kropka łka więc dalej, a po chwili zaczyna płakać, że ma zaglucone rączki. Mąż wychodzi z nią do łazienki, skąd wraca już spokojna.

Oddycham z ulgą i rozglądam się dyskretnie. Ludzie chyba nie zaczęli nas jeszcze nienawidzić, albo przynajmniej nie okazują tego wprost.

We względnym spokoju i niezbyt dużym bałaganie (nie licząc upaćkanych małymi rączkami dermowych siedzeń i kilku frytek na podłodze) udaje nam się dokończyć posiłek. Rezygnujemy z kawy i deseru. Porcje były konkretne, a poza tym nasze wulkany energii mogą nie wytrzymać dłuższego siedzenia w lokalu. Uznajemy, że lepiej będzie ewakuować się teraz z godnością, niż za kwadrans wynosić ryczące bestie.

100_8031

Nasze dzieci mają reputację takich, które potrafią długo siedzieć przy posiłku i zachować się poprawnie „na mieście”. Ale to jednak dzieci, a nie porcelanowe figurki!

Czasem zachowują się lepiej, czasem odstają od ogólnie przyjętych wyobrażeń na temat „grzecznego” dziecka. Każdy rodzic wie, że to trudna sztuka wypośrodkować pomiędzy własnym komfortem i przyjemnością przebywania w restauracjach, a nie uprzykrzaniem się innym klientom. Granica jest cienka – tuż za nią zachowanie lekko rozbawionego i dokazującego dziecka staje się nieznośnym i ciężkim do zniesienia rozrabianiem wstrętnego bachora. A każde, absolutnie każde dziecko zachowuje się czasem jak wstrętny bachor!

Rodzinna rozrywka była wyczerpująca, powoli wleczemy się do auta. Na pomniku dalej siedzi czerwonowłosa dziewczyna i jej towarzysz z gitarą.

Brrrr, zimno jak cholera, wiatr wczesnowiosenny wieje, że też im się chce siedzieć na zimnym kamieniu tyle czasu! Spoglądam na nich i myślę, że to bardzo przyjemne być odpowiedzialnym tylko za siebie. Móc siedzieć gdzie się chce i jak długo się chce, nie planując, nie kombinując pod kątem Czynników Wysokiego Ryzyka Focha u Potomstwa – czy nie będzie akurat głodne, zmęczone, zziębnięte, czy zbyt energiczne jak na warunki miejsca. Ta lekkość bytu bezdzietnych jest bardzo komfortowa i w sumie rozumiem, że bardzo muszą ich razić zachowania rodzin z dziećmi. Dopiero, gdy sam zostajesz obarczony nieobliczalnymi ludźmi o wzroście poniżej metra, to zaczynasz zdawać sobie sprawę, jak ciężką harówką jest wypicie tej kawy poza domem i nie narażenie się przy tym na lincz postronnych.

Warto więc wysilić się na odrobinę wzajemnej empatii: rodzice – poprzez zwracanie większej uwagi na własne dzieci, oraz bezdzietni – poprzez odrobinę wyrozumiałości, gdy dziecko przy sąsiednim stoliku nie zachowuje się jak posąg. To takie proste, a wszyscy byliby odrobinę szczęśliwsi.

1

 

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

10 komentarzy

  • Reply tynka 29/03/2016 at 22:01

    :)

  • Reply At 30/03/2016 at 11:54

    Ruby a jak u was z chorobami przedszkolnymi?przestal mlody chorowac? Moja corka chodzi do zlobka i non stop jakies chorobska:(

    • Reply Agata / Ruby Times 30/03/2016 at 22:28

      Od stycznia praktycznie był zdrowy, robimy dużo inhalacji, dużo wietrzymy, jemy w miarę zdrowo i rozgrzewająco. Jakoś udało nam się bez chorób wytrzymać prawie 3 miesiące, ale teraz chyba znowu coś go łapie :(

  • Reply Kinga 30/03/2016 at 13:36

    Wiesz… troszkę ulżyło mi, że czyjeś dziecko też miewa histerie bo coś tam. Mój syn w maju skończy 2 lata i ten etap, który nastał i trwa sobie w najlepsze jest słodyczą, a jednocześnie goryczą mojego macierzyństwa. Słodyczą bo rozwija się w tempie ekspresowym i co rusz zdobywa nowe umiejętności, a podpatrywanie tego niezwykle mnie raduje i wzrusza.. ale… ale jest gorycz bo etap rzucania się na podłogę, płaczu, ryku, wrzasku i całej tej otoczki daje w kość i miewam dziwne myśli w tych momentach ;-)
    Najgorsze są powroty ze spacerów.. Ledwo Mieszko widzi drzwi to zaczyna się wić, płakać, lamentować i zawodzić… A ja czuję się jak wyrodna matka.. Bo po prostu chcę już do domu… Nie mam siły kolejnej godziny biegać, podnosić, ratować, bujać, trzymać, łapać… Chcę usiąść na swojej kanapie przynajmniej na chwilę…

    A jeśli mam się wypowiedzieć na temat :D to.. podsumowanie świetne.. Każdy niech zrozumie każdego… Chociaż muszę przyznać, że w przestrzeni publicznej tylko swoje dziecko mnie nie wkurza :-) No chyba. że w momentach kiedy tracę moc i kontrolę nad jego emocjami :-)

    • Reply Agata / Ruby Times 30/03/2016 at 22:30

      Mnie też wkurzają dzieci w przestrzeni publicznej, jak sama jestem bez moich, to siadam jak najdalej się da od rodzin :). Każda ze stron ma swoje – słuszne – racje, tylko wzajemna akceptacja i poszanowanie drugiej osoby może nas uratować.

  • Reply Pola-Odpoczywalnia 30/03/2016 at 18:50

    W punkt to podsmumowanie!

    My rzadko jadamy poza domem, ale w miejscach niekoniecznie typowo dziecięcych dość często jak wiesz;) Dzieciaki są przyzwyczajone od małego i nie robią problemów większych. Przy czym większa część naszego rodzicielstwa spędziliśmy we Francji a tam jednak nie ma powszechnej opinii ze dzieci nie mają wstępu wstępu w miejsca publiczne i nie ma tych spojrzeń dezaprobaty postronnych najlepszych rodziców świata gdy dziecko się głośniej zasmieje albo zaplacze. Przy czym tak jak piszesz rodzice też muszą znać granice;)

    • Reply Agata / Ruby Times 30/03/2016 at 22:33

      Mam wrażenie, że w Polsce jest dość duża nietolerancja dla rodzin. Są miejsca, gdzie jest w miarę spoko pod tym względem, ale dużo osób – zwłaszcza starszych – ma problem z tym, że dziecko w ogóle się rusza, śmieje, robi cokolwiek „dziecięcego”. Tak jakby chcieli się na siłę utwierdzić w przekonaniu, że za ich czasów było lepiej, a teraz to wychowanie szkoda gadać. Tymczasem dzieci zawsze były dziećmi.

  • Reply Martyna 30/03/2016 at 21:31

    Powinnaś rozdać ten tekst wszystkim siedzącym w knajpce wokół Was – taki postulat o zrozumienie :D I Kelnerkom :D

    • Reply Agata / Ruby Times 30/03/2016 at 22:34

      Zrozumieją. Ale tylko rodzice :)

  • Reply Dominika 02/04/2016 at 20:04

    Trafiłam tutaj z Odpoczywalni :) Świetnie napisane! Uwielbiam czytać takie codzienne historie ujęte takim lekkim stylem. Nie tracą przy tym na wiarygodności. Co do akceptacji małych brzdąców w miejscach publicznych to przyznam się, że mimo mojej wyrozumiałości i cierpliwości, czasem po prostu nie mogę wytrzymać całej sytuacji. Oczywiście nic specjalnego wtedy nie robię, ale pewnie nieświadomie posyłam w stronę rodzinki znaczące spojrzenia, co uświadomiłam sobie po przeczytaniu tego tekstu. Teraz postaram się o jeszcze większą akceptację. Z drugiej strony warto też okazać tę akceptację lekko zniecierpliwionym i niezadowolonym sąsiadom w restauracjach, kinach czy innych miejscach, do których zdążają, aby odpocząć, zrelaksować się. Gdyby obie strony trochę przychylniej patrzyły na sytuację drugiej, wszystko byłoby łatwiejsze! :)

  • Odpowiedz na „MartynaAnuluj

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.