Stepy. Impresja.

Dzieci moje w kolorze sepii, w barwach pustyni. Ramiona zarumienione złotem, gładkie, ciepłe od słońca. Twarze oprószone szarym pyłem, rzęsy inkrustowane ziarnkami piasku. Moje złote dzieci, spójne kolorem ze stepowym tłem ogródka.

Dziki Zachód, spalona ziemia. Ochra, beż, ugier jasny, ugier ciemny.

Piaskowy krajobraz. Ręce omączone brunatną ziemią. Ubrania pokryte subtelną warstwą gliniastego podłoża. W upalny dzień, na tle pustynnych dekoracji trójka niewielkich górników fedruje w dołku z piachem.

Młody przynosi wiadrami wodę, by zrobić kałużę. Jego ramionka są takie chudziutkie, delikatnie ucałowane słonecznym promykiem, upstrzone plamkami błota. Na nosie ma brązową ziemistą plamkę.

Kropka. Jej złote włosy, udekorowane piaskiem, rozświetlone gorącym sierpniowym dniem. Jak zwykle w nieładzie, jeden niesforny kosmyk falujący w tej grzywie, memento rozplątanego warkoczyka. Pochylona nad górą piachu, skupiona, delikatna, myślami gdzieś daleko.

Lolek, krążący dookoła tej dwójki niczym satelita na metaamfetaminie. Biegający bez ładu i składu, ze schodka, na schodek, do brata, do siostry.. Z krzesełka na trawę, z trawy na krzesełko. A ja, ma się rozumieć, tuż za nim, bo chwiejny on jeszcze bardzo, chociaż nadrabia entuzjazmem. Rozsypuje piach garściami, z rączkami podniesionymi wysoko ku górze, by jak confetti na własną czuprynę wysypać, a potem z rykiem, że do oka wpadło.

I tak właśnie płynie dzień za dniem. Bez fajerwerków. Bez wielkopomnych zdarzeń. Pod patronatem najczęstszej mej blogowej kategorii zwanej „Codzienność”.

Wybaczcie minimalizm tego wpisu, ale przecież są wakacje. Niech przemówią zdjęcia.

 

7 comments

  1. e-milka says:

    Jaka piekna codziennosc! Moje dzieci potrzebuja niestety zawsze kwarantanny, by uwaznie zanurzyc sie rzeczach malych. I wtedy okazuje sie, ze tez potrafia, jak teraz, godzinami obserwowac indogeniczne mrowki i kowale bezskrzydle, w rozmiarze maksi. Albo pies wloczega, imajacy sie dorywczych prac jako stroz plazy, i wybierajacy ze wszystkich parasoli plazowych akurat nasz jako zrodlo cienia. Cale popoludnie uciechy, chociaz mama dotykac nie pozwolila. No nic, to chociaz pogadac z nim mozna (“Salam Alejkum, Bolo, bo wiesz, bracie, ze on tu sie wychowal i moze nie rozumiec po polsku“.) Albo sciezke wylac woda na goracym piasku. W pocie czola w ta i z powrotem z gliniana donica, wlasciwie popielniczka z woda. Pro publico bono, bo chetnych do skorzystania wielu. Tak naprawde nie dzieje sie nic.

  2. Magda Z. says:

    I Twoje zdjęcia, i teksty mają w sobie coś takiego, że-choć stanowią skrawki Twojej codzienności i (jednocześnie) dobrze pojętej zwykłości-chce się z nimi obcować. Może to przez to, że Twój świat jest normalny? A może przez to, że nie naginasz rzeczywistości do internetowych norm, schematów, trendów? Tak czy siak, Twój blog i Instagram są od dawna moimi ulubionymi! Tak trzymaj!:)
    PS. To nie wazelina, tylko zasłużona pochwała i znak, że Twój trud nie idzie na marne.:)

    • Agata / Ruby Times says:

      Dziękuję serdecznie! Staram się zachować szczerość w tym, co robię wirtualnie, właśnie dlatego, że razi mnie nadmiar sztuczności w necie.
      Oczywiście i tak kadruję nocniki ogrodowe i suszące się gacie, ale na to już nic nie poradzę :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.