Ręce mam w kieszeniach

Nie zabrałam ze sobą aparatu. Po co mi aparat, myślę sobie, skoro idziemy połazić tam gdzie zwykle, skoro własnymi śladami drepczemy kolejny raz, przewidywalni do bólu, nudni do potęgi. A tam, nad jeziorem, nie ma przecież nic nadzwyczajnego: trochę łysych w zimie drzew, kaczek i łabędzi bijących się o kromki chleba, które leżą rozrzucone bezładnie na skutej lodem tafli.

Tak, zdecydowanie nic wartego wyciągania rąk z kieszeni, wyłuskiwania z ciepłych, zamszowych rękawiczek zamarzniętych palców na potrzeby utrwalania świata. O, nie! Dziś mam ręce w kieszeniach, dziś tylko oczyma strzelam dookoła, uwieczniając w głowie to wszystko. Zapisując na wewnętrznej kliszy pamięci te małe, nieważne impresje.

Po chwili muszę jednak przyznać, że jest pięknie. Mroźno i błękitnie. Jezioro mieni się kolorami chłodu, całą gamą lodowatych błękitów. Niebo nie chce bynajmniej zostać w tyle za jeziorem i do tej oszronionej palety dokłada swój własny delikatny odcień niebieskości. Idziemy poubierani w ciepłe kurtki, tony swetrów, stosy czapek, rękawiczek i szalików. Cała rodzina opatulona przemyślnie, a dzieci na dodatek w wielkich nieprzemakalnych buciorach, i w narciarskich spodniach, które pogrubiają je o kilka kilogramów.

Dyskretny szelest poliestru towarzyszy naszym krokom, ubiór z warstw polaru, membrany i innych cudów szeleści miarowo zapewniając nieprzemakalność i niezatapialność.

Idziemy.

Szu-szu-szu.

Nie każdy człek jest wrażliwy na otaczającą aurę. Różni są przecież ludzie na świecie! Niektórym trzeba by podsunąć pod nos najbardziej obciachowo-różowy zachód słońca z palmą, klasyk niczym z ręcznika plażowego z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, może wtedy wydaliby okrzyk zachwytu nad pięknem świata. Albo najbielsze, śnieżnobiałe góry ze strzelistymi świerkami, z kuligiem, co rwie z kopyta. Może wtedy otrząsnęliby się z codzienności, może spojrzeliby na nowo, z takim niemowlęcym zachwytem.

A z pięknem różnie bywa, czasem jest subtelne, małe, niespektakularne. Zmiany oświetlenia, promyki przedzierające się przez poszarzałe chmury. Cienie, nisko nad ziemią, jak te, które właśnie kładą się przed nami na chodnikach.

Zrobiło się trochę późno, zdążyliśmy przewędrować kawał brzegu, gdzie lód chrzęścił pod stopami uradowanych dzieci. Piasek zamarznięty na kość pozwolił mi swobodnie towarzyszyć rodzinie wraz z wózkiem, w którym drzemał mały Lolek. Zdążyliśmy wypić gorące kawy, a dzieci obowiązkowo po kubku kakao. Wspięliśmy się też na ulubioną górkę, a po chwili mali ludzie zniknęli nam z oczu schowani wśród wysuszonych trzcin.

Cienie wydłużyły się jeszcze bardziej, a słońce już było bardzo nisko. Zwycięsko wracaliśmy w stronę parkingu, Młody dzierżył w dłoni długachną na metr trzcinę, która obijała się o przypadkowych przechodniów. Chodniki opalizujące od lodu, mieniły się drobinkami, błyszczącymi w zmęczonym zimowym krajobrazie niczym mikroskopijne kryształy. Oczywiście już dawno wyciągnęłam ręce z kieszeni. Komórkowym zdjęciom wprawdzie brakuje głębi i ostrości, ale nawet one potrafią czasem uchwycić esencję chwili.

Witajcie w 2017!

10 comments

  1. Kasia od Bliźniaków says:

    Pięknie jak zawsze: ) Dzięki Tobie od rana znowu mi się chce. Również witaj w 2017 Agatko wszystkiego dobrego :)

  2. Zuzi says:

    Cudowny wpis, cudowne zdjęcia. Szelest poliestru totalnie mnie ujął xxx ja mam prawie gotowy wpis w sumie w bardzo podobnym klimacie. Naprawdę, nie mogę uwierzyć w to jak na bardzo podobnych falach czasem myślimy. Tylko Ty jesteś od naprawdę pięknych opisów i zdjęć xxx

  3. Magda Z. says:

    Ależ ja Cię lubię, m.in. za tę rzadką umiejętność dostrzegania nieoczywistego dla większości ludzi piękna… Cudownie malujesz słowem, bardzo sugestywnie… Życzę Ci, Agatko, by 2017 rok był dla Ciebie łaskawy pod względem czasu potrzebnego na to, by pisać. O wenę jestem spokojna!:D I jeszcze wieeelu pozytywnych, budujących komentarzy, udostępnień, lajków i innych mierników sympatii, którą Czytelnicy darzą Twego bloga i składające się nań teksty!:D

  4. e-milka says:

    Niezatapialnosc. :) Ale doskonale rozumiem – znam te momenty, choc sa rzadkie, kiedy wszystko jest dokladnie tak jak byc powinno: dzieci „oporzadzone”, zabezpieczone tym razem na wszelka ewentualnosc i wreszcie mozna odetchnac i rozejrzec sie wokol. A poniewaz jestesmy razem, nic nam stac sie nie moze. Mysle, ze to sa te chwile, ktore kaza nam pozniej tesknic do czasow „kiedy dzieci byly male”, choc obiektywnie rzecz biorac jest ich niewiele. Oby nam sie!

  5. mamamagda says:

    Dla Was tez wszystkiego, co najlepsze ? dużo radości i uśmiechu, czego pewnie u Was nie brakuje ale tego nigdy za wiele. Wpis super? tez lubię zimowe spacery, o ile nie przerodzą sie w walkę z burza śnieżną jak ostatnio ? mlodsza w wozku, niemalże terenowym, i trzylatek odmawiajacy pójścia na nogach, za to ładujący sie na sanki, zeby go ciagnac plus śnieg sypiący poziomo (nie musze chyba dodawać ze prosto w twarz?) nooo-to bylo cos ? ale przezylismy, a jak potem zupe wcinali! Na cos sie ta walka z żywiołem przydala ?

  6. Magda says:

    Tak trochę nie w terminie ale najlepszego! Uwielbiam Pogorie a moje dziewczynki jeszcze bardziej! Spacery po zamarzniętym jeziorze akurat praktykowaliśmy na Rogoźniku ale na Pogorie zawsze chętnie wracamy. Piękne zdjęcia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.