Na temat, Śląskie - miejsca

Raz, dwa, trzy.. na wakacje nie jedziesz Ty!

Czy wiecie, że ponad 60% dorosłych Polaków nie pojedzie w tym roku na wakacje? Cholernie dużo prawda? Nie wiem jak Was, ale mnie bardzo zdziwiły te dane. Zazwyczaj wydaje mi się, że tylko my jesteśmy pokrzywdzeni przez los i poruszamy się po własnej osi wizyt u przyjaciół i dziadków, a cała reszta właśnie rezerwuje loty i sprawdza noclegi w odległych krainach. Przyjrzyjmy się jak to wygląda w rzeczywistości.

Wakacje na Facebook’u.

Włączasz stronę z niebieskim nagłówkiem i wzdychasz głęboko: na pierwszym planie uśmiechnięte twarze, słoneczne miejsca i tropikalne drinki. Scrollujesz zdjęcia i dostrzegasz zdobywców górskich, triumfujących na kolejnej przełęczy, a chwilę później płynnie przechodzisz do bikini nad hotelowym basenem i śródziemnomorskich domków nad szmaragdową zatoką. Potem spoglądasz na własne, zroszone deszczem okno i szlag Cię trafia. Myślisz sobie: „dlaczego WSZYSCY są na wakacjach, tylko nie ja?”. Potem wracasz do domowych obowiązków i szarej egzystencji, jedziesz po żarcie do sklepu, gotujesz, pracujesz, krążysz wokół kilku tych samych nudnych, znanych od podszewki miejsc, których masz powoli serdecznie dość. Brzmi znajomo?

Casus I-Phone’a.

Wrażenie, jakoby wszyscy poza nami byli na wakacjach można porównać do sytuacji, w której nastolatek oznajmia rodzicom, że pilnie potrzebuje nowego I-Phone’a. Bo WSZYSCY w szkole już mają. Po dokładniejszym przyjrzeniu się sprawie prawdopodobnie okaże się, że nowy sprzęt posiada czterech zamożnych kumpli z klasy, i jeszcze dwóch – mniej zamożnych – których rodzice zgodzili się płacić słone raty żeby tylko ich potomstwo nie miało kompleksów w grupie rówieśniczej, cała reszta posługuje się zwykłymi telefonami.

No więc właśnie. Z urlopami jest dość podobnie: szara większość nie wyjeżdża, ale ta podróżująca mniejszość robi piękne, kolorowe wrażenie. Ale kto by pomyślał, że na urlopy (rozumiane jako przynajmniej 5 – dniowe wyjazdy poza miejsce zamieszkania, dane za CBOS) jeździ tak mała liczba osób? Co robi pokrzywdzona większość? Ano, musi wziąć głęboki wdech i podczas przerwy w pracy zawodowej wyremontować kuchnię, pomalować ścianę, popracować dorywczo lub – w najlepszym wypadku – odwiedzić rodzinę. Trochę to smutne, bo gdzie czas na odreagowanie się, którego każdy z nas potrzebuje?

Przecież nie od dziś wiadomo, że normalne psychiczne funkcjonowanie człowieka jest niemożliwe bez ożywczych zmian dekoracji, oddechu innym powietrzem, złapania dystansu do codzienności, czyli tego wszystkiego co daje nam wyjazd w nieznane. Nie wspominam już o innych plusach urlopowania – odkrywaniu nowych miejsc, kultur, smaków. Przeżywaniu przygód.

Zwiedzanie nieoczywiste.

Zawsze lubiliśmy nieoczywiste zwiedzanie. Nawet gdy mieszkaliśmy poza Polską i mogliśmy sobie pozwolić na fajne wakacje, jeździliśmy w czasie nietypowych pór roku, by nie było tłumów. Wybieraliśmy niewielkie hoteliki zamiast wielkich molochów zbudowanych przy prywatnej plaży. Lubiliśmy wejść w gąszcz wąskich uliczek w poszukiwaniu aromatycznych dań i kawiarni dla lokalsów. Lizbonę oglądaliśmy w zimowej scenerii. Chodziliśmy na śniadania do małej, staromodnej pastelarii na jakimś zapomnianym placyku miejskim. Często byliśmy jedynymi klientami. Właścicielem lokalu był uroczy starszy pan, który ni w ząb nie rozumiał angielskiego, mimo to nasza komunikacja przebiegała całkiem sensownie.

Na Sardynii zamieszkaliśmy w małej miejscowości, w której prawie nie było hoteli. Gdy wspinaliśmy się po krętych uliczkach miasta często napotykaliśmy na suszące się pranie i małe placyki, na których przesiadywali mieszkańcy, nieodmiennie zdziwieni, że ktoś przechodzi przez ich teren z aparatem. Lubiliśmy się zgubić, by znaleźć interesujące miejsca, lubiliśmy nasiąkać klimatem odwiedzanych miasteczek. Przycupnąć sobie i obserwować uliczne życie. Teraz, gdy nasza sytuacja zmieniła się o 180 stopni znów wdrażamy zasadę nieoczywistego zwiedzania, ale w rozumieniu rodzinnym i lokalnym, przypominającym mi odrobinkę własne dzieciństwo.

Geneza.

Gdy byłam mała podział rodzicielskich obowiązków był dość konserwatywny: Tata planował trasy wycieczek, a mama dbała o oprawę kulinarną wyjazdów. Pamiętam te pikniki na kocyku, proste, wręcz siermiężne jedzenie, które smakowało wówczas o wiele bardziej niż w domu. Zimny kotlet schabowy wsadzony między dwie kromy chleba, pomidor trzymany w ręce i herbata z termosu. W czasie naszych podróży zwiedzaliśmy wszystko, co znajdowało się w zasięgu jednodniowego wypadu. Jeździliśmy szlakiem Orlich Gniazd, chodziliśmy po zapuszczonych pałacach, wspinaliśmy się na zamkowe ruiny, oglądaliśmy zapomniane żydowskie cmentarze.

Ten sposób zwiedzania jest mi bardzo bliski, utkwił gdzieś w podświadomości jako archetyp rodzinnej rozrywki. Z pewnością wpłynął na zainteresowania moje i siostry – może to nie przypadek, że ona fascynuje się historią, a ja skończyłam studia kulturoznawczo – pochodne. Teraz sama mam dzieci i również chcę pokazywać im fajne miejsca i rozbudzać ciekawość świata. W tym sezonie letnim mam zamiar wyekstraktować maksimum atrakcji turystycznych, położonych niedaleko od domu i organizować do nich małe jednodniowe wycieczki.

Zauważyłam, że gdy podróżujemy „daleko”, to jesteśmy wyczuleni na detale, robimy zdjęcia murali, pięknych bram, odrapanych ścian i kolorowych kwiatów. Na własnym terenie tracimy tę wrażliwość na interesujące szczegóły. Mijamy je codziennie i wydają się nam nieatrakcyjne, tylko dlatego, że są tuż obok. Chciałabym odczarować miejsca z sąsiedztwa, które również mogą być fascynujące.

Nie oszukujmy się: dalej myślę o cykadach na Cykladach, greckim jedzeniu i niemożliwie błękitnym morzu. W dalszym ciągu chciałabym znaleźć się na wyżynie śródandyjskiej, zobaczyć jezioro Titicaca i dotknąć starych murów Cuzco, jak to sobie wymarzyłam jeszcze na studiach. Z radością wrzuciłabym dzieciaki na nadbałtycką plażę – wszak to idealna, wielka piaskownica – i obserwowała ich pierwszą reakcję na widok ogromu morza. Wygląda jednak na to, że jesteśmy wśród szarej większości i nigdzie się w tym roku nie wybieramy. Będziemy jednak – jak zawsze – dbali o liczne chwile wytchnienia i pozytywny styl życia w wydaniu stacjonarnym. Będziemy odkrywali interesujące miejsca poupychane w pozornie nieciekawej okolicy, w jakiej przyszło nam mieszkać – w województwie śląskim.

Śląskie. Miejsca.

Nie od dziś wiadomo, że śląskie jest naprawdę piękne i ma zaskakująco dużo do zaoferowania, jeśli chodzi o rodzinny wypoczynek. Dlatego też wraz z czerwcem zaczynam nową serię na blogu, która będzie jednocześnie dokumentacją naszych bliskich podróży. Już jutro (a najpóźniej pojutrze!) oczekujcie pierwszego wpisu oznaczonego jako „Śląskie – miejsca”

P.S. Mówiąc „śląskie” mam na myśli województwo. Proszę się więc nie oburzać, gdy we wpisach pokaże się coś innego niż sam Górny Śląsk. A pokaże się z pewnością (pssst! zdjęcia poniżej są z Zagłębia!:).

IMGP5752 IMGP5753 IMGP5862 IMGP5886 IMGP5896 IMGP5909 IMGP5917 IMGP5949 IMGP5953 IMGP5959 IMGP5962

logo

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

16 komentarzy

  • Reply radoSHE 03/06/2015 at 17:06

    Jest dokładnie tak jak piszesz,. Najbliższe otoczenie jest dla nas tak wyświechtane, że trudno włączyć tryb odkrywania. Będę z niecierpliwością czekać na ten cykl. Taka na przykład Pogoria. Na Waszych zdjęciach taka piękna, a ja tam (chyba) nigdy nie byłam!

    • Reply Ruby Soho 04/06/2015 at 08:24

      Z Pogorii to dopiero będą ładne zdjęcia! Właśnie jeden z najbliższych wpisów będzie o Pogo :)

  • Reply No.2 03/06/2015 at 20:29

    My chyba też znajdziemy się w 60%ciu procentach. Po remoncie mieszkania nie ma co liczyć na Karaiby. Chyba, że jakiś milioner da nam wyjazd w ramach akcji charytatywnej ;) A tak na serio to zwiedzanie lokalne też jest super. Przynajmniej nie martwisz się o wątpliwy standard kurortowego hotelu. A ile na tym Śląsku jest do oglądania! Pszczyna na ten przykład – taka piękna ;)

    • Reply Ruby Soho 04/06/2015 at 08:25

      Karaiby w ramach akcji charytatywnej – to ja też proszę!
      Pszczynę odwiedzimy na pewno!

  • Reply Ania D. 04/06/2015 at 09:12

    My wybywamy na wakacje, ale głównie po to żeby zmienić naszym chorowitkom klimat. A po urlopie jeszcze weekend w Rybniku, więc czekamy na jakąś fajną inspirację może odwiedzimy jak poobjeżdżamy już całą masę rodziny :)

  • Reply Joanna 04/06/2015 at 11:33

    Absolutnie się zgadzam z tym, że Facebook zasypane nas codziennie lazurem oceanu i białym piaskiem z której wystaje krzywa palma ach jak wtedy mi żal że nie mogę tego zobaczyć że to niesprawiedliwe itd tak tak mam ten syndrom taki jest już ten świat nie można mieć wszystkiego i trzeba się cieszyć z tego co się ma :) piękne zdjęcia pozdrawiam Joanna.

    • Reply Ruby Soho 04/06/2015 at 12:57

      Dzięki. widzisz i bez palmy da się dobre zdjęcia zrobić :)

  • Reply FrenchKate 04/06/2015 at 11:38

    Fajny wpis. Z wielką przyjemnością poczytam o atrakcjach „śląskiego” i będę za nimi tęsknić jeszcze bardziej! Masz rację – warto czasem rozejrzeć się po okolicy, nawet tej już dobrze znanej, bo zawsze znajdzie się coś ciekawego do obejrzenia. Ostatnio kiedy fotografowałam jakąś lokalną malowniczo obdrapaną ścianę i urokliwie rozpadającą się budkę telefoniczną w mało turystycznej części miasta to jakaś pani, biorąc mnie za turystkę, z przepraszającym uśmiechem powiedziała, że mają tu ładniejsze rzeczy do fotografowania. Innym razem rowerzysta wraz ze mną zadarł głowę do góry, by zobaczyć, cóż takiego fotografuję i omal przez to nie spadł z roweru:) Pomysł ze zwiedzaniem lokalnych atrakcji uważam za bardzo dobry, bo to niezły sposób żeby przyzwyczaić dzieci do turystyki i podróżowania, do „karmienia” ich naturalnej ciekawości świata. Już sobie wyobrażam reakcję Młodego na widok ruin zamków, jak z szeroko otwartymi oczami słucha historii o walecznych rycerzach i smokach. Bezcenne!

    • Reply Ruby Soho 04/06/2015 at 12:57

      To prawda, ruiny zamków z pewnością przypadną Młodemu do serca. Chociaż.. tego morza też mi trochę żal. Uwielbiam morze i tak bardzo chciałabym zobaczyć reakcję Stworów na ten pierwszy wieeelki widok niekończącej się wody. Cóż, może kiedyś.

      • Reply FrenchKate 04/06/2015 at 22:45

        Kiedyś podczas studenckiej wycieczki autobusowej do krajów nadbałtyckich, mieliśmy mały przystanek na plaży. Był marzec, a może kwiecień. Zimno. Jeden z kolegów zaczął szaleńczo biec w stronę morza, po czym z radosnym wrzaskiem wskoczył do wody. W ubraniu. Wyszedł przemoczony, zziębnięty ale szczęśliwy. I tak kolega Grzegorz C. w wieku dwudziestu kilku lat pierwszy raz zobaczył morze. Nigdy nie zapomnę tego widoku i tej jego radości. Mam nadzieję, że Młody nie będzie musiał czekać tak długo:)

        • Reply Ruby Soho 04/06/2015 at 22:58

          Ha! Ja też mam taką nadzieję. Sama kiedyś jechałam stopem przez całą Polskę (od czeskiej granicy) w maju z pewną Heleną (Helka, czytasz to?), by wysiąść z ostatniego auta, tuż przy plaży .. gdzieś w Zatoce Gdańskiej i rzucić się z krzykiem i radością w stronę morza.
          Myślę, że okoliczni mieszkańcy spod budki z piwem też mieli nieco rozdziawione buzie :)

  • Reply Matko Zabawko 04/06/2015 at 12:24

    Tez zauważyłam, że to co ładne na wyciągnięcie ręki nas interesuje i zrobienie temu czemuś zdjęcia graniczy z cudem. A za granicą juz jest wielkie wow, kopary w dół i wykonama seria zdjęć.
    Czekam na nowy cykl :)

  • Reply tynka 11/06/2015 at 13:48

    jaka ja szczęśliwa byłam żyjąc w błogiej nieświadomości i łudząc się, że nasze wypady do Prababci na Podkarpacie…do jednych Dziadków na Żywiecczyznę i do drugich Dziadków i Pradziadziusia na Dolny Śląsk i na Kujawy w ramach mojego wolontariatu to WAKACJE ;) hahaha
    Pomimo, że te nasze wypady okrojone z wypoczynku ;) to i tak ładują akumulatory.
    Zresztą każdy wakacje spędza jak może, w zależności od możliwości czasowych i finansowych…
    My od wiosny praktycznie uziemieni jesteśmy i przyjmujemy gości-znajomych-rodzinę ;) wszystkich którzy chcą się wyrwać z miasta i posiedzieć trochę na wsi…
    Twoje wspomnienia, jak i aktualne plany a także te rozmarzone…wszystko to jest DOBRE :)
    Zresztą Wasze dzieciaki przesiąknięte Waszą ciekawością świata będą :) znaczy się już są ;)
    pozdrawiam

  • Reply Aga M. 15/07/2015 at 20:55

    Zimne kotlety w kanapce! Do tego cały pomidor w drugiej ręce (bo kto by wtedy robił sałatki na drogę) To dopiero są wspomnienia! Dla mnie szczytem luksusu były wypady do babci na wieś. Zawsze żal mi było kolezanek, które kolejne wakacje spędzają na śląskim blokowisku. Te wspinaczki z kuzynami po drzewach, kradzieże owoców z drzew sasiadow… Bezcenne!

    • Reply Agata / Ruby Times 15/07/2015 at 21:25

      Dokładnie tak! Ten zimny kotlet :)
      Finezja! :)

  • Reply Monia 07/10/2015 at 23:07

    Cudownie to ujelas! Marzy mi sie taki piknik z kotletem!

  • Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.