Przyszła.

Spoglądam na męża, który zasnął  na plastikowej zjeżdżalni ogrodowej. Gustowna odblaskowo-pomarańczowa konstrukcja przytrzymuje litościwie jego bezwładne ciało, któremu najwidoczniej nie przeszkadza brak leżaka. Wszystko jeszcze na pół gwizdka, kurz na altanie, meble ogrodowe czekają na rozpakowanie, mała architektura aż błaga o pędzel umoczony w farbie.

Starsze dzieci natychmiast wrosły w piaskownicę, wręcz zapuściły w niej korzenie na nowo po zbyt długiej zimie. Najmłodszy Lolek, oszołomiony całym światem budzącym się z letargu łazi dookoła i zagaduje do ptaków.

„Cio tam, fifi?”– zapytuje uprzejmie jednego wróbla siedzącego na świerku.

Wkrótce zjadamy piaskowe ciastka i wypijamy piaskowe kawy z podejrzanymi badylami w środku różowych, plastikowych filiżanek. Czyli robimy to samo, co zawsze.

No, poza tym, że co jakiś czas rozgrywa się scena dantejska, polegająca na odciąganiu Najmłodszego od parkingu. Parking znajduje się nieopodal, co jakiś czas wjeżdża nań pojazd mechaniczny, a to działa na Najmłodszego jak płachta na byka. Albo jak sernik na matkę.

Rusza z kopyta, bez trudu pokonuje cały trawnik, już, już wbija na żwirową ścieżkę, już wita się z gąską, gdy nagle matczyna dłoń odciąga go stanowczo od upragnionego, lśniącego pojazdu. Najmłodszy rzuca się po żwirkowej alejce, wygina śmiało swe niewielkie, prawie dwuletnie ciało i wyje z rozpaczy.

Atak wściekłości wreszcie mija, mały człowiek obsmarkał się aż po brodę, glut zmieszany ze śliną ściele się gęsto. Wtedy to Lolek uznaje, że czas pocieszyć się jednak w ramionach rodzicielki. Wtula się więc słodko wraz z tym nosem obsmarkanym prosto w bluzkę mamy.

Postanowiłam odciągnąć go trochę od tej nieznośnej motoryzacyjnej pasji. Nic do niej nie mam, ale bez sensu być tak nieznośnie monotematycznym, zwłaszcza że to ten czas w roku.

Przyszła wreszcie.

Jest!

Świat cały ziewa i przeciąga się właśnie, zrzuca wełniane skarpetki i wystawia stopy spod kołder. Promyki coraz bezczelniej otulają zakurzone belki naszego stropu. Liście strzelają z pączków.

Kto by teraz myślał o autach?

Kto by chciał spędzać czas na parkingach?

Pokazuję więc maluchowi budzący się do życia świat. Pierwsze listeczki w obłędnie jasnozielonym kolorze, owady, młode tulipany.

Lolek pozostał niewzruszony przy tej prezentacji. Zainteresowała go jedynie mrówka.

Pokazałam mu taką jedną, co zapierniczała po czerwonej ławce. Ławka z obłażącą artystycznie farbą była wspaniałym tłem dla niewielkiego stworzonka biegającego we wszystkie strony.

Najmłodszy spojrzał zdziwiony. Zaciekawiony pochylił się nad owadem. Spojrzał raz jeszcze. Na mnie. Na mrówkę.

„Cio to?” – zapytał wreszcie.

„To jest mrówka”. – odpowiedziałam. – „Takie małe zwierzątko: mrówka”.

Lolek uruchomił wszystkie procesy myślowe, jakie zdołał.. wyobraził sobie zapewne niewielki silnik, małe koła, wszystkie możliwe mechanizmy zawarte w szybkim owadzie.

„Auto?” – zapytał patrząc mi w oczy. Gdy zaprzeczyłam nieco się rozczarował. Pogardliwym zerknięciem zaszczycił mrówkę po raz ostatni i zupełnie stracił zainteresowanie światem przyrody.

Resztę popołudnia spędziliśmy na parkingu.

5 comments

  1. Mamamagda says:

    Haha, mrowka-auto wymiata ? no nareszcie jest, upragniona wyczekana ? sezon na place zabaw i pozniejsze powroty do domu nareszcie otwarty ??

    • Agata / Ruby Times says:

      Taaaak! Też aż skaczę z radości, chociaż w tym roku zamiast listków i kwiatków chyba będę fotografować alufelgi i zderzaki :D

  2. Kasia says:

    Nasz najmłodszy synek gustuje w pociągach i wszystkie spacery na łonie przyrody odbywają się na stacji kolejowej.
    Od biedy może być też wycieczka pod wiadukt po którym pędzą tiry lub w ostateczności poszukiwania smieciarki i radiowozów. Na moje szczęście te wyprawy odbywają się z dziadkiem w moich godzinach pracy ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.