Codzienność, Styl życia

Proste historie #2. Nawłoć i badyle.

Popołudnie ociekało żarem kończącego się lata. Mąż wrócił z pracy wystarczająco wcześnie, by plan mógł się udać. Dzieci ubrały długie spodnie, jak na leśną wyprawę przystało. Spojrzałam na swoje oblicze w lustrze. Tak bardzo zmęczone! Oczy jakby mniejsze, spuchnięte, twarz niewyraźna, włosy niedzisiejsze. W łazience na blacie leżała czerwona chustka mojej córki, założyłam ją na głowę i poczułam jakby lepiej, a czarna kredka i mocna szminka zastąpiły mi twarz tego sierpniowego popołudnia.

Ruszyliśmy przed siebie niewielką uliczką wśród domów.

Jedni biegli i trzeba było ich upominać. Inni szli wolno. Ktoś się przewrócił. Nie minęliśmy jeszcze wszystkich zabudowań, gdy nasza córka zaplątała się w łopianowe chaszcze, na których pyszniły się akurat wysuszone owoce tej rośliny, potocznie zwane „rzepami”. Rzepy są absolutnie cudowne, wie to każde dziecko. Ale nie są cudowne we włosach! Nie są cudowne, gdy wyschną i wczepią się w bok głowy, niczym misterna dekoracja kwiatowa na fryzurze panny młodej.

Kropka stała załamana, obok Tata próbował wydłubać wszystkie perfidne haczyki. Te jednak wkręciły się we włosy tak złośliwie, że nie dało rady ich stamtąd wyciągnąć. Trudna rada! Poczłapaliśmy dalej w nieco gorszych humorach. Dziewczynka szła dzielnie, okazjonalnie drapiąc się mocno po szyi i plecach, gdzie wczepiały się nieszczęsne rzepy. Minę miała smutną, przeczuwając, że zbliża się koniec jej kariery Roszpunki.

Ale poza tym było dobrze, cholernie dobrze! W polu znaleźliśmy wszystko czego szukaliśmy.

Ja odnalazłam przestrzeń i wieczorne, letnie światło, co w takich chwilach w zupełności mi wystarcza do odbudowania równowagi psychicznej, cegiełka po cegiełce. Tuż za ostatnimi domami rozciągały się pola, pokryte dywanem żółtych kwiatów nawłoci. Dzieci znalazły tam labirynt, w którym można się gubić i znajdować. Odpędziłam natrętną myśl o czających się w gęstwinie drapieżnych insektach i nie upominałam małych ludzi za bardzo, gdy zniknęli w polu aż po czubki głów.

Kawałek dalej, na skraju lasu, rozciągał się krajobraz rodem z Dzikiego Zachodu – wypalone słońcem drewniane gałęzie, sucha trawa, a nawet pole niemal dojrzałej kukurydzy. No lepiej bym sobie tego nie wymarzyła do zdjęć! I to jeszcze będąc w stylówce a’la zbuntowana nastolatka A.D. 1993! Wkrótce potem nazbieraliśmy drewno na opał i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu targając za sobą wielkie drągi.

Szliśmy znowu wśród nawłociowych pól i nie mogliśmy odmówić sobie małego szaberku. Wzbogaciliśmy się o dwa wściekle żółte bukiety, toczyliśmy się powoli dalej, coraz bardziej obciążeni. Zapewne osobliwa z nas była menażeria! Dziwna zbieranina osób, prowadzona przez mężczyznę z brodą, obładowanego gałęziami, za którym maszerowała dziewczynka z fryzurą uświetnioną rzepami, chłopiec targający za sobą drewniany drągal i jeden maluch uczepiony matki. I jeszcze matka wystylizowana na wczesnego Axla Rose, tyle że z uszminkowanymi ustami, z bukietem kwiecia i gałęziami w dłoniach.

No naprawdę. White trash’e z Południa.

To my!

Wkrótce rozpalaliśmy ognisko w ogrodzie. Mężczyźni, jakże nietypowo, zostali strażnikami ognia, podczas gdy niewiasty oddaliły się w stronę łazienki, a konkretnie wanny.

Nastąpiło mozolne wyczesywanie rzepów, długie mycie i czesanie.. i ratowanie włosów Kropki. W końcu w ruch poszły nożyce krawieckie, tnąc bezlitośnie złote strąki. Uzyskana fryzura przypominała coś, co mógłby nosić giermek, gdyby rycerz własnoręcznie podcinał mu końcówki tępym mieczem. Ale włosy wyglądały zdrowo. I nie miały w sobie ani jednego rzepa.

Gdy kobiety wróciły do ogrodu, rozpoczął się klimatyczny wieczór. Jak na zawołanie słońce schowało się za budynkami, dając najpierw mistrzowski pokaz gry świateł, a zaraz potem na scenę wkroczył księżyc z granatową dekoracją nieba i punktowym oświetleniem gwiezdnym.

Siedzieliśmy opatuleni kocami, spoglądając w trzaskające płomienie. W namiocie zapalił się lampion, na ogniu dopiekała się kiełbasa, piwo zasyczało niecierpliwie wypływając spod kapsla. A potem dzieci zaczęły ziewać, i jedno po drogim pakować się do śpiworów.

My siedzieliśmy długo. Rozkoszując się ciepłą nocą, która nastąpiła po upalnym dniu. I ciszą, która nastąpiła po dniu hałaśliwym. Ciesząc się własnym towarzystwem, bo zazwyczaj otacza nas tłum małych ludzi, a jednocześnie ciesząc się, że mamy ich tuż obok, bezpiecznie śpiących w namiocie.

Ranek przyszedł wcześnie. Rosa zabłysnęła na naszym materiałowym domku. Wkrótce kalosze poszły w ruch, rozpoczął się kolejny dzień.

A potem dobre śniadanie. Jak na kowbojów i ranczerów przystało wsunęliśmy całą patelnię smażonej fasoli z jajkami, dorośli popijali mocną, czarną kawą.

Przed południem wróciliśmy do domu, do zwyczajnego życia i obowiązków. Ale najpierw ozdobiliśmy stół w jadalni naszą piękną nawłocią.

I w zasadzie tyle mam Wam do opowiedzenia. W końcu ostrzegałam w tytule, że będzie to prosta historia.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

4 komentarze

  • Reply Zuzi Clowes 26/08/2018 at 07:30

    ale wspomnienie dla calej rodziny! uwielbiam to! aaaach!

    • Reply Agata / Ruby Times 30/08/2018 at 13:36

      :)

  • Reply Żaneta 27/08/2018 at 11:38

    W tych prostych historiach jest ukryta jakaś tajemna moc, która nie pozwala mi wyłączyć Twojego wpisu dopóki całego go nie przeczytam. Z ciekawością czekam na zwykłe jesienne opowieści, bo niestety lato powoli przemija. ☺

    • Reply Agata / Ruby Times 30/08/2018 at 13:36

      Dzięki <3

    Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.