Codzienność

Preludium lata. Sytuacje i anegdotki.

„Pasialoool!” – gromki okrzyk rozdarł miękkość nocnej ciszy. „Pasialol!” – krzyknął ktoś raz jeszcze. Dwuletnie ciałko poruszyło się niespokojnie w swoim łóżeczku. Mały człowiek nawet nie otworzył oczu – krzycząc śnił swoje sny o gorącym czerwcu w ogrodzie, o porankach, w czasie których regularnie rzuca rozkaz rozłożenia wszystkich parasoli („pasialoli”) ogrodowych.

Niczym kapitan na okręcie, który komenderuje postawienie żagli, by statek mógł wypłynąć z gorącej laguny czerwca wprost na nieznane, lipcowe wody.

Tymczasem lipca minęło już pół odkąd napisałam te słowa. Komputer kurzy się w kącie pod schodami, ale przecież nie ma w tym nic zaskakującego. W lipcu. No wiadomo, że się kurzy, no wiadomo, że nie ma nas w domu.

Wrzucam kolejne koniczyny do torebki.

Wręczane z miłością, z uroczystym słowem, z kontrolnym spojrzeniem głęboko w oczy. Nie sposób nie przyjąć! Najmłodsze również sekunduje starszakom, naśladuje ich każdy ruch i gest. „Mamo, psyniosłem ci kończynę” – mówi uroczo wręczając mi różowe kwiatki. Nie da się dyskretnie upuścić po drodze, bo czasem mali ludzie sprawdzają, czy aby na pewno kwiatki dalej są z nami, więc trafiają kilogramy zielska do mej torebki.. a potem znajduję takie memento.

Koniczyny, stokrotki, mlecze, wraz z zaskakującymi ilościami piasku są niczym skondensowane lato zaklęte w damskiej torebce.

„A powiedz jeden-dwa-trzy” – prosi Kropka.

„Jeden-dwa-ci” – odpowiada Lolek.

„A powiedz >ceratops<„ – podchwytuje Młody.

„Ciejatopś” – mówi Lolek.

„Tyranozaur?” – kontynuuje starszy brat.

„Tijajoziau” – odpowiada ten mniejszy.

„Diplodok?” – pyta Kropka.

„Diplodok!” – piękne odtwarza dwulatek.

„Kupa, siusiak!” – Młodego najwidoczniej opuszcza naukowy nastrój.. najmłodszy oczywiście powtarza idealnie, ku uciesze gawiedzi.

Te słowa dziecięce uwielbiam. Coraz więcej ich się pojawia, poza „pasialolem” najbardziej lubię, a jakże, „masiochodzik” (samochodzik), autobuś (wiadomo), „tefalon” (telefon).

I jeszcze codzienne, poranne, nieco płaczliwe: „będzie buła?” (ksywka „Człowiek Bułka” zobowiązuje :).

Wyjadając mięso z zupy Lolek komentuje: „dinoziaujy mięsioziejne”. Dwa lata ma koleś, ale oczy i uszy otwarte. Zawsze gdzieś w pobliżu starszych dzieci i ich naukowych wywodów o prehistorycznych gadach. Nie wie za bardzo o czym mówi, ale mówi. Bardzo!

Wraz z rozwojem mowy zmienia się niezmiernie taki mały człowiek.

Ze sfrustrowanej kulki, która histeryzuje, bo nie potrafi wyartykułować swoich myśli, przeistacza się w całkiem roztropne stworzenie. W takie, z którym czasem (z dużym naciskiem na „czasem”) można się dogadać. Negocjować. Tłumaczyć, że teraz robimy coś, A POTEM to coś, czego on żąda.

Coraz częściej jest partnerem do zabaw dla starszych dzieci. Umie mówić, umie żartować dokładnie na tym poziomie, który ich bawi. To jest bardzo niski poziom żartów, musicie wiedzieć! Czym niższy, tym większy rechot rozlega się po kuchni podczas posiłku, a największą estymę wśród starszego rodzeństwa można uzyskać wykrzykując niektóre „brzydkie” słowa, albo pakując całą łapkę do sosu, ewentualnie wrzucając kiełbasę do herbaty. Widząc podziw w oczach starszaków malec nakręca się do kolejnych działań, a matkę doprowadza do szewskiej pasji, tego chyba nie muszę pisać.

Wspominałam.. zapewne jakiś tysiąc razy, że mały Lolek należy raczej do kategorii hardkorów. Bezlitośnie bije nie tylko dzieci, ale również dorosłych. Oczywiście staramy się być stanowczy i go upominać, ale nie możemy być wszędzie. Czasem dzieci muszą poradzić sobie same z agresorem, a jakoś boją się mu oddać. Wyglądają zupełnie bezsilnie, gdy on ich trzaska klockiem po głowie. Płaczą. Uczę ich samoobrony, łapania go za nadgarstki, wyraźnego mówienia, że „nie wolno”, ale wiecie.. on wtedy zazwyczaj traktuje ich z główki, po czym płaczą wszyscy.

Zaraz potem Lolek zamienia się w uroczego przytulaska. Taki typ nam się trafił, z główki potrafi załatwić największego twardziela, a rękę też ma ciężką. A po chwili rozbrajający uśmiech i z kwiatami przychodzi przeprosić. Jak to mówią..

„Łobuz kocha najbardziej”.

A teraz opowiem Wam o „Dinusiu”.

Oczyska świecą mu na pomarańczowo, wejrzenie ma niepokojące, posturę groźną, a jak ryknie, to mi garnki w kuchni brzęczą. Podobno to velociraptor, czyli całkiem mordercza bestia. Młody dostał go na urodziny i dał mu to zupełnie nieadekwatne, słodziutkie miano. Gdy bestia kroczy po pokoju (tak – to kroczy!) i rykiem oznajmia swą obecność, to naprawdę, dorosły ma ciarki, co się dziwić , że dwulatek ucieka z wrzaskiem.

„Lolku, nie wolno bić dzieci, bo dinozaur przyjdzie!” – odkąd starszaki wyczaiły, że najmłodszy czegoś się boi, używają „Dinusia” do obrony. Albo stawiają go na straży swoich budowli z klocków i innych zabaw, by najmłodszy nie podchodził zbyt blisko.

Niedawno byliśmy w piaskownicy. Lolek podbiegł do młodszego od siebie dzieciaka z wiaderkiem w dłoni i zamiarem raczej morderczym. Jak błyskawica pomknęłam za nim, zaraz zjawił się też ojciec niedoszłej ofiary. Lolek zamachnął się wiadrem, które zabłysnęło w popołudniowym słońcu. Złapałam je – co możecie sobie zwizualizować w zwolnionym tempie – moją dłoń, czerwień narzędzia zbrodni, małą pulchną rączkę diablątka.

„Nie wolno bić dzieci!” – powiedziałam karcąco, a wtedy Lolek, głośno i wyraźnie uzupełnił: „Nie wolno bić dzieci, bo dinoziau przyjdzie”.

Powtórzył to jeszcze ze trzy razy, jakby się chciał upewnić, że wszyscy dookoła skumali. A ten facet, ojciec drugiego dziecka spojrzał na mnie z lekkim niesmakiem, tak jakby chciał powiedzieć: „WTF? Ludzie, jakie wy macie metody wychowawcze, małe dzieci dinozaurem straszyć, no JPRDL!” :).

Zaczęliśmy pierwsze, względnie długie wędrówki na dziesięciu nogach.

Wszyscy idą. Wydłużamy stopniowo trasy. Ściemniamy trochę co poniektórym by szli przed siebie, przy czym najlepiej mówić, że idziemy do auta. Czasem wabikiem są też pociągi, które możemy podziwiać podczas trasy jednego spaceru. A potem padają te nasze latorośle niczym muchy podczas podróży powrotnej do domu.

Śpią cudownie spokojnym snem, gdy przenosimy je do ogrodu, odpędzając tylko mrówki atakujące nasze legowisko, i z mozołem przeciągamy parasole ogrodowe, by dzieciom nie dokuczały gorące promienie. A gdy budzą się, teatralnie przecierając zamglone oczęta, natychmiast głodni są przeraźliwie, jakby nie jedli co najmniej od miesiąca!

Jak zawsze o tej porze roku jadamy jak najwięcej w ogrodzie. Przy stołach, albo na kocu, zwanym też „obrusem”, a oni za każdym razem cieszą się z pikniku, jakby to było święto, nawet, gdy „outdoorowe” konsumpcje zdarzają się bardzo często. I tak sobie trwa piękne lato. Słońce coraz niżej, złocistość ogarnia świat, dzieci już marudne i coraz bardziej ślamazarne.

Czas więc wpakować całe przykurzone towarzystwo prosto do wanny, a następnie przy otwartym oknie i cudownie upalnej nocy oddać się nocnym marzeniom, snom o parasolach i kolejnym letnim – tym razem już lipcowym – poranku w ogrodzie.

Dobranoc!

P.S. Zdjęcia może nieco chaotyczne, ale to po prostu czerwcowe archiwum zdarzeń. Ku pamięci (łącznie ze ścianą w artystyczne wzory, których już oczywiście nie ma).

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

4 komentarze

  • Reply Mamamagda 14/07/2018 at 21:40

    Padlam ze śmiechu 😂 dzieci dinozaurem straszą, hahaha 😀😀 z wielka przyjemnoscia przeczytalam co tam u Was slychac 😊 i musze napisac ze ja mam podobny egzemplarz do Lolka, srednie mi sie takie trafilo, z tym, ze córka, rozrabia jak pijany zając, po czym z rozbrajajacym usmiechem przytula sie i przeprasza… A i pochwale sie przy okazji, ze u nas juz trzecie jest, od miesiaca 😊

    • Reply Agata / Ruby Times 14/07/2018 at 22:17

      Gratulacje wielkie i uściski, życzę samych pięknych chwil i wielu przespanych nocy <3

  • Reply e-milka 15/07/2018 at 23:43

    Boski Belzebus, ze pozwole sobie rzucic oksymoronem. ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 18/07/2018 at 20:04

      Cudowny oksymoron :)

    Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.