Nowa definicja hard core’u.

Życie z dwulatkiem nie jest usłane różami. Niby można się przyzwyczaić do tego, że byle pierdoła urasta do rangi olbrzymiego problemu, że źle ukrojona kromka, czy ser zwinięty w rulon zamiast normalnie podany w plasterku może spowodować histerię, szamotaninę i kopniaki. Albo że pójście w  z ł ą  stronę podczas spaceru zakończy się donośną syreną, której wraz z nami będzie wysłuchiwał cały park. Tak to już jest. Pozostaje ignorować, przeczekać. A w parku wziąć dziecię pod pachę i z totalnym wyluzem na twarzy maszerować dalej, mimo oceniających spojrzeń gawiedzi. A niech gadają. Poker face.

Dziecko zmienia się, dojrzewa, ma jakieś nowe zajawki, nowe pomysły, ale i nowe problemy. Na przykład ma problem w związku z tym, że wyjada się mu z talerza. Kiedyś go to nie obchodziło – wiadomo, że mały człowiek nie jest w stanie zjeść wszystkiego, więc gdy kończył posiłek, to rodzice mogli się przykolegować do żywnościowych resztek. Dawniej było mu wszystko jedno, a teraz? Patrząc na niego nieomal widzę Joey’a z „Przyjaciół” mówiącego z naciskiem, że „Joey doesn’t share food!”.
Siedzimy z rodziną w naszej ulubionej szwedzkiej stołówce dla średnio zamożnych, wcinamy pulpeciki z frytkami. Najpierw pojawia się problem z pulpetem, bo niedobry Tata przekroił wszystkie na pół. Młody w ryk, oznaczający mniej więcej: „Tato oddawaj moje pulpety, ZEPSUŁEŚ!” Tata w pośpiechu zamienia zniszczone klopsiki na swoje własne z prywatnego talerza. Ufff.. sytuacja chwilowo opanowana. Młody raz po raz wciska wielkie pulpety do małej buzi, żuje strasznie długo, ale tych przekrojonych absolutnie nie chce. Jakieś pół godziny później (bo Młody potrafi naprawdę długo jeść) siedzimy tak sobie dalej z mężem wpatrzeni w swoje puste talerze. Syn dojada ostatnie klopsiki koło których piętrzy się góra zimnych frytek.
Od niechcenia sięgam po jedną z nich. Wszystko dookoła nagle zwalnia. Mąż podnosi wzrok, zamiera, wpatruje się we mnie z mieszaniną zdziwienia, przerażenia i wyczekiwania. Młody zastyga w bezruchu ze sporym klopsem w buzi. Frytka wbita na widelec przesuwa się płynnie w stronę mojego talerza. Młody nie spuszcza z niej oczu. Czuję się nieco dziwnie, jakieś niezydentyfikowane napięcie rośnie w powietrzu, ale jak gdyby nigdy nic zamaczam frytkę w resztce sosu, frytka zatacza spory krąg po talerzu. Mam wrażenie, że głowa Młodego zatoczyła ten sam okrąg, podążając tuż-tuż za frytką. Teraz frytka wędruje w stronę moich ust.. Młody wpatruje się we mnie intensywnie..
Zjadam frytkę.
W tej sekundzie przerażona mina Młodego zamienia się w minę zrozpaczoną. Usta wykrzywiają się w idealną podkówkę do złudzenia przypominającą ekspresję twarzy w japońskich bajkach, a przez stołówkowy gwar przecina się wielki, głośny, przeraźliwy ryk małego chłopca.
„Yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy!!!” – ryczy Młody – pokazując na mnie palcem, po czym zaczyna się szarpać, kopać na oślep i płakać. Wszystko na raz! Wciąż pokazuje na mnie palcem, tak.. oskarżycielsko.
„Osochozi?” – ja naprawdę nie wiem co mam powiedzieć! Młody szarpie się dalej, macha rączką, wskazuje niestrudzenie na moją twarz, jakby chciał powiedzieć: „Oddawaj!”. Czuję się głupio, naprawdę głupio. No wiecie – coś jak zabrać dziecku lizaka. Zła matka, zła!
„Zobacz kochanie” – mówię zupełnie na luzie, a raczej staram się – „zobacz ile masz frytek na talerzu. Policzymy je razem?” Próbuję tego i wielu innych sposobów, ale dziecko nie może się uspokoić. W końcu docierają do mnie migowe rozpaczliwe sygnały męża, które najwidoczniej sugerują rozwiązanie alternatywne. Dość głupie, ale co tam. Cholera wie, co siedzi w głowie takiego dwulatka.
Po kryjomu biorę więc jedną frytkę z talerza zrozpaczonego chłopca, zasłaniam sobie usta ręką i udaję, że właśnie ową frytkę wyplułam. Oddaję ją synkowi, a on natychmiast przestaje płakać i się uspokaja. „Ha!” – krzyczy z satysfakcją – co w jego języku oznacza, że jest, że  w r ó c i ł a. „Ha” – powtarza uradowany chłopczyk patrząc na odzyskane mienie pogodnym, czystym spojrzeniem. Zerkam na męża nic nie rozumiejąc. Dopiero w drodze do domu mąż opowiada mi anegdotkę o pewnym gofrze w centrum handlowym, kiedy to autorska metoda „wypluć i oddać” miała swoją premierę. I.. co tu dużo mówić – sprawdziła się idealnie. Po przyjacielsku radzę więc zapamiętać tą metodę. Nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie Wam zdefiniować pojęcie „hard core” na nowo.

15 comments

  1. radoSHE says:

    Leze i placze (dobrze ze lozka jeszcze nie wstalam). Ze smiechu:)wraz z wiekiem atrakcji przybywa, nie moge sie doczekac, haha. No i glowka rodzicow pracuje:)

  2. bunio says:

    Jeżeli histerie znikad wzięte u mojego dziesieciomiesiecznego dziś dziecka będą ewoluować to aż boję się pomyśleć co będzie później :-) i frytka to obawiam się, że będzie kropla w morzu Jego rozterek egzystencjalnych :-)

  3. Hahaha :-)! Wiem, że Tobie do śmiechu w takich momentach pewnie nie jest, ale dla osoby, która jeszcze takich „atrakcji” nie doświadczyła, Twoje opowiadanie to spora dawka humoru od rana;-) Pozdrawiamy! Sandra z Groszkiem

  4. Reakcja mojego męża na Twój post: „I TAK BĘDZIE TEŻ U NAS?”. Ze spokojem odpowiadam: „TAK”. A tak na serio to z jednej strony nie mam ochoty na takie cyrki, a z drugiej już się ich nie mogę doczekać. Uwielbiam wyzwania stawiane mi przez Polę i nie mogę się doczekać tych bardziej hardcore’owych. Wam mimo wszystko gratuluję zażegnania kryzysu (i rodzinnego biesiadowania w szedzko-landzie).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.