Nieoczekiwana zamiana ról

Pobudka wczesna nigdy nie zachęca do optymizmu, podobnie jak poranne skrobanie samochodowej szyby, a moje autko jak na złość skute warstewką lodu. Ruszam wreszcie po dziesięciu minutach walki z żywiołem, po czym trafiam na publiczną drogę, by za pierwszym zakrętem wpakować się w korek. Cholera jasna! Trzydzieści na godzinę jadę i przeklinam pod nosem dość szpetnie. „Poniedziałek, jego (…) mać!”

Wreszcie przyspieszam. Mijam te irytujące ciężarówki, albo wlokę się za nimi, w zależności od warunków pogodowych, ale też od poziomu przebojowości wewnętrznej danego dnia.

Potem zazwyczaj wpadam prosto w drugi korek koło świateł. Na szczęście tuż obok jest parking, puściutki o tej porze, więc z namaszczeniem wybieram miejsce dla mojego bolida. Tutaj nie, bo kałuża. Tutaj fajnie, bo są inne autka, to nie będzie taki samotny. Preferuję miejsca z kratką narysowaną elegancko, o! Sześć pustych kratek, a ja wjeżdżam w sam ich środek. Spoglądam na zegarek, autobus za siedem minut. Pedantycznie poprawiam więc położenie auta w kratce, by mu buzia za bardzo nie wystawała, ani tyłek. No bo co sobie kto pomyśli, że takie małe autko, a nie mieści się w kratce, że co to za z koziej rzyci kierowca! Gdy bolid jest już perfekcyjnie zaparkowany mogę z czystym sumieniem ruszać do pracy (karmiąc uprzednio zespół natręctw i przynajmniej trzy razy sprawdzając, czy samochód zamknięty).

IMGP3773 IMGP3779

No pa, Autko, Pańcia wróci po trzeciej.

Po takim właśnie wstępie matka z mózgiem zmniejszonym przez kolejne ciąże („mózg rozwielitki” – jak mawia J., kumpela z biura, również doświadczona wspaniałością macierzyńskiej przemiany) rusza co rano do pracy. Obawiałam się tej zmiany bardzo. Wiem, że poranna logistyka to codzienność wielu z Was, niby nie ma się nad czym rozwodzić ani rozczulać, przecież prawie wszyscy tak żyją.. i da się.

Chyba, że przez cztery lata tkwisz w domu, gdzie największym porannym wyzwaniem jest poradzenie sobie z łóżkowym atakiem dzikich Stworów, podgrzanie im mleka z miodem i sprawienie, by przebrali się w ubrania. A gdy codziennie około siódmej wyglądasz przez okno, widzisz tych ludzi, co na przystanku stoją. Czy mróz, czy deszcz, czy upał, oni tam stoją i czekają. A Ty, w tym szlafroku rozczorchrana jak nieboskie stworzenie właśnie zaparzasz sobie wielki kubek herbaty, donikąd się nie spieszysz i masz przy sobie cieplutkie kochane stworzenia, które z rana tak cudownie się przytulają.

Świat ludzi z przystanku wydaje ci się oddalony o kilka galaktyk, aż tu nagle, jakimś cudem wpadasz w nadprzestrzeń, by na podwójnym spidzie trafić prosto w zorganizowany kierat z upiętym włosem, pomalowanym licem i zegarkiem obowiązkowo założonym na nadgarstek.

IMGP3781 IMGP3789 IMGP3798

Nie sądziłam, że przestawienie się na tryb pracowniczy będzie dla mnie takie proste i da mi tyle radości! Bo poza uciążliwymi dojazdami i codziennymi stresami, których nie brakuje jest też tyle plusów. Ta niezależność! Czas z własnymi myślami, bycie w mieście i wreszcie sama praca. Coś się zmieniło w mojej firmie, być może zachodnie standardy dopłynęły do niej z kilkuletnim opóźnieniem, sama nie wiem. W każdym razie jest bardziej ludzko. Normalnie. Da się pracować, ale też da się rozmawiać swobodnie i wypić kawę.. i dalej pracować, bo nikt się przecież nie obija. Sprawia mi przyjemność to wszystko: bycie użytecznym w inny sposób niż ten domowy, biurowe sukienki eksponujące niewielki ciążowy brzuszek. Delikatny makijaż, dobra kawa z porządnego ekspresu w kolorowej kuchni, która pojawiła się tam podczas mojej nieobecności.

Kontakt z ludźmi i psychiczna higiena, dzięki której w pracy nie myślę o domu, tak jak w domu nie myślę o pracy. Czyż może być zdrowszy układ?

A gdy wybija godzina pójścia do domu jak na skrzydłach biegnę na autobus, by zdążyć na ten pierwszy, jeszcze przed korkami. Potem przesiadam się do autka, które wciąż pedantycznie zaparkowane tam gdzie je zostawiłam mruga na mój widok światłami (bo tak się cieszy, że Pańcia wróciła). Śmigam do domu, czując już narastający niepokój pod sercem. Znaczy w żołądku. Pora na porządny obiad!

IMGP3806 IMGP3818

Wpadam do domu, a tam zazwyczaj zastaję taki obrazek: mąż na krótkiej smyczy stoi przy kuchennym blacie i kroi jakieś warzywa, czy inne produkty spożywcze.

Chwilowo pracuje w mniejszym wymiarze godzin, dzięki czemu opiekuje się Kropką i odbiera Młodego z przedszkola. Teraz stoi przy tym blacie, mogłabym przysiąc, że jest rozczochrany (gdyby tylko miał dłuższe włosy), i że oczy ma podkrążone, jakby kremu nie zdążył nałożyć (gdyby używał kremów). Mogłabym przysiąc, że jest lekko na krawędzi, że ktoś go przed chwilą wyprowadził z równowagi.

„Kropka miała kiepski dzień” – wyjaśnia, gdy wykąpana i przebrana w super wygodny i aseksowny dres wychodzę z łazienki. „Marudna była, teraz sobie śpi”.

„Co na obiad?” – dopytuję węsząc przy garnkach – „Normalnie umieram z głodu! W zasadzie to oboje z Lolkiem JUŻ MUSIMY, TERAZ, W TEJ CHWILI, NATYCHMIAST coś zjeść!”

„Poczekaj, zaraz będę nakładał” – odpowiada on delikatnie odsuwając mnie od garnków i łyżki, którą właśnie podjadałam ziemniaki. – „Drugie prawie gotowe, a zupa jest z wczoraj. I nawet pranie udało mi się zrobić i wyciągnąć wszystko ze zmywarki” – dodaje z nieukrywaną dumą. Jakby co najmniej przebiegł półmaraton. Jakby wynegocjował milionowy kontrakt dla firmy. Jakby się wdrapał na Annapurnę. Spoglądam na niego z uwagą.

Znam to zaskakujące uczucie dumy, jakie przepełnia człowieka, gdy uda mu się wykonać kilka prozaicznych, domowych czynności.

„Cudownie kochanie” – mówię szczerze. Bo świetnie sobie radzi ten mój mąż, czasem to chyba lepiej niż ja! Dzieci uśmiechnięte, najedzone i względnie czyste. Książki przeczytane, puzzle ułożone, kredki nastrugane, bajka obejrzana. Po obiedzie tulą się do mnie te maluchy, przyklejają z taką mocą i entuzjazmem. Wiem, że są szczęśliwe z tatą, ale matczynego ciepła potrzebują niczym paliwa do dalszego brykania. „A tatuś też Was przytula, kochanie?” – pytam Kropkę kontrolnie. Na wszelki wypadek, bo może się ten ojciec nie spisuje, może dzieciom brak uczucia pod moją nieobecność? „Pula!” – odpowiada Kropka kiwając twierdząco głową i spoglądając na tatę z miłością – „Lilof pula”.

Wracając do męża. Ciekawe jak tam jego psycha w nowej roli gospodyni domowej? Ta nieoczekiwana zamiana pozycji wydaje mi się bardzo interesująca socjologicznie.. i kulturowo w zasadzie. Poszerza i wzbogaca perspektywę każdego z nas, a to przecież coś wspaniałego! Bo empatii przez to więcej, zrozumienia dla problemów drugiej połówki, zwłaszcza, że te role wkrótce ponownie się odwrócą.

Tymczasem to ja rzucam torebkę (czytaj teczkę i krawat) na krzesło i padam na fotel, to on czeka z obiadem. Tradycjonalistyczny obraz świata przewrócony do góry nogami!

„A tak w ogóle tooooo… to jak ty się czujesz w domu tak na co dzień?” – pytam z troską.

„Na krótką metę całkiem spoko”– po namyśle mówi mąż – „ale po miesiącu to pewnie idzie zwariować!”

Po miesiącu!

PO MIESIĄCU!!!!

No to teraz chyba zrobiło się jasne dla wszystkich skąd moje dyskretne odchylenia od normy. Bo po czterech latach, to idzie całkiem poważnie zwariować!

IMGP3828 IMGP3830

1

13 comments

  1. radoSHE says:

    Hahahaha. Dobre! Bardzo dobre! Świetny opis tego jak to wygląda z drugiej strony. Chyba muszę popracować nad mimiką twarzy, gdy mój mąż wraca z pracy, bo mam wrażenie, że też ciągle wyglądam jak znad krawędzi ;) Swoją drogą taki eksperyment zamiany obowiązkami jest bardzo przydatny. Gdy w lipcu zostawiłam moich na weekend samych, owszem ogarnął wszystko bardzo sprawnie, ale ta radość z poniedziałkowego poranku i powrotu do pracy – bezcenna ;)

  2. cytrynna says:

    Wzruszyłam się, bo czytałam mając przed oczami wczorajszy obraz. Wczoraj miałam „wychodne”. Do piekarni i do Biedronki wyszłam. Cała reszta w domu chora została. W Biedronce (300 metrów od domu) złapał mnie telefon: „gdzie Ty jesteś tak długo”. Wróciłam i wszystkie dzieci płakały, bo ktoś komuś coś rozwalił i oberwał za to a Pan leżał i nie miał sił. Zazdroszczę mu, że jak choruje, to zawsze jestem ja i się zaopiekuję. Też bym pochorowała, ale dla mnie nikt nie zostanie w domu. I do pracy bym poszła dla tej higieny, ale nikt poza mną nie opanował trudnej sztuki pakowania zmywarki i wieszania prania.

    • Agata / Ruby Times says:

      U nas to raczej była konieczność, bym wróciła na payroll. Trójka pysiaków do wykarmienia i te sprawy..
      Ale teraz cieszę się, że tak wyszło!

  3. Ola says:

    No skad ja to znam :) mialam podobnie jak wrocilam do pracy z tym ze maz zazwyczaj niebrobil obiadu wracal pozniej ode mnie. Agata kiedy odpiszesz:p myszy juz Ci nie zapuszcze ale moglabys rzucic okiem na maila :p

    • Agata / Ruby Times says:

      Serio nie odpisuję na jakieś emaile, rzucę okiem dziś wieczorem, wybacz, gdy pracuję mało czasu mam!

  4. Esencja says:

    Taka zamiana ról przydałaby się nie jednemu małżeństwu ;-) Cudownie to wszystko opisałaś, czytałam jednym tchem i uśmiechałam się pod nosem. Broń Boże złośliwie :-) Ale taki eksperyment powinny przeprowadzić na sobie również osoby, którym wydaje się, że rola pełnoetatowej mamy to buła z masłem, same przyjemności, zero problemów, rozkoszne chwile, czas dla siebie i domu.
    Na dobre ta „chwilowa” zamiana Ci wyjdzie; będziesz miała mnóstwo nowych inspiracji na bloga i bardzo świeże spojrzenie na temat równowagi w życiu – work-life balance. Jestem pewna, że sporo z tego wyciągniesz dla siebie :-)

  5. Mamuszka says:

    Nie dość, że pióro doskonałe, to problem światowy :) Świetny tekst, pełen żartu, miłości i empatii. Uśmiałam się przy jego lekturze, fajnie u Was!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.