Codzienność

Nie będę ściemniać. O tym jak żyjemy naprawdę.

Pytacie jak ja to wszystko ogarniam. Często pytacie, więc chyba nurtuje to Was porządnie, że z (już) trójką dzieci i etatem kucharko-sprzątaczki jakoś daję radę pisać, piec ciasta i w miarę zarządzać gospodarstwem domowym. Dlatego dziś chciałabym napisać jak jest naprawdę.. a tak naprawdę słowem klucz jest „w miarę” zaczerpnięte z poprzedniego zdania.

To nie tak, że każdego dnia mam domowej roboty szarlotkę na stole, dwudaniowy obiad, świeże kwiaty w wazonie, a radosne (i czyste!) Stwory biegają dookoła, zadając wyłącznie inteligentne pytania w stylu „a co to jest mitoza?”. Oczywiście nie kłócąc się, nie popychając i nie robiąc sobie nawzajem krzywdy. Nasz obiad powszedni też nie zawsze przypomina „Kwestię Smaku”, wypadałoby spuścić wstydliwą zasłonę milczenia na przykład nad tym odsmażanym ryżem, który został z wczoraj, podanym z mieszanką warzyw, znalezioną na dnie zamrażarki. Matczyne kąciki ust opadają czasem na dół, a zamiast euforycznego uśmiechu serwuje ona mordercze spojrzenia znad zlewu i komendy wydaje podniesionym głosem niczym kapral podczas porannego apelu w wojsku.

IMGP0904 IMGP0877 IMGP0876

Jasne, raczej się staram. Lubię myśleć o sobie jak o dobrej mamie, która z dziećmi tworzy relacje, a nie musztruje, która woli poczytać książkę niż puścić bajkę dla świętego spokoju.

Nie lubię żyć w bałaganie, więc robię co mogę, by zachować w domu jakieś standardy higieny, chociaż z każdym rokiem są one coraz bardziej zaniżane. Tak, lubię dobrze zjeść, a do kawy mieć ciasto, więc gotuję i piekę, robi to również mąż – gdy mam takie dni, że ręce opadają, on przejmuje kuchenne królestwo (widzieliście na Instagramie jego kruchą tartę z rabarbarem i pomarańczą? Mistrzostwo świata!). Ale wiecie.. życie to nie reklama cukierków.

Życie to zadziwiająca sinusoida doznań, istny roller-coaster pędzący z wielką mocą raz w górę, raz w dół. Lepsze i gorsze dni przeplatają się ze sobą, niektóre jawią się w pastelowych barwach i mam wrażenie, że „aa – mogę – wszystko!” jak śpiewał ktoś kiedyś w jednym z obciachowych hitów poprzedniej dekady. W miarę wyspana zdobywam góry, ekspresowo zamiatam wiecznie zakurzone schody na antresolę, pamiętam o podlaniu tego, co zostało z naszych kwiatów, nogą upycham zabawki w dziecięcym pokoju i zamykam drzwi, by tego nie widzieć, pranie rozwieszam śpiewając, a z noworodkiem przy piersi (podpierając mu plecy kolanem) mieszam składniki śniadaniowej sałatki. Gdy mam natchnienie to zakładam dzieciakom urocze fartuszki, by wraz ze mną piekły ciasto, a gdy przypadkiem rozsypią mąkę lub cukier, wzruszam pogodnie ramionami i ze spokojem biorę się za zamiatanie.

Tak, mam takie dni..

..no dobra – mam takie godziny.

IMGP0990 IMGP0927 IMGP0919

Chwilę później ląduję na dnie czarnej rozpaczy, zmęczenia, wkurzenia, z zapuchniętymi oczami załamuję ręce, że czemu znowu jest taki syf, przecież dopiero sprzątałam i dlaczego te cholerne ślady małych łapek oblepiają dosłownie wszystkie powierzchnie w domu!! Na oknach, drzwiach, na każdej szybie te rączki! Czemu dzieci tak wrzeszczą, plują i rzucają ciężkimi przedmiotami wywołując odruch moro u najmłodszego? I w ogóle skąd Kropka wzięła szpikulec do grilla (??) którym niszczy moje krzesełko przy toaletce? A kanapa znów rozbebeszona, pufy walają się wszędzie, podobnie jak książki, miecze, poduszki i wiele innych akcesoriów w jednej chwili niezbędnych do zabawy, a potem błyskawicznie porzucanych gdziekolwiek. Nie mówiąc już o tym, że dzieci ucząc się łazienkowej samodzielności potrafią zostawić umywalkę, lustro i inne sprzęty w różnych stadiach czystości. No i chodzę po domu ciskając po zakurzonych kątach spojrzeniami, które mogłyby zabijać. Chodzę z frazą utkaną w głowie, że „gdy mam kontrolę nad własnym domem, to mam kontrolę nad własnym życiem”.

Widząc ten rozgardiasz wcale nie uroczy i nieład wcale nie artystyczny wizualizuję więc sobie moje własne życie, które ów obraz odzwierciedla.

No więc nie mam tej cholernej kontroli! Frustracja, zaciśnięte pięści i chęć natychmiastowego zabrania kluczyków z półki i ucieczki samochodem gdzie pieprz rośnie, względnie gdzie raki zimują, lub też – jak mawia moje potomstwo – „za pola, za lasy, gdzie jest dużo kiełbasy”.

W taki dzień nie piszę, nie robię zdjęć. Telefon i aparat rzucone są w kąt, a ja nie mam ochoty fotografować. Bo ja lubię ładne kadry! Gdy widzę ładny kadr to spontanicznie chwytam za aparat. Gdy widzę brzydki kadr w zasyfionym mieszkaniu, to mam raczej ochotę chwycić za flaszkę z winem i wypić duszkiem połowę prosto z gwinta w ramach odreagowania.

(ale oczywiście nie mogę, bo karmię).

IMGP0929 IMGP0933 IMGP0913 IMGP0941

Chcąc nie chcąc pisząc bloga w jakiś sposób kreujemy wizję siebie. Zapewne lepszą od rzeczywistości, ale wystarczy że poczytacie między wierszami i już będziecie wiedzieć wszystko. Drugą stroną pięknych zdjęć z ogrodu jest codzienna masakra przy zabieraniu tych bagaży, plecaczków, bidoników, cała ta gigantyczna akcja pt. „Rodzina z trójką dzieci wychodzi z domu”. Ileż to nerwów czasem, przewijania w ostatnim momencie, „mamusiu, ja nie chcę tych bucików!” i „a gdzie jest mój kapelus?” („a skąd ja mam wiedzieć!!??”). Ile wrzasków, roszczeń, ile czasu to zajmuje zanim człowiek wreszcie z poddasza i trzeciego piętra jakby, po tych wszystkich schodach starabani się do ogródka! A wtedy niemal zawsze okazuje się, że o czymś zapomnieliśmy. Ileż to czasu minie zanim ów człowiek klapnie wreszcie na fotel, dziwiąc się, że jeszcze nie zwariował od hałasu!

Kolorowe śniadania? Szarlotki w ogrodzie? Uśmiechnięte dzieciaki? Kochany, wspierający mąż? Tak, mam to wszystko. Tak, dziękuję, mamy domową górę szczęścia, cudowną rodzinę, nic tylko zazdrościć. Mamy też nieprzespane noce, kłotnie, dziecięce dramaty, wrzaski, protesty, pyskowania. Małżeńskie fochy, włosy umyte tydzień wcześniej, byle co na obiad z braku pomysłu. Jedno i drugie dopełnia się, tworząc całość niczym jin i jang, dwie strony medalu, czerń i biel, radość i wkurz, szarlotka lub skitrany kawałek czekoladki, zjedzony w przypływie nagłej potrzeby, zastępujący to wino, dający wytchnienie niczym papieros dla palacza.

Tak. To wszystko też mamy w pakiecie życia. Jedno nie istnieje bez drugiego. Wszak nie docenimy lepszego dnia bez przeżycia tego gorszego!

Tyle że zdjęcie z zasyfionym salonem, zapuchniętym okiem i nadgryzionym „rafaello” nie wydają mi się być dobrymi kadrami, więc je pomijam w dokumentacji. Nie ma ich na karcie pamięci, nie ma ich w komputerze, ani na blogu. Ale w przyrodzie jak najbardziej istnieją!

IMGP0992 IMGP0978 IMGP0987 IMGP0982 IMGP1004 IMGP0981 IMGP1002 IMGP0951 IMGP0975

P.S. Wybaczcie, że zdjęcia średnio korespondują z tym wpisem. Jeśli Wam zależy, to mogę zorganizować fotę z nadgryzionym rafaello, albo rozbebeszoną kanapą. Ale to na insta, na blogu lubię mieć posprzątane.

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

25 komentarzy

  • Reply Zuzi Clowes 12/05/2016 at 16:39

    <3

    Uwielbiam ten wpis. Powiedz mi: kto tak nie ma? No ktooooo?

  • Reply Monika 12/05/2016 at 21:15

    Ja również cieszę się, że umieściłaś taki wpis :) bo już miałam podobne myśli widząc Twoje zdjęcia na IG :) I nasuwające się pytanie, jak ona to robi :) ja mam 2,5 letniego synka i miesięczną córeczkę :) i mam wrażenie, że nic innego nie robię tylko nieustannie sprzątam, bo jak pięknie zauważyłaś czuję to: jeśli mam kontrolę nad swoim domem – mam kontrolę nad swoim życiem :D no i wyjście z dwójką na dwór – przygotowania bezcenne :) może szybciej zrzucę zbędne kilogramy, bo mieszkamy na piętrze, a moi rodzice na parterze, więc liczba kursów góra- dół jest kosmiczna :)

    • Reply Agata / Ruby Times 13/05/2016 at 01:02

      Też mam wrażenie, że nieustannie sprzątam, a połowa mojego fascynującego życia toczy się nad zlewem :D
      Pozdroo!

      • Reply Aneta 13/05/2016 at 11:17

        Ja po urodzeniu dziecka przeżyłam, dosłownie szok, kiedy zorientowałam się ile biegam ze szmatą i ile stoję nad zlewem i kuchenką. Obniżyło mi to skutecznie nastrój na około 3-4 miesiące, aż do momentu, kiedy przetrawiłam, że zostałam przecież mamą i to ja teraz odpowiadam za dom (wraz z mężem), a mała istota wymagająca :)

        • Reply Agata / Ruby Times 13/05/2016 at 15:45

          Najgorzej jest, gdy dzieci zaczynają jeść samodzielnie. Bosheee, ten etap znów przede mną, ledwo Starszaki zaczynają się trochę cywilizować! :D

  • Reply Martyna 12/05/2016 at 22:46

    Jesteś normalna :) Kocham Cię :)

    • Reply Agata / Ruby Times 13/05/2016 at 15:45

      :***

  • Reply Kinga M. 13/05/2016 at 07:49

    :-)
    Wchodząc na Twojego bloga chcę się inspirować. Tego oczekuję i to dostaję. A wyobraźnię mam potężną (odkąd zaszłam w ciążę) i potrafię sobie zwizualizować rzeczywistość z trójką dzieci, mężem w pracy i pomocą domową w sferze marzeń :-) Ale nie zmienia to faktu, że i tak Cię podziwiam! I uważam, że ogarniasz pięknie!

    Pomimo, że mam jedno dziecko i jednego męża, powstający w naszym mieszkaniu syf mnie przeraża i zadziwia!
    W ostatnią sobotę wyprawialiśmy małe przyjęcie urodzinowe dla Mieszka i od rana sprzątaliśmy. Około 11 zadzwoniliśmy po pomoc. Nie do sprzątania :-) Do dziecka. Kochany dziadziuś zabrał Młodego na spacer i tak oto praca z syzyfowej okazała się owocna (spacer przedłużył się przez drzemkę i solenizant spóźnił się na własną uroczystość! – moc Dziadków ;-)
    Dawno nie miałam tak czystego mieszkania i to zdanie o kontroli wpisuje się również w moje życie :-) Uwielbiam, gdy kładę się spać, mieć poczucie czystości w domu :-) Wszystko poukładane, poprasowane, pozmywane, pochowane… Omiatam ten stan rzeczy wzrokiem i czuję dumę i radość. Trwa ona do mniej więcej do 7 rano dnia następnego… I znowu sprzątanie po śniadaniu etc….

    Podobno grunt to równowaga. Więc gdyby nas tylko szczęście zalewało to podejrzewam, że nie byłoby dobrze. Coś na zasadzie docenienia chwil :-)

    Pozdrawiam ciepło! I uwielbiam Twój instaprofil! Komentuję często (w myślach) :-)

    • Reply Agata / Ruby Times 13/05/2016 at 15:48

      Nie wiem, czy jest taka wyobraźnia, która pozwoliłaby zwizualizować sobie nasz przeciętny armageddon w okolicy 16 każdego dnia :)

  • Reply Sylwia 13/05/2016 at 09:33

    Trafione w punkt! :) Takie to krzepiące wiedzieć, że inni też tak mają :) Ja z kolei pół życia pod stołem, skąd zbieram znaczną część przygotowanych posiłków. I tak się toczy dzień za dnień, z szybkimi przejściami od „och, jak cudownie, że mogę z nimi być i patrzeć na ich rozwój” do „oddam je do żłobka z internatem. Najlepiej w okolicach Rzeszowa. Albo Kambodży” :D Bloga nie mam, ale moim urozmaiceniem jest praca naukowa, którą usiłuję prowadzić mimo matkowania na etacie. Wygląda to tak, że jak już małe padną i siądę do swoich artykułów, to w większości są to jakieś tam wywody zakończone zdaniem w rodzaju „najważniejszą kwestią jest… istotne, by podkreślić, że…” I w tym momencie praca została przerwana czyimś rykiem, a ja potem zachodzę w głowę, co to było to najważniejsze, co chciałam napisać ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 13/05/2016 at 15:49

      żłobek w Kambodży :D lol :)

  • Reply Goska 13/05/2016 at 13:54

    Gratulacje z powodu odpowiedniego dystansu do siebie.

  • Reply Marta 13/05/2016 at 19:50

    Ja mam dwójkę, od roku próbuję zapanować nad wszechobecnym chaosem i wpadam powoli w depresję, bo się nie da. Są dni lepsze i gorsze, ale nadal codzienność umyka mi spod kontroli. A ciebie podziwiam, że mimo tego wszystkiego masz czas na bloga i chęć na robienie pikników na trawie i łapanie tych ładnych kadrów. Moje marzenia o super blogu rozwiały się, kiedy młodszy stal się mobilny ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 14/05/2016 at 08:24

      Nic się nie martw, teraz będzie łatwiej. Ani się obejrzysz, a stado zacznie się zajmować sobą! Na Twoim ig wcale tego chaosu nie widać :) Wycieczki rowerowe, ach zazdro >:)

      • Reply Marta 15/05/2016 at 14:16

        chaos pomijam milczeniem, choć kiedyś, jak stracę cierpliwość, może przestanę na to zwracać uwagę ;)

  • Reply ryśka domowa 14/05/2016 at 16:27

    o jennyyy! ten post to jest dokladnie to, co mam teraz w glowie! w jednej chwili istna sielanka, za moment meksykanska masakra pila motorowa! jednego dnia euforia i sil na wszystko morze, nastepnego czlowiek chcialby rzucic wszystko i zwiewac! i ten syf i zjazd ok. 16.00 kazdego dnia… och jak ja cos o tym wiem :) chyba tak juz bedzie zawsze. albo przynajmniej przez kolejne 10 lat ;) pozdrowienia!

  • Reply raoSHE 15/05/2016 at 12:21

    O rany! Dzięki za ten wpis. Krzepiący trochę, żem nie sama, chociaż nie posiadam dzieci w liczbie trzech ;) Czuję od dwóch tygodni, że totalnie straciłam kontrolę nad wszystkim. Przegrywam z czasem i zmęczeniem i z kretesem. A fustracja rośnie. Ech. Chyba muszę się wyżalić na mojej terapeutycznej grupie ;)

  • Reply radoSHE 15/05/2016 at 12:22

    Nawet się podpisać poprawnie nie umiem ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 15/05/2016 at 15:21

      Rao She. Brzmi tak.. azjatycko :)

      • Reply Zuzi 17/05/2016 at 20:39

        Rao She 😂😂😂

  • Reply Ola 18/05/2016 at 23:23

    No w końcu! Bo załamywałaś już mnie. Ja z dwójką, chata na parterze, a bez obiadu i z pierdolnikiem. JESTEŚ CZŁOWIEKIEM SUPER!

  • Reply basiaho 24/05/2016 at 23:36

    O ludzie, najlepszy wpis w całych internetach!!!!! Chyba sobie przypnę do lodówki :)

    • Reply Agata / Ruby Times 25/05/2016 at 00:27

      W całych internetach mówisz? :D

  • Reply mamashouse 22/08/2016 at 09:58

    Ja często mam wrażenie, że żyję od sprzątania do sprzątania… Teraz robię czystki w naszych zabawkach. Dzieciaki z wielu rzeczy wyrosły, inne im się znudziły i postanowiliśmy oddać trochę innym dzieciom. Łudzę się, że dzięki temu dam radę opanować ten rozgardiasz. Wiem jednak, że ideału nie osiągnę i wrzucam na luz.

    • Reply Agata / Ruby Times 22/08/2016 at 22:11

      Mam taki plan na jesień. Czystki w zabawkach i szafach. Na niepogodę plan, może się uda :)

    Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.