Mur

Byli sąsiadami, ale ich działki rozgradzał mur. Wysoki na trzy metry, pobielony tylko z jednej strony. Mur – jak to mur – miał chronić i zapewniać bezpieczeństwo, ukrywać to, co brzydkie i brudne przed wzrokiem mieszkańców z pomalowanej strony.

Zbudowali oni duży dom, chociaż mówiąc dokładniej budowali go mozolnie latami. Prowadzili też własny biznes i jak przystało na małych przedsiębiorców w Polsce zawsze mieli pod górkę. Płacili wysokie podatki nie dostając nic w zamian, co rusz zaskakiwani przez niekorzystne zmiany w prawie, które były dla firmy jak dwa kroki w tył.

Pracowali po siedem dni w tygodniu, nie jeździli na wakacje, nie wyrabiali się z biurokracją i opłacali horrendalne składki ZUS. Gdy raz podwinęła im się noga i przez krótki okres czasu otrzymywali zasiłek chorobowy, ZUS nie omieszkał wysłać kontrolera by szczegółowo sprawdził czy przypadkiem nie są oszustami.

Poza cieżką pracą żyli tym swoim niewielkim kawałkiem świata, który sami stworzyli. Starali się nieustannie upiększać swoją działkę, sadzili rzadkie gatunki drzew, kupowali kwiaty. Co roku malowali wapnem pnie drzewek owocowych, by chronić je przed insektami, ale również dlatego, że podobały im się takie świeżo pobielone na wiosnę. Zbudowali sobie altanę, by rzadkich wolnych chwilach wygrzewać przed nią coraz starsze i coraz bardziej zmęczone kości. Było coś wzruszającego w tym ich stałym poprawianiu i ulepszaniu, mogliby wyjechać gdzieś indziej, pooddychać obcym powietrzem, naoglądać się egzotycznych krain, a oni woleli remontować stare leżaki, malować stoły i cieszyć się nowymi donicami z Ikei.

Ludzie z drugiej strony muru żyli zupełnie inaczej. Mieszkali w rozwalającej się ruderze, obok której stała druga, jeszcze bardziej rozwalająca się rudera. W tej drugiej nie było nawet okien.

Ich posesja to kwintesencja tego, co na YouTube znajdziecie w filmach pod tytułem „Only in Russia”. Kawałek betonowego podwórka zawalonego szeroko pojętym dziadostwem, wszystko odrapane, zniszczone i brzydkie – to był taki przykry widok, że wolałeś odwrócić wzrok niż analizować ich stan posiadania. Nikt nie pamiętał, czy kiedykolwiek mieli normalną pracę. Dziedziczyli tę bylejakość z pokolenia na pokolenie, a wraz z nią podejście do życia. Utrzymywali się z rozmaitych zasiłków i zapomóg, czyli w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że utrzymywali ich sąsiedzi zza muru.

Ale potrafili wykazać się też kreatywnością w zdobywaniu środków do życia: wychodzili czasem z domu późnym wieczorem zaopatrzeni w plecaki i cichutko znikali w mroku nocy. Gdy wracali ich plecaki były wypełnione. W zimie zatruwali powietrze wrzucając do pieca co popadnie, ratując się w ten sposób przed chłodem i kształtując nowe komórki rakowe u siebie i sąsiedztwa. W lecie znieczulali beznadzieję swojego żywota pijąc to, co udało się kupić lub ukraść, a potem krzyczeli po nocy udowadniając, że nie trzeba jechać do miasta, prowincja też potrafi się bawić na całego!

Pewnego majowego popołudnia jeden z nich opróżnił butelkę piwa siedząc w oknie rudery i jak gdyby nigdy nic cisnął nią w stronę muru. Butelka poszybowała wysoko i niemal w zwolnionym tempie wfrunęła w obcą przestrzeń powietrzną. Kości zostały rzucone, wzajemna obojętność została przerwana.

Butelka spadła tuż za murem, dokładnie tam, gdzie rodzina sąsiadów zwykła parkować swoje samochody. Odbiła się od dachu jednego z aut i przeleciała jeszcze kilka metrów, by wreszcie upaść nieopodal ścieżki, którą mieszkańcy chodzili do ogrodu, czasem przebiegały tam ich wnuki z rowerkami i łopatkami. Każde z nich mogło dostać butelką w głowę. Wgniecenie w dachu auta było niewielkie, nikt nie ucierpiał, ale chodziło o coś więcej niż faktyczne szkody, czy pieniądze – o poczucie bezpieczeństwa, o jego utratę, która następowała po każdej większej balandze za murem.

Przyjechał radiowóz i funkcjonariusze zaczęli dochodzenie. Niezbyt bystry był ten wandal – szybko przyznał, że to on rzucił butelką, chociaż nie było dowodów, na luzie mógł zaprzeczyć. Policyjny werdykt brzmiał: zniszczenie mienia. Aresztowanie, kaucje, te sprawy. Gdy jednak policjanci wrócili po konsultacji z komendantem wyglądali na bardzo zakłopotanych. Bo rzucający nie mógł widzieć co jest za murem, był nieświadomy, że są tam zaparkowane samochody. Polskie prawo działa tutaj na jego korzyść – skoro nie widział co jest po drugiej stronie to znaczy, że działał nieumyślnie. Taki przypadek należy zinterpretować jako ..

jako „zaśmiecanie”. Rzucił butelkę na cudzą posesję i tyle. Nieważne, czy dyskretnie upuścił z rąsi na ziemię, czy cisnął niczym antyglobalista koktajlem Mołotowa w KFC. To nie jest wandalizm. To jest zaśmiecanie.

Można złożyć sprawę w sądzie (bez większych szans powodzenia), a policja nic nie może zrobić.. tylko przeprosić za kłopot, zapakować się do auta i odjechać w siną dal. „Dobze, ze psyjechali policjanci” – powiedziało dziecko – „Psecies nie wolno śmiecić! Ale psyjechali, zeby zapisać co się stało. Dobze, ze psyjechali!” – dodało z ulgą. „Tak, kochanie. Dobrze, że przyjechali” – odparła matka, ale jakoś bez przekonania. Zastanawiając się dlaczego każda lekcja życia odebrana od własnej ojczyzny musi być taka gorzka? Po raz kolejny zadając sobie te wszystkie retoryczne i banalne pytania.

Dlaczego w tym kraju pracujesz, wypruwasz sobie żyły, by opłacić wszelkie daniny na rzecz państwa, a potem jesteś bezsilny i bezbronny w obliczu bandytów, utrzymywanych z Twoich własnych podatków? Co za paradoks! A na dodatek, jeśli Ty spóźnisz się z przelewem, pomylisz z rozliczeniu, zrobisz jakikolwiek niewielki błąd w kontaktach z aparatem państwowym to najprawdpodobniej zostaniesz potraktowany  jak.. Nie, nie jako wspólnik, o którego warto dbać, bo jakby nie było jest tą kurą znoszącą złote jaja, wyciągającą hajs z własnej kieszeni. Zostaniesz potraktowany jak złodziej, oszust i symulant, a państwo zrobi wszystko byś wylądował pod mostem.

Matka westchnęła zaciskając pięści. To w jej auto gruchnęła butelka, więc miała wielką ochotę zapomnieć na chwilę o swojej wysokiej kulturze osobistej i puścić soczystą wiązankę w stronę muru a drugą w stronę autorytetu państwa reprezentowanego przez policjantów. Pewnie by to zrobiła, gdyby się nie bała tego typa (karanego wcześniej również za pobicia), o policjantach nie wspominając. Przywołała w pamięci obraz funkcjonariusza rozkładającego ręce i serwującego najbardziej odkrywcze rady sezonu:

„No ja naprawdę współczuję. Nie wiem co wam poradzić: może parkujcie gdzieś indziej? Albo może wyższy ten mur zbudujcie?”

Spojrzał na domowników, ale szybko odwrócił wzrok – musieli mieć dziwne miny. Zadarł głowę.. bo ten mur dość spory jednak był.

logo

7 comments

  1. radoSHE says:

    Właściwie najlepszym komentarzem do tekstu byłby brak komentarza. Mam w swoim życiu kilka tego typu doświadczeń zakończonych tym samym rezultatem. Na przykład ktoś kiedyś na mojej ulicy pobił dotkliwie (szkoda na zdrowiu powyżej 7 dni zgodnie z państwowymi paragrafami) mojego kolegę. Byłam świadkiem, a sprawcą był mój sąsiad z klatki obok. Policja miała więc absolutnie wszystkie dane…co nie przeszkodziło jej zakończyć sprawy umorzeniem. Do tej pory gdy o tym wspominam czuję bezsilną złość.
    Ale tekst świetny, czytało się jak nowelkę kryminalną :)

  2. No.2 says:

    Przykro mi bardzo i w sumie nie wiem, który powód jest dla mnie najbardziej przerażający: ch*^&^e polskie prawo, zaangażowanie policji niczym misiów coala, znieczulica, czy bezsilność „matki”. Bo reakcja dzieci zawsze jest najmocniejszym komentarzem, na który możemy tylko reagować dobrą miną do złej gry. Choć ja bym pewnie nerwów na wodzy nie utrzymała i właśnie spisywaliby mnie za pobicie. Tak mnie wkurza brak bezpieczeństwa na własnym podwórku.

  3. KLUSCKA says:

    Dziś też poczułam podobną niemoc. Wybraliśmy się pierwszy raz całą rodziną na rowerach na plac zabaw, a tam… pub czy plac zabaw nie wiem – menele w każdym zakątku. Jeden odstawił butelkę piwa przy zjeżdzalni  żeby podać małej dziewczynce rękę – pewnie dziadek… Na marginesie – która matka puszcza dziecko z cuchnącym alkoholem dziadkiem? Dwa jego psy biegają bez smyczy – dyskretnie daje panu do zrozumienia, że umieszczono znak, że pieskom tu wstęp wzbroniony. Pan wiąże pieski na smycz i woła „zadowolona paniusiu”. Zewsząd niesie się odór moczu, psich odchodów i zwinęliśmy się stamtąd szybko chociaż Córa takiego wrzasku narobiła, że na inny plac zabaw nie chce i łatwo nie było. Dziesięciu mężczyzn z piwem /meneli jak kto woli/ patrzy z triumfem, że odchodzimy z ich terenu. Za sklepem komisariat – Mąż biegnie zgłosić zażalenie – nikt nie wyszedł – napis głosi, że otwarte do 17:00… Jest już prawie 20:00. Plac zabaw otwarty był do 18:00, a że nie wolno pić pod sklepem to panowie chodzą za sklep po 18:00. U nas w mieścinie tam gdzie ławki tam u nas zaraz menele – pewnie dlatego u nas na dworcu nie ma ławki ani jednej. Czemu na taki plac zabaw? Bo Córce Mąż obiecał, że pojedziemy gdzie chce – słowa zawsze dotrzymuje… i tak to się skończyło. Co do sąsiadów… trzy metry muru i celowy /bo jak wyznaczony ręką kierunek można zinterpretować inaczej/ rzut butelką w sąsiada przestrzeń to śmiecenie – cyrk jakiś.

  4. Niestety takie to już życie. Żyjemy z patologia, która nie będę ukrywać doi państwo, bo samej nie chce się robic, umilaczem czasowym jest alkohol…a my nic z tym nie możemy zrobić.

Pozostaw odpowiedź Matko Zabawko Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.