Mayday! Mayday!

Czasem nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kręcę się wokół garstki tematów, z których najczęściej powracającym jest.. nieradzenie sobie z obowiązkami matki/ przeciążenie obowiązkami matki/ ogólne nieogarnięcie i chęć ucieczki gdzie pieprz rośnie. Well. Coś chyba jest na rzeczy, skoro tak często poruszam te właśnie kwestie. Przyznam, że zadziwiają mnie teksty kobiet zapewniających, że macierzyństwo to ich rola życia, w której sprawdzają się znakomicie. 

Czytam i przecieram oczy.. i ciężko mi uwierzyć w to, że inne matki nie mają wielkiej wewnętrznej potrzeby zawołać „pomocyyyy!” przynajmniej kilka razy dziennie.

Być może one rzeczywiście spełniają się w domowej roli, tylko ja mierzę je swoją własną sfrustrowaną miarą? Bo zdanie na temat własnych matczynych kompetencji mam.. dość krytyczne. Mówiąc oględnie. Ale to nie tak, że siedzę cały dzień z zaciśniętymi pięściami na dywanie, a obok przetacza się z wrzaskiem stado. Wszystko jest kwestią nastawienia. Gdy jest pozytywne, to wspinam się na wyżyny kreatywności, wymyślam nieziemskie historie na dobranoc, buduję z dziećmi „nibowe” dworce kolejowe, ze sznurami pociągów (z krzeseł barowych), a z łoża małżeńskiego powstaje nagle tratwa, na której płyniemy dzielnie po wburzonych falach oceanu. Tylko Kropka potrafi czasem zepsuć tę zabawę i zejść jak gdyby nigdy nic z tratwy wprost w rozszalałą toń i idzie potem po wodzie jak.. jak wiecie kto.

Przychodzi pora posiłku, więc jako przystawkę do obiadu podaję białe i zielone drzewa obok których leży przewrócony pomarańczowy pień (a nie nudny brokuł, kalafior i marchewka). Młodemu natychmiast rozszerzają się oczy w zachwycie. On widzi ten las i chwilę później z radością go zjada. Podobnie jest wtedy, gdy w porannej sałatce znajduje osty dla osiołków (rukolę) i żołędzie dla prosiaczków (oliwki). Gdy jestem w dobrym humorze takie historie same się tworzą, wprowadzając dzieciaki w twórczy nastrój. Dzień płynie bezboleśnie, Stwory są wyluzowane, wyczuwając najpewniej że psychika matki jest w miarę stabilna. Współpraca sama się układa.

Potrafię być naprawdę fajną matką, taką z empatią, otwartym umysłem i dużą wyobraźnią.. ale tylko wtedy, gdy moje podstawowe potrzeby życiowe są spełnione.

To ostatnie zdanie jest niczym informacja małym druczkiem wrzucona w najmniej widocznym miejscu umowy kredytowej. Bo muszę przyznać, że mam dość dużo podstawowych potrzeb życiowych. Poza standardowymi potrzebami ciała, takimi jak jedzenie, spanie, wydalanie i dbanie o siebie (matki wiedzą, że nawet na nie ciężko czasem znaleźć czas) do podstawowych zaliczam też wychodzenie z domu (ale.takie.bez.dzieci.), słuchanie muzyki bez jęków w tle, czytanie książek, czytanie o wydarzeniach bieżących, bycie sam na sam ze swoimi myślami, czyli ogólnie rzecz biorąc potrzeby ducha. Tak, wiem. Wymagającam. Gdy moje podstawowe potrzeby nie są spełnione dość szybko osiągam poziom frustracji i z trudem zachowuję samokontrolę.

Taka sytuacja. Stwory rzucają się, wspinają po nogawkach, a ja obieram warzywa, zarządzam garnkami, kwitnę przy zlewie. Przytulałam je przez ostatnią godzinę, bajki czytałam. No ale teraz potrzebuję godzinę dla garów, wszak nie minie kwadrans, a zażądają otwarcia bufetu. Tymczasem Stwory nic tylko jęczą, cholera, no! Nagle w radio rozbrzmiewa Bob Dylan.

Lubię Boba.

„Chciałabym tylko wysłuchać cholernej piosenki bez wrzasków!” – cedzę przez zęby – „i gary umyć! Czy to tak wiele?” – pytam retorycznie rzucając chochlą, chociaż nauczyłam się już, że Młody potrafi odpowiadać na takie pytania i to nie zawsze zgodnie z intencjami nadawcy. Tak. Naprawdę czasem (w sensie przynajmniej piętnaście razy dziennie) jestem mocno, mocno wkurzona na moje dzieci. Te same, które kocham, uwielbiam i którymi wzruszam się zdecydowanie częściej niż piętnaście razy dziennie.

Jednak każdy człowiek potrzebuje mieć jakiś wewnętrzny mechanizm obronny, który zadziała jak tarcza rakietowa przeciwko zakusom stresu i frustracji. Ja na przykład stosuję mantry, medytacje – takie tam elementy wschodniej duchowości.

Zdradzę Wam coś w wielkim sekrecie, tylko nie mówcie nikomu! Wcale nie powtarzam sobie, że jestem jak kwiat lotosu, rozkwitający nad powierzchnią gładkiego, cichego jeziora. Nie mruczę pod nosem, że jestem niczym mikroskopijny koliber, zawieszony w powietrzu nad storczykiem, trzepoczący skrzydełkami tak szybko (niemal 100 razy na sekundę, by być dokładnym), że aż cały świat dookoła zwalnia, uspokaja się, wszystko staje się proste i piękne. Nie. Teraz poproszę wrażliwe osoby o zaprzestanie czytania i przejście prosto do poniższych zdjęć.

Bo w moich mantrach dominują kolokwializmy.

Stosuję głównie dość popularny: „kurwa-kurwa-kurwa!”, a zaraz po nim następuje „ojapierdoleeee, zaraz zwariujęęęę!” . Bardzo ważne, by mantry wypowiadać bardzo szybko, energicznie oraz raczej dyskretnie, pod nosem, by uniknąć zgorszenia małoletnich. Mantry najczęściej stosuję stojąc nad zlewem, więc to on jest głównym pokrzywdzonym – odbiorcą moich inwektyw. Zadziwiająca jest tych kolokwializmów skuteczność. Kilkakrotnie wypowiedziane, połączone z serią głębokich wdechów i wydechów działają cuda! Dzięki nim uspokajam się i wyciszam, wprawdzie w dalszym ciągu nie jestem kwiatem lotosu, ani kolibrem, ani nawet cichym, omszałym kamieniem, leżącym przy mało uczęszczanej górskiej ścieżce, ale od razu robi mi się lepiej. Po chwili mogę z energią przystąpić do kolejnej serii przytulania, pocieszania, obklejania guzów plasterkami, całowania pogryzionych przez rodzeństwo rączek i czytania stosów książeczek.

Wprawdzie w domu dalej toczy się walka, ale ja jestem ponad to.

Ja jestem zen.

P.S. Jako bonus track wrzucam parę zdjęć. I nawet górska ścieżka się znajdzie, chociaż omszałego kamienia jakoś nie dostrzegam.

IMGP6217 IMGP6218 IMGP6220 IMGP6221 IMGP6225 IMGP6228 IMGP6230 IMGP6243 IMGP6265 IMGP6269 IMGP6285 IMGP6297 IMGP6300 IMGP6301 IMGP6323

logo

15 comments

  1. Cóż, to ja chyba należę do tej drugiej grupy, tej, która uważa, że macierzyństwo to ich rola życia, bo tak naprawdę żadnej innej dla siebie nie widzę. Kryzysy dopadają mnie średnio raz w tygodniu, czyli chyba nieźle. :P Może przy dwójce dzieci sytuacja się pogarsza? :) Ja mam za to podejście takie, że jak już mam pół godziny wolnego, to siadam i czytam albo robię inne miłe rzeczy. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby w tym czasie myć gary albo gotować. Przyjdzie mąż to ugotuje, w końcu wiedział, że się żeni z chujową panią domu. ;) A ja po regenerującej pauzie dalej mam ochotę na zabawy w tratwy i inne takie. No przecież to takie cudowne! :)

    • Ruby Soho says:

      ChPD – Dobre :)
      Jak mam pół godziny wolnego, to również nie kwitnę przy kuchni, jednak w czasie gdy dzieci są „na chodzie” muszę czasem coś ogarnąć -chociażby by łątwiej było przygotować kolejny posiłek. A ONI JEDZĄ NON STOP, więc bez oczyszczania przestrzeni kuchennej szybko utonęłabym w garach.
      No ale szacun, że raz na tydzień kryzys masz. to tylko potwierdza, że każdy człek jest inny, ma inne potrzeby i oczekiwania wobec życia.
      A przy dwójce faktycznie jest większy chaos – nie, że to pretekst by się wytłumaczyć, naprawdę jest ciężej. Ale dzisiaj podpisałam umowę Młodego w przedszkolu, więc wszystko jest na dobrej drodze, sesesese… :)

  2. radoSHE says:

    Haha, nasze myśli oscylują wokół podobnych tematów ;) To znak, że trzeba odreagować! Mantry przy zlewozmywaku, oj tak, oj tak, oj tak…:)

    • Ruby Soho says:

      Tak, to znak! Odreagowanie potrzebne bardzo! Do lipca chyba nie wytrzymam, trzeba więc coś wcześniej wymyślić :)

  3. No.2 says:

    Przyznaję, że moja frustracja dotyczy głównie… męża :) W sensie, że brudzi, bałagani, nie słucha, przeszkadza, plami ubrania, je non stop, rozrzuca swoje zabawki ;) A Polka, dziecko, jak dziecko, jest cudowna, kochana i mamę, czyli mnie, do macierzyństwa inspiruje. Kryzysów związanych z macierzyństwem nie miewam, może… przez ostatni rok… ze dwa? Za to, kiedy Pola już uśnie, ja siadam na kanapie, chcę w spokoju obejrzeć serialik, i widzę, że wokół mnie bajzel, którego nie zrobiłam ani ja, ani Pola – ogarnia mnie wkurw z półki tych afer koperkowych – JAK TO NIE ODŁOŻYŁEŚ KOCA NA MIEJSCE?! Więc może to jest tak, że kryzys/wkurw muszą być i jeśli nie ogniskują się na dzieciach to na mężu? Albo odwrotnie? Albo na siostrze, mamie czy kto tam jest i akurat nas wkurza? Bo wyładowanie energii musi nastąpić, to jasne. Mimo zatem mojego „macierzystwa z powołania” totalnie Cię rozumiem i bynajmniej nie uważam Cię za osobę o niskich kompetencjach ogarniająco-wychowawczych. Wymiastasz, Ruby!

  4. Helen says:

    Jestem w takiej samej sytuacji, tylko moje dwa szkraby są odpowiednio o pol roku mlodsze od Kropki i Mlodego. Ta mantra to brakujacy element w moim dotychczasowym macierzynstwie. Dotychczasowym, bo teraz mam zamiar zaczac ją stosowac i licze na powalajace rezultaty ;) pozdrawiam i dziekuje za wszystkie szczere wpisy – bardzo mi pomagają!

  5. kejt says:

    Może nie wypada się chwalić, ale ja te mantry to wypowiadam czasem całkiem głośno. Pewnie przestanę, jak Hanka pierwszy raz powtórzy. A no i drę się na męża. Bo nie pomaga, za mało pomaga, nie rozumie i w ogóle jak nie pomaga to by chociaż nie przeszkadzał

  6. Yvonne says:

    Oj taaak… czyli nie ja jedyna, nie sama na tym świecie cudownie się spełniających matek Polek bez potrzeb osobistych… Czytanie, słuchanie, cisza… Tak, tak… Bez bicia się przyznam, że dziś dzięki przecudownej chęci własnej dziadków mam wszystko to!!!
    I przyznam się również, że czuję dziwny niepokój ;) leżę, czytam , słucham… Jakoś dziwnie cicho, nikt nie przeszkadza, nikt nie marudzi i nie płacze nie woła mamooo bo ona, nie muszę podnosić po raz setny klocków z podłogi, żeby (jak tego nie zrobię) zaraz na niego nadepnąć (zdarzyło się raz- małe Lego kontra stopa-koszmar dwa tygodnie obolałej stopy i sinior że hoho, generalnie nie polecam;)
    Także jak to mówią, nie dogodzisz i tak źle i tak nie dobrze hihi
    Ale cudownie jest poczuć, że nam tej wrzawy brakuje…
    Także pozdrawiam serdecznie z odmętów niepościelonego wyrka z kawą w ręku i grubaśną książką u boku :)
    Trzymajcie się cudowne Matki Polki z potrzebami osobistymi!!!

  7. KLUSCKA says:

    To są identyczne, wyrwane z mojej głowy myśli ubrane w piękne słowa. Znów wlałaś Ruby we mnie wiarę, że nie zwariowałam, że inne mamy też tak mają. A dziś Dzień Matki – w zasadzie chciałabym dziś zniknąć żeby zatęsknić za tymi Szkrabami, bo Mąż znów w delegacji. Też mam wrażenie, że sobie nie radzę. W szkole zawsze miałam piątki i wszystko robiłam na czas, a teraz ciągle coś nieskończone zostawiam i to mnie tak dobija jakbym non stop coś oblewała chociaż staram się najmocniej jak potrafię. Ale przy pierwszym dziecku tak nie miałam, a też lekko nie było. To jakby depresja poporodowa z opóźnionym zapłonem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.