Letni chamski podryw z noktowizorem na oczach

Wyobraźcie sobie słoneczny dzień na plaży. Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew. Powoli nadchodzi wieczór, ale wciąż jest bardzo ciepło. Na piasku siedzą ludzie, rozmawiają, śmieją się. Są chłopcy, którzy liczą na jakiś letni podryw. Są też dziewczyny. Można do nich zagadać, można zapytać jak mają na imię, albo rzucić jakiś oklepany tekst schlebiający.

A teraz wyobraźcie sobie amerykańskiego żołnierza gdzieś na Bliskim Wschodzie. W tej swojej elektronicznej zbroi, napakowanej technologią, z systemami łączności, z bronią, z noktowizorem i termowizorem założonymi na oczy, by skontrastować obraz. Skanuje każdego człowieka, znajdującego się w polu widzenia, karabinek ma w pogotowiu. Musi szybko ocenić sytuację, musi podejmować czarno – białe decyzje. Wróg, czy przyjaciel? Strzelać, czy opuścić broń? Musi myśleć monochromatycznie, inaczej nie przeżyłby nawet godziny. Jakakolwiek pomyłka i buuuuuum! Nie ma cię.

Gdy nie ma wojny spolaryzowany obraz świata może nieco uwierać. Pojawia się wiele sytuacji, w których nieustanne ocenianie kto jest twoim wrogiem, a kto przyjacielem wydaje się w najlepszym przypadku.. surrealistyczne.

Wróćmy więc na plażę. Chłopcy szykują się do podrywu, ale najpierw trzeba zadać wybrankom kluczowe pytanie.

„Skąd jesteście?”

Pytanie jest nienachalne, zadane niby na luzie, ale w powietrzu można wyczuć nieokreślone napięcie, które narasta stopniowo, zwłaszcza, że pytanie pozostaje zignorowane przez adresatki. Stronie żeńskiej niespecjalnie zależy na zmniejszaniu bezpiecznego dystansu, który utrzymuje się z braku odpowiedzi. Strona męska najwidoczniej nie chce podejmować żadnych kroków dopóki nie określi tej ważnej kwestii. Plaża – nie plaża, dziewczyny – nie dziewczyny.. należy jasno stwierdzić: wróg, czy przyjaciel.

Bo jeśli one, nie daj Boże, przyjechały z Rudy, albo z Zabrza? A może ich ojciec pracuje na grubie, a matka co niedziela smaży karminadle, albo robi gumiklejzy? A może ich oma mieszka w Bytumiu? I co teraz? Chciałoby się przysiąść, pogadać, przysunąć trochę bliżej może. Ale bez cennej informacji przecież się nie da. Nie da się.

Niepozorna rzeka.

Płynie koło Piekar, okrąża Siemianowice, przecina Czeladź, po czym wpada w Sosnowcu do Czarnej Przemszy. Brynica stanowiła granicę zaborów, dwóch światów – dwóch odmiennych kultur, o bardzo różnej obyczajowości, zamożności, nawet architekturze. Dzisiaj bez problemu przejedziesz w jedną i drugą stronę nie zauważając nawet, że coś się zmieniło.

Sama przez długie lata żyłam nieświadoma tutejszych podziałów. Nie jestem stąd, ani stąd, moja rodzina nie przekazała mi żadnych uprzedzeń. Dopiero, gdy znalazłam się w prawdziwych mocnych ośrodkach śląskości lub zagłębiowskości poczułam ten klimat. Są ludzie, którzy naprawdę żyją swoim antagonizmem. Nie jest ich wiele, ale są. Patrzą na świat przez pryzmat konfliktu, podsycają niechęć, nieufność. I nie chcą u siebie ludzi zza rzeki.

„Pokażcie dowody!”

Serio. Letni chamski podryw i takie pytanie nagle, rzucone zupełnie poważnie pośród tego piasku, tych kocyków i kubeczków z piwem! Już pal licho, że one są starsze od nich o dekadę z hakiem i gdyby się mocno postarały w młodości mogłyby teraz zapewne mieć synów w ich wieku. Dziwnym trafem chłopcy tego nie zauważają. Słońce czerwone wieczorne tak ładnie oświetla plażę, może też funduje mimicznym zmarszczkom jakiś mały wizualny lifting. Tym zmarszczkom od śmiania oczywiście! Bo one śmieją się przez cały czas i próbują uświadomić jak idiotyczne i nie ma miejscu jest zadawanie takich pytań. Jak mało istotne jest to skąd pochodzą. Ale panowie mówią przecież o poważnych sprawach – o honorze, tożsamości, walce z wrogiem. O tym, że obcy nie powinien tu przyjeżdżać.

Rozmowa jest bardzo ciekawa. Socjologicznie fascynująca! To chyba główny powód, dla którego one nie powiedziały im jeszcze „do widzenia”. Mimo wszystko są sympatyczni – co jeszcze bardziej przeraża. Przeraża mnie, że są tacy ludzie. Potrafią nienawidzieć z góry, nie znając swojego rozmówcy, ale poza tym są w sumie mili.

Na Ukrainie też byli tacy mili w sumie ludzie. Nie tak dawno żyli po sąsiedzku, nie przekraczając cienkiej granicy. W Jugosławii w latach 90 – tych też byli tacy ludzie. Mieszkali w uroczych miasteczkach, w zielonych dolinach, na skalistych wzgórzach, w nadmorskich zatokach. Żyli we wspólnych społecznościach, różnili się odcieniem skóry, tym jakiego boga wyznawali, albo tym w jakim alfabecie zapisywano ich nazwiska. Nagle coś się zmieniło, pękła cienka granica normalności i wówczas uznali, że można tym drugim zrobić krzywdę. Że można ich niszczyć, torturować, zabijać. W Rwandzie też byli tacy w sumie mili ludzie, sąsiedzi, wiele mieszanych małżeństw. Nagle okazało się, że jedni z nich muszą zginąć, bo mają inny kształt nosów, bo są szczuplejsi i wyżsi.. W propagandzie nazywano ich karaluchami.

Ryszard Kapuściński mówił, że zanim przyjdzie nienawiść i wojna najpierw zmienia się język. Pojawiają się słowa pełne pogardy.

Karaluch. Hanys. Czarnuch. Pedał. Kitajec. Katol. I wiele innych w zależności od sytuacji. Gdy już zabierze się godność i człowieczeństwo swoim przeciwnikom, to wtedy można ich wdeptać w ziemię bez poczucia winy. Przeraża mnie, że wśród nas też są tacy ludzie. W sumie mili, coś tam studiują, chodzą do pracy. Mówią „dzień dobry” swoim sąsiadom, pomogą wynieść wózek z autobusu. Gdybyś ich zapytał, to wiadomo – nigdy nie zrobiliby człowiekowi krzywdy. No chyba, że zza rzeki, no chyba że by się rzucał. W sumie są mili. Ale nigdy nie wiesz jak zachowaliby się w niespokojnych czasach – z pozycji siły.

Monochromatyczne towarzystwo nie przyjmowało żadnych argumentów, potencjał rozmowy w końcu się wyczerpał, dziewczyny pojechały więc do swoich domów po różnych stronach rzeki. Bo rzeka nie miała dla nich żadnego znaczenia.

logo

7 comments

  1. Przypomniała mi się jedna rozmowa w Macedonii, w górach, parę lat temu. To było chwilę po odłączeniu Kosowa od Serbii. Jeden mnich stamtąd opowiadał nam o tym, że tam równowaga ciągle wisi na włosku, że wystarczy iskierka i wszystko będzie płonąć.

    To prawda, co piszesz, zmienia się język a potem zmienia się rzeczywistość.
    Dla mnie dość niepojęte muszę przyznać, że można się utożsamiać z czymś do tego stopnia, żeby zwalczać wszystko inne

    • Agata / Ruby Times says:

      To naprawdę przerażające jak wiele jest miejsc, w których lokalne konflikty wiszą na włosku, a ludzie patrzą na innych przez pryzmat różnic :(

  2. radoSHE says:

    Też nie jesteśmy stąd (stamtąd) i w sumie dosyć późno doszedł do mnie fakt, że takie podziały funkcjonują. Gdzieś tak pod koniec podstawówki, gdy po raz pierwszy ktoś dowiadując się skąd pochodzę, określił mnie zaszczytnym mianem „gorol”. Who the fuck is „gorol”???. Ale w sumie nie miałam z tym jakoś szczególnie pod górkę, bo jestem „gorol” z małopolski, a nie zza rzeki, więc w sumie luz. Natomiast przez cały okres polaryzowania się różnych znajomości licealnych byłam mega zdziwiona, że te kwestie tak silnie zakorzenione są w głowach takich szczeniaków jak my. Jak widać po Twoim wpisie, jest nowe pokolenie, a uprzedzenia pozostały te same. Może i mili, ale w sumie to przykre.

  3. Slomiana says:

    Ja tez nigy nie rozumialam na Slasku tego. Najlepsze, ze jak przybylam na studia na Slask, to dla mnie wszystko Slakiem bylo tzn. Sosnowiec czy tam Bytom to to samo. Hehe, moje wyobrazenie bardzo szybko zostalo mi wybite z glowy :D A najlepsze ze poznalam super ludzi i jednej i z drugiej strony rzeki! No ale ja jestem gorol, wiec co ja tam wiem. Ach zycie… A temat w sumie taki mega aktualny jest, nie myslac juz tylko o Polsce i o podzialach rzecznych…

    • Agata / Ruby Times says:

      Bo tak naprawdę są świetni ludzie po jednej i po drugiej stronie. I na szczęście sporo takich, którym te podziały są obojętne.
      A tak, temat zawsze aktualny :)

Pozostaw odpowiedź najlepsze blogi parentingowe Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.