Dziecko, Zdrowie i bezpieczeństwo

„Kroję pomidora”. Wpis absolutnie niekulinarny.

Pomidor jest lśniący i soczysty. Kolor ma taaaki czerwony jak to się zdarza tylko wczesną jesienią, jak to się zdarza tylko gdy znajoma przynosi rodzicom takie wypasione z własnej działki. Wielkie, ociekające sokiem, czerwoniaste i słodkie. Kroję go na plasterki i układam ładnie na talerzu. Po namyśle dodaję jeszcze jednego – podłużną limę, również pyszną o tej porze roku. Posypuję talerz odrobiną cebuli pokrojonej w piórka, siekam natkę pietruszki, która jest finalnym akcentem kolorystycznym. Wszystko polewam oliwą.

W lodówce nie znajduję wiele, ale w sumie wystarczy na nas dwie.

Wyciągam masło, by trochę zmiękło i układam je w maselniczce. Po przetrzepaniu lodówki odkrywam też jędrną czerwoną paprykę i z braku innych warzyw ją również kroję i upycham obok pomidora. Jest jeszcze szynka z piersi indyka, są sery – kozi do smarowania i klasyczny twaróg. Kroję pszenną bułkę i ziarniste pieczywo, układam je na talerzyku. Nie zdążyłam nawet zaparzyć herbaty w czajniczku, gdy Kropka już wpada do kuchni i pakuje się na fotelik z okrzykiem „lulą, lulą”. To znaczy, że na początek śniadania mam jej zwinąć szynkę w rulon.

IMGP2592 IMGP2595

Młody spędza kolejny dzień w przedszkolu, tata śpi po nocnej zmianie, więc jemy dziś tylko we dwie. Talerz z pomidorami jest wprawdzie dość duży, ale to żaden problem. Zjadam dwie trzecie, a ona resztę.

Mamy dzisiaj czas i siebie nawzajem, więc z przyjemnością obserwuję jakże uroczy i pierwotny proces konsumpcji w wykonaniu mojej latorośli. Niedawno chorowała i zupełnie nie miała apetytu, dzisiaj to co innego – z entuzjazmem wysysa kolejne pomidory, które ściekają jej po buzi. „Midoj, midoj!” – krzyczy, gdy tylko poprzedni znika w czeluściach jej żołądka. Pedantycznie oddziela natkę pietruszki od reszty pomidorowej sałatki i rozsmarowuje ją na stole. Ku mojemu zdziwieniu sięga po plasterek papryki, który położyłam na jej talerzu pro forma. Zazwyczaj wyrzucała na podłogę lub rozkładała to warzywo na czynniki pierwsze, tymczasem dzisiaj docenia aromat i słodycz jesiennej papryki i prosi o kolejne plastry wyrażając się przy tym niezbyt parlamentarnie „pipa!”.

Pochłania kolejne kromki: „tozi, tozi!” – rozkazuje wskazując na pudełko z kozim serem. Kropka to takie dziecko, które nigdy nie nauczyło się mówić „ser”. Ma za to swoje określenia na fetę, cheddar, bielucha i kilka innych rodzajów, które musimy jej dawkować, bo część tych serów jest cholernie słona. Gdy już udaje się nam przebrnąć przez zasadniczą część śniadania, Kropka wychyla cały kubek wody. Potem zjada jeszcze gruszkę i bezwzględnie wyciska sok z kilku śliwek. Prosto na świeżo ubrane gacie. Uznaję, że to koniec posiłku, myję ją więc i przebieram.

„To dlatego” – myślę sobie ze smutkiem. „To dlatego on jest zawsze taki czyściutki, gdy wraca z tego przedszkola. Ani plamki po pomidorze, ani śladu po owocach”. Właśnie zjadłam z córką proste, codzienne śniadanie. Proste, ale znamienne są w nim proporcje.

Warzywa to dla nas nie żaden dodatek kolorystyczny, to nie jakiś kwiatek u kożucha. Warzywa to jedna trzecia całego posiłku, bez nich jest mdło i „sucho”.

Dziś rano spóźniliśmy się akurat do przedszkola, za małe okazały się zarówno jesienne buty, jak i fotelik samochodowy, a gdy już mieliśmy wyjeżdżać Młody uznał, że pilnie musi skorzystać z toalety. Gdy w końcu wpadliśmy na przedszkolną salę malutkie śniadaniowe talerzyki już stały przez równie malutkimi konsumentami, a miła pani przedszkolanka pobiegła po dodatkowy talerzyk dla mojego synka. Usiadł przy stoliku i sięgnął po swoje kanapki, ja pożegnałam się z nim i wyszłam. Ze ściśniętym sercem. Na talerzu było dokładnie to, co opisano w przedszkolnym jadłospisie wywieszanym na internetowej stronie. „Pieczywo mieszane. Wędlina. Ser żółty. Pomidor. Rzodkiewka. Brzoskwinia. Herbata.”

IMGP2594 IMGP2590

Nie mam zastrzeżeń do tego, co czytam w jadłospisie – posiłki są proste, ale w miarę sensownie skomponowane, poza tym zdaję sobie sprawę, że w cenie dniówki 5 złotych, raczej nie należy się spodziewać frykasów jak na powyższym zdjęciu.

W teorii jadłospis jest więc okej, ale.. ale jednak w praktyce już nie było tak okej. Na jego talerzyku zobaczyłam dwie blade niczym poranek kromki i równie blady plaster szynki na jednej i plaster sera na drugiej z nich. Z trudem dopatrzyłam się niewielkiego cienkiego pomidorowego księżycka w kolorze bladego różu i jeszcze mniejszego plasterka rzodkiewki. Obok kanapek leżała smętna cząstka brzoskwini. Nie wiem czy to była ćwiartka, chyba nawet nie. Wiem, że w domu Młody zjadłby jeszcze ze dwie całe, poprosiłby o więcej pomidora, schrupałby całą rzodkiewkę. Trochę mi żal, że tu wprowadza się ustawę, która niby ma przeciwdziałać otyłości wśród dzieci, a w praktyce na ich talerzach możemy zobaczyć śladowe ilości owoców i warzyw.

Wiem, że budżet na jedzenie jest marny i naprawdę chętnie dopłaciłabym 2 czy 3 złote, by moje dziecko mogło codziennie wszamać ile chce ogórka, pomidora, czy jabłka. By to nie był wyznaczony odgórnie przysługujący mikroskopijny plasterek!

Wychodząc za przedszkolne drzwi obiecuję sobie, że zacznę robić kontretne warzywne kolacje, takie by mógł się najeść na zapas. Niedługo potem szykuję opisane wyżej śniadanie dla mnie i Kropki. I przez cały czas nie mogę opędzić się od jakiegoś żalu, od wyrzutu sumienia, że on tam je tak, podczas gdy w domu jest wszystko to co lubi. Nie miałam dotychczas żadnych negatywnych uczuć odnośnie przedszkolnych początków i wszelkich zmian w jego małym życiu. On również nie daje nam powodów do zmartwień, niemal codziennie mówi, że „to będzie fajny dzień w psedskolu”, albo że jedzie do „swojego ulubionego psedskola”.

Wiem, że przedszkole to świetna, rozwijająca sprawa, poszerzenie umiejętności społecznych oraz horyzontów. Niestety.. jak się właśnie dowiedziałam, niekoniecznie kulinarnych horyzontów.

IMGP2586

P.S. Historia zakończyła się małym happy endem: w sobotę rano zaserwowałam Młodemu tyle warzyw i owoców (na zdjęciu), że mógł zjadać do woli, podobnie było w niedzielę. Napycham go też zdrowym jedzonkiem popołudniami. W przeciwieństwie do twórców ustawy żywieniowej i przedszkolnych dietetyków uważam, jest to dość istotne.

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

12 komentarzy

  • Reply Esencja 30/09/2015 at 18:59

    Ruby, przepraszam, czy myślałaś o uruchomieniu cateringu? Adoptuję wszystkie Twoje dania. Serio, może rozważysz taki pomysł na własny biznes? Jest mnóstwo unijnych dofinansowań na tę okoliczność w nowym roku. No? :-)

    • Reply Agata / Ruby Times 30/09/2015 at 20:39

      Catering cateringiem, a Ty Ola lepiej pofatyguj się na ten catering osobiście. Z pewnością znajdzie się coś do „adoptowania” :D

  • Reply Pola - Odpoczywalnia 30/09/2015 at 23:08

    Ech, prawda, chociaż nasze przedszkole akurat jest chlubnym wyjątkiem w tym względzie. Nie jest idealnie, ale w sumie ok.
    Ale to walka jest na wielu frontach niestety. Kucharki najchętniej gotują tak, jak się kiedyś gotowało (mączne sosy, szare zupy, papki, kożuchy na mleku i zero apetyczności) i tak zresztą uczą w szkołach gastronomicznych. Poza tym przedszkola mają obowiązek zaopatrywać się u konkretnych dostawców (którzy wygrali przetarg wcześniej), którzy na zmiany w zdrowym kierunku tez nie sa przygotowani. No i sami rodzice też mają różne nawyki, nas ostatnio jedna mama zrobiła awanturę w kuchni, że „zupa z dyni nie ma żadnych wartości”.
    Ale apetycznie u Was!

    • Reply Agata / Ruby Times 01/10/2015 at 08:55

      Właśnie- te mączne sosy i papki! Straszne, że tyle się dzieje w kulinarnym światku, a szkoły gastronomiczne zatrzymały się w erze wielkiego wybuchu :(

  • Reply No.2 01/10/2015 at 00:00

    Napisałam duży komentarz o zwyczajach żywieniowych w żłobku ale ostatecznie uznałam go za zbędny. Wszystkie mamy, które mają związek z takimi placówkami wiedzą jak jest, co się będę rozpisywać. Nie dziwi mnie to, martwi zdecydowanie tak. Zwłaszcza, że zjedzenie pełnego obiadu kończy się u nas rozwolnieniem – przypadek? Czy raczej słynna kostka rosołowa „do smaku”? Ustawa chyba nie obejmuje żłobków – muszę to sprawdzić.

    A i jeszcze jedno – czy Kropka nie ma przypadkiem alergii na mleko krowie? I zajada się serami? U nas by nie przeszło. Po kilku kęsach żółtego albo parmezanie do spaghetti wysypka, pokrzywka i płacz. A ja już nie mogę wytrzymać z tymi kozimi serami…

    • Reply Agata / Ruby Times 01/10/2015 at 08:56

      Nie, Kropka jednak nie ma alergii. Mieliśmy takie podejrzenia, ale okazało się że to fałszywy alarm.

  • Reply kluscka 01/10/2015 at 02:17

    U nas w przedszkolu fajnie, ale ze śniadaniami podobnie. Po powrocie z urlopu pytam Córę czy jutro idziemy do przedszkola czy jedziemy do Babci, a ona na to, że jednak pojedzie do Babci, bo u Babci są lepsze śniadania… U nas mają budżet 9zł. Dopłata nic nie zdziała, Musisz się zatrudnić na przedszkolną kucharkę, albo zorganizować wspomniany catering dla przedszkola.

    • Reply Agata / Ruby Times 01/10/2015 at 08:59

      Nie nadaję się na kucharkę :)
      Ale żeby pokroić warzywa i położyć na talerzu naprawdę nie trzeba mieć specjalnych umiejętności. Te panie naprawdę nie muszą się uczyć nie wiadomo czego. Po prostu – więcej tych warzywek, żadna filozofia :(

  • Reply kejt 01/10/2015 at 11:44

    Wiesz co, strasznie mnie to smuci. I, że nas też to czeka. Niestety obawiam się, że gdyby na talerzach w przedszkolu pojawiły się warzywa w takiej ilości, jak u Was czy u nas w domu, zmarnowałyby się. Większość dzieci wynosi z domu zamiłowanie do bułeczek, słodkich serków, kaszek zalewanych wodą (tak, tak nawet przedszkolaki), biszkopcików, herbatniczków itd. Warzywa są na szarym końcu i to zwykle jedno lubiane, a inne pogardzane…

    • Reply Agata / Ruby Times 01/10/2015 at 14:13

      Mogliby je podawać na jakimś osobnym talerzyku, opcjonalnie, by dzieci mogły sobie dołożyć, jeśli jakieś chce. I po jakimś czasie ocenić ile tego potrzeba.. ja rozumiem, że jak wszystko dzieci dostają na swoich talerzach to zmarnuje się tego żarcia bardzo dużo, a przecież nie o to chodzi.

  • Reply Mama Hani 02/10/2015 at 12:48

    Mam prawie roczną córeczkę i rozważałam opcje na to, co dalej, po urlopie macierzyńskim – przeglądam oferty żłobków – jeden fajny, fajne panie, blisko itp patrze przykładowy jadłospis – podaje wspaniałe cukiereczki, które znalazłam:
    -serek topiony Hochland – śniadanie;
    – drożdzówka – podwieczorek;
    – kaszka manna z syropem malinowym – śniadanie;
    – kanapki z dżemem – podwieczorek –

    Stwierdziałam, że m. in dlatego Hania nie pójdzie na razie do żłobka.

    Masakra, tylko właśnie niestety tak jest, że duża częsc rodziców, również opiera swoje menu na takich produktach i zapisując dziecko do placówki nawet nie spojrzą, nie zapytają co ich dziecko będzie tam jeść.

    • Reply Agata / Ruby Times 02/10/2015 at 16:41

      Niestety, wielu rodziców uważa, że to norma. Ja nie mam nic przeciwko jakiejś drożdżówce, czy kanapce z dżemem, jeśli to jest raz na jakiś czas. Gorzej, gdy codziennie w menu występuje coś takiego. Tak jakby zwykłe sezonowe owoce nie mogły być podwieczorkiem! Moje dzieciaki uwielbiają takie deserki (co nie znaczy, że odmówią drożdżówki lub ciacha, ale na co dzień dostają raczej owoce).

    Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.