Korpo – utknięci

Pojechałam do biura po bardzo długiej przerwie. Gdy wchodziłam po schodach oblał mnie zimny pot, przed oczyma pojawiły się wszystkie sytuacje, gdy musiałam po tych schodach wejść, odbić kartę, przekroczyć szklane drzwi, a tak naprawdę najbardziej miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec.

Tym razem przyjechałam tylko na chwilę, załatwić coś w dziale kadr, ale mimo wszystko to dziwne uczucie wróciło. Wewnątrz firmy niby nie ma nic strasznego, ot wielki open space, rzędy biurek, ludzie szykujący się do pracy, na ścianach motywujące obrazki. Obrazki żartobliwie nawiązują do amerykańskiego wojennego etosu pracy, a niektóre idą o krok dalej i również bardzo żartobliwie nawiązują do stachanowców, 200 procent normy i innych elementów komunistycznej propagandy dla robotników. ŻARTOBLIWIE.
Bladzi pracownicy drepczą ze swoimi kubkami do kuchenki, idą apatyczni i wpatrzeni w dal. Niektórych rozpoznaję, dawniej być może pracowaliśmy razem, chociaż nie pamiętam imion ani nazwisk. Uśmiecham się odruchowo ale napotykam na ścianę obojętności. Nie jestem w korpo – świecie, nie ma między nami zależności, uśmiechnięcie się do mnie nie przyniesie żadnej doraźnej korzyści – nie zajmę się szybciej jakimś „kejsem”, nie „zriserczuję” czegoś „ASAP”, nie „przeforwarduję” jakiegoś emaila w mikrosekundę. Rozglądam się po spokojnym pozornie wnętrzu biura i czuję wielką grozę. Wyczuwam rozpaczliwą bezsilność, która czai się pod nijakimi, szarymi twarzami. Nie chcę oceniać tych ludzi, nie mam pojęcia jacy są naprawdę – to system wtłoczył ich w sztywne ramy, przemielił i zamienił w poprawnych politycznie, wypranych z emocji korporacyjnych wyjadaczy. Potrafią się poruszać w tej dziwnej dżungli zależności i fałszywych uśmiechów, której ja nie chcę pamiętać.
Napisałam sms do koleżanki, z którą kumplowałam się pracując w biurze. Pamiętam ją taką radosną, entuzjastyczną i kolorową. Przesiąkniętą kalifornijskim słońcem, gotową by przysiąść tu na chwilę, by zaraz ruszyć gdzieś dalej, bo przecież najważniejsza jest wolność. Jest taka inna, niekorporacyjna i rozpaczliwie nie pasująca do tego miejsca – pewnie dlatego od razu ją polubiłam. Teraz spotkałyśmy się w holu, przysiadłyśmy na jakimś stoliku w scenerii betonu i szkła by porozmawiać. Po kilku latach w tym miejscu jest też przygaszona i sfrustrowana. „Codziennie modlę się, by mnie ktoś stąd zabrał!” – mówi i dodaje, że intensywnie szuka pracy, ale bezskutecznie. Że ma świetne wyniki i żadnych perspektyw, że pensja nie zmieniła się od czterech lat i wciąż nie da się za nią utrzymać.
Myślę sobie ile jest takich ludzi? Którzy być może chcieliby się usamodzielnić, mieć jakieś mieszkanie, partnera, może nawet rodzinę. Którzy codziennie w pracy mają być tacy „professional” i „accurate” i „efficient”, ale tak naprawdę gówno dostają w zamian! Gdy kończy się dzień w jasnym eleganckim biurze wracają do swojego pokoju u mamy, mieszkania wynajętego na spółę ze znajomymi albo w akademiku. Niektórzy mają jakąś małą stabilizację w tanim wynajętym mieszkaniu, ale prawie nie ma takich, którzy są na swoim. O ile dla większości ludzi w wieku 20-30 lat nie jest to wielki problem, to po trzydziestce potrzeby rosną, pojawiają się rodziny i potrzeba większego komfortu życiowego. Jak zapewnić sobie ten komfort mieszkając w tanim hostelu od poniedziałku do piątku, a na weekend wracając z plecakiem do rodzinnej miejscowości? Jak długo można tak żyć? Codziennie słysząc o tym jak ważne jest dobro firmy i nasz wspólny wysiłek dla budowania świetlanej przyszłości, potęgi marki?
Wychodzę z budynku z ogromną ulgą zostawiając korporację za sobą. Zaświeciło słońce ogrzewając brudne chodniki, roztapiając resztki śniegu. Idę po kałużach, dziwnie lekko, bo sama, nie obarczona wózkiem spacerowym, wyjątkowo nie trzymająca za rękę nikogo o wzroście 98 centymetrów. Idę powoli rozglądając się po mieście, wdychając wczesnowiosenne powietrze. Odzwyczaiłam się od tego miejsca, dziwnie odstaję więc od pośpiesznych przechodniów. Oni wiedzą kiedy biec, by zdążyć na zielone, a kiedy lepiej poczekać. Ja nieco wyalienowana, wciąż z głową pełną korporacyjnej grozy rozglądam się dookoła. Powstają nowe biurowce, rosną w górę wielkie konstrukcje, biją po oczach światowe marki, które chcą uchodzić za zaufane i przyjazne. Tworzą się miejsca pracy i pozorne perspektywy. A pod wypolerowanym, perfekcyjnym nowym biurowcem rośnie perfekcyjny wypolerowany trawnik. W podziemiach jest parking tylko dla kadry zarządzającej. Niech sobie pracownik poszuka, niech zaparkuje gdzieś w  błocie za wypolerowanym ogrodzeniem, albo pod Biedronką, niech kombinuje. A tak w ogóle to skąd on ma na samochód?
Ten świat nie jest przyjazny, bo tak naprawdę niewiele się zmieniło od XIX wieku, gdy robotnicy postulowali podział doby na 8 godzin pracy, 8 godzin wypoczynku i 8 godzin snu. Daleka jestem od socjalistycznych idei, ale ten podział wydaje się całkiem uczciwy i zwyczajnie ludzki. Chyba zbyt ludzki jak dla wielu współczesnych pracodawców. Zatrzymuję się, spoglądam na otaczające mnie biura i rodzi się we mnie wielkie, wielkie postanowienie, by już nigdy nie pracować dla żadnej korporacji! Nie godzę się na ten przerażający świat pracowników-cyborgów, na pracę nie dającą żadnej satysfakcji, zabierającą radość życia, a nawet zdrowie. Wiem, że większość z nas ma właśnie taką i to mnie przeraża najbardziej. Że korpo – utniętych są całe masy. Obojętnych, zaciskających pięści z bezsilności pod równymi rzędami biurek. Nie wiem jeszcze jak tego dokonam, ale zwyczajnie nie chcę być jednym z nich.

12 comments

  1. Pola says:

    Ech kurczę, masz rację totalną. Mam dokładnie te same myśli, i też zaciskam kciuki, żeby, gdy juz będę wracać do pracy, nie trafić do korporacji… Co jest pocieszające (lub nie;P), na mojej sielskiej Lubelszczyźnie o korporacje raczej ciężko. (o inną pracę także niestety)
    Jak żyć? ;)

  2. Niestety mało kto może sobie pozwolić na pracę marzeń :( wybierasz to korpo żeby mieć co do gara włożyć. Idziesz jednego dnia, drugiego…piątego i wpadasz w rutynę :(

    • Ruby Soho says:

      Taka jest rzeczywistość! Całe moje dorosłe życie pracowałam w korpo, tylko dlatego, że nie było dokąd uciekać. A teraz jestem na rozstaju dróg, czas wracać do pracy, przewartościować sobie wszystko i odpowiedzieć na pytanie: „co chcę robić?”. Jeśli wrócę tam, to wpadnę w tą straszną rutynę, o której piszesz, i już nie będzie czasu na zastanawianie się. A źródło dochodów potrzebne jak nigdy, wszak jest nas czworo!

    • Zuzi Clowes says:

      Wspaniały ten post Ruby! To jakiś majstersztyk opiniotwórczy a do tego w pięknym stylu napisany. I mimo tego że jego wydźwięk jest szalenie smutny był cudowną, dającą do myślenia lekturą. Dziękuję Ci za to.

      Poza tym – i ja mam za sobą korpo-epizod. Czternaście miesięcy z życia których nikt mi nie zwróci. Uciekłam stamtąd gdzie oliwki rosną… I teraz uwielbiam moją pracę. Także totalnie rozumiem i popieram Twoje akorporacyjne plany. I trzymam kciuki!

  3. Niesamowity tekst… nawet nie wiesz, jak bardzo trzymam kciuki, by udało Ci się pracować w normalnym, przyjaznym miejscu. Takim, który nie wysysa z człowieka energii i uśmiechu, zostawiając tylko rozgoryczenie i cienie pod oczami. Takim, w którym nie będziesz słyszała każdego dnia, że jesteś niegodna zaufania i nieodpowiedziana, bo Twoje dziecko często choruje… mnie niestety nie udało się takiej znaleźć.

  4. radoSHE says:

    Wiesz co, bardzo mi dało to do myślenia…tym bardziej, że z jednego takiego miejsca po kilku latach uciekłam. Temat pracy bardzo aktualny w mojej głowie obecnie. Pierwsze cefałki poszły już w świat. A ja czuję się totalnie rozbita pomiędzy tym czego bym chciała, a tym co mogę i co muszę zrobić. Ale to temat na elaborat. Świetny tekst, smutny, ale świetny. Trzymam więc kciuki za Ciebie i za siebie! :)

  5. Kaps Love says:

    Świetny tekst, mocny i zostaje na długo pod skórą. Ja też uciekam od tej nagonki pracy, od tego sztywnego uniformu i pracy na 200% za pieniądze poniżej normy. Też tupie nogą i drżę na samą myśl powrotu do takiej instytucji. Mam nadzieję, że wszystkim nam się uda odnaleźć w życiu pasję pracy, żeby czerpać z niej przyjemność a nie nerwowy ból brzucha. Ściskam mocno!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.