Styl życia

Koniec wakacji

Wakacje skończyły się już dobrych kilka dni temu, a my dalej nie możemy się pozbierać. Nie możemy znaleźć czasu na zakupy spożywcze, na odkurzenie domu, a na obiady notorycznie jeździmy do Ikei (stan na 4 dni w domu: 2 obiady domowe vs 2 obiady ze szwedzkiej stołówki), gdzie Młody z entuzjazmem pochłania pulpety i brokuły. Brokuł z sosem spod klopsa spowodował nowy gwałtowny przypływ miłości do tego warzywa po ponad roku nieufności – żaden inny sposób podania nie podziałał, a sos z pulpetów i owszem! Pokrzywdzona Kropka dalej żywi się słoiczkami, więc chyba najwyższy czas wrócić do gotowania, i to zdrowszego gotowania. Parowar czas wyciągnąć z szafy – nie dla niemowlęcia, dla nas wszystkich. Przynajmniej we wspomnianej Ikei Kropka dostała brokuła do rąsi i pochłaniała z radością. Wakacje się skończyły. Młody biegnący po sklepie (tym samym:) z okrzykiem „Kupujemyyyy! Płacimyyyy!” Niepokój mnie ogarnął. Czy to od nas się tak uczy brylowania w świecie konsumpcji? No chyba, od kogóż by innego.

Fotki z wakacji. „Nie ma takiego miasta jak Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój”.

Pierzemy na potęgę, jak to po wakacjach. Taki obrazek z rana: ja klęcząca przy suszarce z rolką do ubrań, przeklinająca pod nosem tą cholerną wełnianą, włochatą czapkę, która jakimś cudem dostała się do prania. Stos niemowlęcych bawełnianych ciuszków pokrytych białymi włosami. „Wsistko we włosach, we włosach wsistko!” – krzyczał radośnie Młody pomagając mi rozwieszać to pranie. Mój komentarz był trochę inny, trochę cięższego kalibru, nie nadający się do publikacji.

Tak naprawdę wakacje skończą się dopiero w czwartek – wówczas mąż wraca do pracy. Mam więc czas na oswojenie się z sytuacją typu: cztery ściany, ja i dwójka dzieci. Non stop. Bez pomocy, bez asekuracji. Trochę się odzwyczaiłam przez ponad 2 tygodnie laby. Wszystko we mnie krzyczy: „nie zostawiajcie mnie samej z nimi!!”. Tak. Mam na myśli swoje własne dzieci. Mam wrażenie, że nie dam rady teraz tak tyrać w domu, a tyrania będzie nieco więcej, bo mąż idzie do pracy i na podyplomówkę w innym mieście. Do mojej samotności w tłumie złożonym z niemowlęcia i dwulatka dojdą jeszcze weekendy raz na dwa tygodnie. Jak ja zazdroszczę temu mężowi. Że pociągiem se jedzie. Że na wykładzie siedzi. Że pewnie leniwym krokiem przemierza miasto, właśnie w tym momencie, podczas gdy ja słucham nieludzkich ryków i mam chęć walnąć głową w ścianę. A pierwsze bezgłośne słowo na „k” ciśnie mi się na usta już około 7-8 rano.

Młody goni gołębie w Polanicy.

Dzieciaki mimo całej swojej niewątpliwej wspaniałości i perfekcyjnego opanowania metod wzruszania rodzicieli (Młody wyznający dziś, że przytula się do mej nogi w kuchni, żeby „mama go kochała”. Łapie za serce, no!) są.. męczące. Absorbujące uwagę. Nie pozwalają iść człowiekowi w samotności nawet do miejsca, w którym wolimy nie mieć świadków. Zadają pytania. Non stop, przez caaaały dzień – to te starsze. Te młodsze żują, ciągle coś żują, lub szukają czegoś do żucia, najlepiej maminych japonek, albo niebezpiecznych zabawek rodzeństwa. Jasne, że jestem z nich dumna i cieszę się z postępów, ale.. czasem mam poczucie osaczenia, osaczenia przez własne dzieci.

Ale poza tym jest git. Młody gada nieustannie, artykuuje słowa przez większą część doby, buduje coraz bardziej skomplikowane zdania, dzieli się swoimi przemyśleniami. Zamyka się tylko w czasie snu i ewentualnie, gdy jakiś gość go onieśmieli – pomyśleć, że nie tak dawno konsultowaliśmy się z logopedą, bo małomówny był! Kropka włazi dosłownie wszędzie, doskonali techniki stania i wracania do pozycji pełzającej lub czworakowej bez uszczerbku na zdrowiu. Uczy się schodzić z łóżka tyłem. Na razie z asekuracją, ale .. gdybyście zobaczyli ten triumfalny uśmiech, gdy się udaje. Kocham te stwory, ale nic nie poradzę na to, że na myśl o zostaniu z nimi sam na sam przez kilka dni z rzędu ręcę zaczynają mi drżeć a na czoło wstępuje zimny, bardzo zimny pot :).

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

14 komentarzy

  • Reply mama silesia 22/10/2014 at 08:20

    dobrze Cię rozumiem :) też miewam takie „zmęczenie materiału”, każda mama miewa :) ale kiedy myślałam, że nasze wakacje skońcyły się w sierpniu, okazuje się, że za miesiąc czekają nas kolejne i to jeszcze dłuższe , więc nigdy nie wiadomo co nas spotka, głowa do góry! :)

  • Reply Justyna Sz 22/10/2014 at 08:34

    Super fotki… szkoda że to już koniec. Dodatkowo dzisiejsza pogoda sprawia że chciałoby się przezimować w śnie…
    Obiady z IKEA – pycha :D

  • Reply Mariola Majka 22/10/2014 at 10:31

    Dasz radę, nie ma co. Im dzieciaki starsze tym pewnie łatwiej (zgaduję^^), a przecież rosną każdego dnia. Czekam momentu kiedy wpadnę tu i napiszę „jak Ty to robiłaś, że z dwójką dawałaś radę!?” ;)

    • Reply Ruby Soho 22/10/2014 at 19:39

      Pewnie niedługo ten moment nastąpi :)

  • Reply tynka 22/10/2014 at 10:33

    No nie ;) w Kotlinie żeście byli i nic się się nie zdradziłaś ;) a z Polanicy to już kilka km do mojej rodzinnej miejscowości ;)
    takie niecenzuralne słowa cisną Ci się ok 7-8? późno ;) hehe u mnie potrzeba wyduszenia z siebie takich słów czasami znacznie wcześniej nadchodzi ;p
    fajne zdjęcia
    A z ogarnięciem tego wszystkiego DASZ radę, no bo kto jak nie Ty? :)

    • Reply Ruby Soho 22/10/2014 at 19:39

      Ooo, no to z pięknych stron pochodzisz!

  • Reply Pola 22/10/2014 at 13:04

    Oj tak, rzeczywistość po powrocie z wakacji bywa trudna. Rozumiem Cię świetnie i poklepuję wirtualnie po ramieniu w ramach próby pokrzepienia.

    Też zazdroszczę mężowi jego sytuacji, ciekawa, satysfakcjonująca praca, podnoszenie kwalifikacji, nowe wyzwania (inne niż ogarnianie wrzeszczącego duetu i budowanie z lego), a wszystko w błogim poczuciu, że jest tu, gdzie powinien być, a dzieciaki są zaopiekowane w najlepszy możliwy sposób. Kobiety mają gorzej;)

    Ale dasz radę Ruby. Jesteś wielka, dzieciaki masz kochane. I pamiętaj, z każdym dniem starsze, mądrzejsze, już niedługo się wyprowadzą z domu na studia;)

    • Reply Ruby Soho 22/10/2014 at 19:40

      Dzięęęęęki, widzisz, patrzę na nich z nadzieją każdego dnia, ale póki co żadne nic nie wspomina o studiach i wyprowadzce :)

  • Reply Instytut Doświadczeń 22/10/2014 at 19:13

    Ja jestem z Polką sama cały ten tydzień i szczerze Cię podziwiam. Mój tajfun energii kontra Twoje dwa? Eh, no respect. A co do wakacji to widzisz – wszystkim się kończą a my w grudniu dopiero! :)

    • Reply Ruby Soho 22/10/2014 at 19:40

      Ale przynajmniej jeszcze przed Wami!

  • Reply Zuzi Clowes 22/10/2014 at 21:45

    Ruby, ja kompletnie rozumiem Twoje frustracje, mimo tego że mam połowę dobytku dziecięcego i Towarzysza Męża w domu o połowę częściej…. A też się czuję czasem osaczona, zadzieciowana i, poza posiadaniem karmiących piersi, kompletnie nieważna w całym tym macierzyństwie. Bo przecież dziecko jest najważniejsze… No jest, nie neguję tego, aczkolwiek czasem nie daję rady też i tego nie ukrywam. Fajnie że piszesz o tym że dzieci to nie tylko wzruszenia (których na szczęście jest bez liku) ale też gorsze momenty. Bo chyba każdy je ma, a mało osób o tym pisze, bo przecież co ze mnie za matka rodzicielstwa bliskości skoro chcę zdjąć tą chustę na chwilę i… iść tam gdzie wolimy nie mieć świadków, jak piszesz. Albo, czasem, olaboga, nawet gdzieś dalej. Bądź dzielna! :*

    • Reply Ruby Soho 28/10/2014 at 11:15

      Oj tak.. ale nic się nie martw, wkrótce pójdziemy ‚gdzieś dalej’!!!

  • Reply Anita Kozieł 23/10/2014 at 20:28

    Rozumiem… i w pełni się zgadzam, że czasem człowiek ma ochotę wysiąść z pędzącego pociągu pełnego czyhających na każdym kroku jakże uroczych dzieciaków:) Ale zdaje się, ze Ty jesteś twardym zawodnikiem i pomimo braku męża, dasz radę. Ba… nawet bloga w żaden sposób nie zaniedbasz. Bo wiesz…my tu czekamy na Twoje wpisy:)) Ja osobiście jestem ich wieeeeeeeelką fanką. Pozdrawiam!

    • Reply Ruby Soho 28/10/2014 at 11:14

      Dziękuję Ci serdecznie! Po takim komentarzu to aż chce się pisać!

    Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.