Kiedyś było łatwiej

Gdy tylko zaczniesz narzekać na trudy życia młodej matki, natychmiast pojawi się ktoś, kto Ci uświadomi, że kiedyś to dopiero było ciężko! Powoła się na wojenne doświadczenia naszych babć, spartańskie warunki życia i brak poczucia bezpieczeństwa,  na problemy z zaopatrzeniem w żywność jakie nasze matki przeżywały w stanie wojennym. Wypomni rozwój techniki, dzięki któremu siedzisz sobie w domu z centralnym ogrzewaniem, ciepłą wodą, pralką i mikserem planetarnym.

I ogólnie udowodni, że poprzewracało Ci się w czterech literach, jak całemu pokoleniu współczesnych młodych mam. Bo przecież jest nam cudownie!

IMGP9403 IMGP9406

Nie musimy rozpalać w piecach, chodzić do studni po wodę, prać pieluch ręcznie, lub w pralce „Frani”. Odpoczywamy w higienicznych mieszkaniach, wsłuchując się w szum zmywarki, a dzieci ogarniają się same. Czasem tylko, gdy obserwuję totalnie zagubione i skołowane młode mamy, pogrążone w wyrzutach sumienia, skoncentrowane na tym, co mogłyby zrobić lepiej, ale jakoś im nie wychodzi.. Gdy o nich pomyślę, to mam wrażenie, że..

Kiedyś było łatwiej. Chociaż może bardziej fortunne byłoby określenie „prościej”, bo świat był prostszy, a teraz pokomplikował się paskudnie.

IMGP9407 IMGP9409

W tym samym czasie, gdy stopniowo poprawiał się komfort życia, a w domach pojawiały kolejne wygody, zaczęły się też wkradać nowe rodzaje wymagań i presji.

Już nie chodzi tylko o coraz bardziej wyśrubowane normy dotyczące wychowania, edukacji i bezpieczeństwa dzieci, ale oczekiwania wobec rodziców. Wprawdzie warto poświęcić się karierze zawodowej i odnosić w niej sukcesy (drogie zabawki i pomoce edukacyjne nie kupią się same), ale poza tym wypadałoby codziennie spędzać kilka wartościowych godzin z potomkiem – na czytaniu, grach, rozmowach. Pozostały czas masz dla siebie, w końcu jesteś tego wart/warta, jakoś dasz radę upchać w grafiku samorealizację. Równowagę ducha i ciała. Czytanie i pedicure. Siłownię i kawę na mieście. Że przerysowana ta wizja? No tak, przerysowana! Ale właśnie taką codziennie wciskają nam środki przekazu, w tym również blogi.

Możemy nie słuchać, zachować zdrowy rozsądek, ale ilość tych potencjalnych możliwości, które mamy i tak wywołuje podświadomą frustrację. I pojawia się syndrom: „inni radzą sobie lepiej”. Nawet nie waż się w to wierzyć!

IMGP9411

W dalszym ciągu najbardziej kreatywne zabawki to patyk, kamień i błoto.

Tylko, że ciężko to sobie uświadomić w czasach rosnącej presji edukacyjnej, gdy każdy produkt dla dziecka jest opatrzony zapewnieniem, że jest „naukowy”, „kreatywny”, „rozwijający”. Rodzice boją się, że jeśli nie dostarczą swemu potomkowi nowych puzzli i pętli motorycznej przed ukończeniem pierwszego roku życia, to z pewnością zaprzepaszczą jego przyszłe szanse na dostanie się do Harvardu.

Możesz przeczytać milion książek o wychowaniu dzieci, ale tak ciężko zwyczajnie wybrać swoją własną drogę rodzicielstwa w gąszczu sprzecznych rad. Możesz podglądać na blogach jak z dziećmi lepić, budować, wycinać i kleić, ale doba i tak ma jedynie 24 godziny, więc zamiast super atrakcyjnych zabaw po prostu podrzucasz na stół kredki i kolorowankę. Z wyrzutem sumienia, że to za mało, że inne matki to pewnie mają więcej siły i zapału. A czy faktycznie mają? Czy przypadkiem nie uwieczniły tego jednego dnia w tygodniu, miesiącu, kiedy udało im się wysilić na większą pomysłowość? Tego się już nie dowiecie.

IMGP9410

Wszystko jest na wyciągnięcie ręki.

Dawniej był sklep, a na jego wystawie pysznił się czerwony rowerek, obok leżał blaszany bębenek. Wszystkie dzieci przyklejały nosy do wystawy. Każde marzyło o blaszanym bębenku i czerwonym rowerku. Teraz jest łatwiej, bo wszystkiego jest więcej. W sklepach królują nieprzebrane góry zabawkowego badziewia, psującego się w godzinę po zakupie, z odpadającymi chromami i śrubkami. Dokonanie sensownego wyboru dość często kończy się na przeglądaniu szesnastu stron z wariantami jednego produktu na Allegro. W dodatku dam głowę, że dawny rowerek i bębenek były trwalsze i ładniejsze, niż ich współczesne odpowiedniki. Dziękuję za takie „łatwiej”.

IMGP9414

Dawniej wiedza, również ta dotycząca macierzyństwa, przechodziła z pokolenia na pokolenie.

Była w miarę uniwersalna i nie dezaktualizowała się – jak obecnie – z prędkością światła. Gdy na świat przychodził mały człowiek babcie doskonale wiedziały jak doradzić pierworódce w sprawie niezbędników dla noworodka, czy pielęgnacji. Tu się zatrzymam – przede wszystkim babki, ciotki i prababki były w pobliżu, podczas gdy obecnie wiele kobiet spędza większą część doby samotnie z niemowlakiem i odchodzi od zmysłów, że robi coś nie tak. O ile łatwiej wychowywało się potomstwo w rodzinie wielopokoleniowej, w której starsze panie miały nieocenioną wiedzę na temat.. karmienia piersią na przykład. Znały się na zastojach pokarmu, rozumiały skoki rozwojowe, podczas których dziecię przyssane do mamy niczym mała pijawka potrafiło tak przeleżeć cały dzień. Uspokajały, tłumaczyły, pomagały przetrwać cięższe okresy.

Nasze mamy pochodzą już z czasów propagandy mleka modyfikowanego, gdy mleko kobiece było uważane za coś gorszego. Nikt nie nauczył ich wiary w możliwości własnego organizmu, więc ciężko uwierzyć im w nasze. Trudno je winić – lekarze z tego samego pokolenia również przekazują młodym mamom wiele szkodliwych mitów o żywieniu dzieci, proponując te nieszczęsne słoiczki 4 – miesięcznym maluchom. Same musimy dowiadywać się jak karmić, czy rozszerzać dietę, bo ci, którzy powinni być autorytetami w tej dziedzinie zwyczajnie nimi nie są.

IMGP9417

Zostając przy jedzeniu. Nigdy w historii nie było go tak dużo, tanio i nie było tak różnorodne.

Podczas, gdy nawet na wsi nie mam problemu z kupnem awokado i oliwy truflowej moi dziadkowie nawet nie słyszeli o takich wynalazkach. Co jedli? Ciemny chleb, różne kasze, potrawy mączne, jajka, przetwory mleczne. Mięso? Na niedzielę. Warzywa i owoce? Sezonowe, to co urosło. Dlaczego więc twierdzę, że jedli lepiej?

Wystarczy zacząć przyglądać się składom, szukać informacji jak produkowane jest mięso, jakie wałki się dzieją przy robieniu serów. Owoce mają o kilkadziesiąt procent mniej witamin, niż powojenne, które rumieniły się na drzewach. Truskawki mają poranny zbiór, a potem oprysk przed południem, i – czary, mary – druga tura zbieraczy może ruszać do pracy, bo po dwóch godzinach znów są czerwoniutkie. Rzodkiewki farbują na różowo podczas mycia, pszenica zmodyfikowana tyle razy, że już nie wiadomo, czy nawet w domu pieczony chleb jest zdrowy. Niby mamy wszystko, tylko skąd nowotwory, alergie i choroby skórne? I ten ciągły dylemat, czym karmić dzieciaki?

IMGP9413

Zdaję sobie sprawę z tego, że powyższy tekst może wydać się tendencyjny, pisany pod z góry ustaloną tezę.

Przypuszczam też, że przy sprzyjających okolicznościach – względnej ciszy, dwóch kawach z mlekiem i dużej tabliczce czekolady z orzechami –  byłabym w stanie napisać artykuł o przeciwnym wydźwięku, sławiący dzisiejszy komfort jako przeciwwagę do trudów i znojów dawnego macierzyństwa. Trudno powiedzieć jednoznacznie, czy obecnie jest łatwiej, czy nie, ale jedno jest pewne: cena, którą płacimy za współczesne wygody wcale nie jest niska.

IMGP9431 IMGP9436 IMGP9437 IMGP9442

1

 

10 comments

  1. Ewa says:

    Było łatwiej też dlatego, że ludzie się przed sobą nie zamykali. W jednej klatce w bloku, wszystkie sąsiadki były ciocią, której należy słuchać, która „rzuci” okiem na dzieci gdy mama zajęta. Żaden rodzic nie wychodził z dzieckiem na podwórko bo nie było potrzeby pilnowania. Dzieci nauczone opiekuńczości troszczyły się o siebie nawzajem. Nie było tyle samochodów więc nie było strachu o wypadek. Był jeden sklep więc mama wysyłała dziecko do niego wiedząc, że pani poda wszystko co napisane na kartce. Ni było telewizji i komputera więc dzieci wolały wyjść na podwórko niż spędzać czas w domu. Więcej czytały, wymyślały zabawy, podręczniki używało jedno po drugim przez lata.

    • Agata / Ruby Times says:

      Tak właśnie było. A teraz wsiadamy w auto i wieziemy dziecko całe 5 minut do przedszkola. Wolałabym iść z nim za rękę, ale ruch na skrzyżowaniu taki, tiry pędzą na złamanie karku, więc lepiej pojechać :(

  2. kejt says:

    Zgadzam się, ale i z drugą wersją tą od czekolady pewnie też bym się zgodziła. Cóż, żyjemy w czasach skrajnego relatywizmu:) dla mnie jedynym „lekarstwem” na te współczesne macierzyńskie bolączki jest wspólnota. Budowanie dobrych, fajnych relacji z innymi matkami.

    • Agata / Ruby Times says:

      Bardzo fajne lekarstwo. Robię tak samo, dzięki fajnym mamom wiem, że jeszcze nie zwariowałam :)

  3. A. says:

    Racja! Żyło się łatwiej bo nie było presji otoczenia i tych wszystkich pomagaczy, wyręczaczy, wszechobecnego CHCĘ, potrzebuję, muszę mieć. Nie było telewizji i internetu które kradną strasznie dużo czasu. Narzekamy na permanentny brak czasu na życie. Moja bardzo dobra znajoma , która mieszka w tej samej miejscowości co ja, 3 lata już się do mnie wybiera i za każdym razem jak się spotkamy twierdzi , że jest tak zagoniona, tak zajęta, że nie ma kiedy. To jest szalone. W swojej wypowiedzi skupię się tylko na dzieciństwie. Niedawno przeczytałam biografię Astrid Lindgren, która swoje dzieciństwo postrzegała jako idyllę. Z dzisiejszej perspektywy mogłoby się wydawać, że dzieci były zaniedbywane. Dzieci nie miały zabawek, rodziców na wyciągnięcie ręki, zajęć po lekcjach ale miały sporo obowiązków, które sprawiały im radość, wolny czas, luz, spędzały mnóstwo czasu na dworze. Postrzegam podobnie swoje dzieciństwo. Mama pracowała zawodowo i zajęta była prowadzeniem domu, dużo czasu spędzała w kuchni, gotowała, piekła, sprzątała, szyła, więcej czasu spędzał z nami ojciec, to on częściej chodził na spacery, czytał książki, uczył piosenek, wierszy . Moje dzieciństwo oceniam jako bardzo szczęśliwe . Niedługo są urodziny mojego dziecka, w planie miałam zakup jakiejś porządnej kuchenki oraz akcesorii , nie ukrywam , że jestem pod wrażeniem Waszych sprzętów, ale zaczynam mieć wątpliwości. Dziecko od kilku dni bawi się w cukiernika budując ciastka z klocków, torciki z drewnianej mozaiki a piekarnikiem , płytą, paterą są książki. Zastanawiam się komu to jest potrzebne, bo nie jemu? Jasne, piękne są te wszystkie przedmioty , ale czy nie zabijają kreatywności w naszych dzieciach? (zresztą już gdzieś na blogu to napisałaś) A może po prostu zamiast prezentów zabrać go gdzieś, na przedstawienie, do muzeum, do zoo, na piknik do lasu, gdziekolwiek gdzie jest ciekawie. Takich wyjść nigdy za wiele. W dzieciństwie miałam mało zabawek dlatego prawie wszystkie pamiętam ale spacer z tatą na łąkę z dużą kolorową piłką przebijał wszystko.

    • Agata / Ruby Times says:

      Coś w tym jest. Moje dzieci właśnie bawią się w piasku i przynoszą mi „piaskowe” pierniki. Dawno nie widziałam takiego entuzjazmu w ich wypasionej kuchence :)

      • A. says:

        Ale z drugiej strony zgadzam się z Toba, że jeśli coś już kupować to tylko ładne, niebanalne, dobrej jakości i dlatego to , co rekomendujesz bardzo nam się podoba. Kredki-kamyczki , miska z otworami , gumowe ludziki , piłeczka do kąpieli, niektóre książki to wszystko jest świetne, nie żałuję wydanych pieniędzy.

  4. The grass was greener
    The light was brighter
    The taste was sweeter
    The nights of wonder …

    I jeszcze dzieci były grzecznie! Nasi rodzice nie mieli takich problemów wychowawczych jak my, może dlatego, że mieli mniejszą wiedzę, a jak wiadomo im mniej wiemy tym mniej się przejmujemy;)

    Ale z jednej strony tęsknimy za czasami kiedy sąsiadka, czy znajoma pani z osiedla zerkała na dziecko, a z drugiej krzyczymy że nie będą mi tu obce baby się wtrącać w moje sposoby wychowawcze… ;)

    Dobrze prawisz, coś za coś:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.