Jakby troska.

Życie matek. Temat-rzeka, niekończąca się opowieść wałkowana codziennie przez miliony, by nie rzec miliardy niewiast na całym globie. Ale rzeka niejednorodna, posiadająca wiele odcieni, w tym zarówno tęczy, jak i całą gamę szarości aż po antracyt. Opowieść szczodrze relacjonowana na blogach, portalach społecznościowych, także w książkach, pamiętnikach, w gazetach.

W sumie trudno określić dlaczego matki i ich rozkminy są tak bardzo popularne. Wszak nic w ich życiu oryginalnego, bądź odkrywczego, chociaż kobiety dopiero co awansowane na mamy mogą mieć inne zdanie w tej kwestii.

Przypuszczam, że żywoty matek zawsze wyglądały podobnie, zawsze prezentowały pożałowania godną statyczność i całodobową uważność. Już paleolityczna macierz odganiała zapewne swojego dwulatka od ogniska, by nie wcisnął ciekawskich łapek w płomienie i denerwowała, gdy czterolatek podbierał ojcu jego narzędzia otoczakowe i inne rozłupce.

Mąż mój wprawdzie nie ma rozłupców (czymkolwiek są rozłupce), a ja nie muszę pilnować domowego ogniska w sensie dosłownym, ale i tak jakimś cudem niemal zawsze jestem w kuchni. Nie że smycz mam za krótką jak mówił stary szowinistyczny żart: dałabym radę doczołgać się do salonu bez większego problemu, ale rzecz w tym, że i tak zazwyczaj stoję przyklejona do zlewu.

I myślę, że przecież gdy byłam dzieckiem, małym, potem wyrośniętym, a potem już nastolatką, zawsze wracałam do domu z głową pełną Niezwykle Ważnych Spraw, z marzeniami, aspiracjami, pomysłami, nooo, pełno rzeczy się kotłowało w tej głowie.. i gdy witałam się z moją Mamą, ona niemal zawsze stała w kuchni. Jakaś niewidzialna siła trzymała ją przy zlewie. Wizualizuję sobie tę kuchnię typu tramwaj, klasyczne arcydzieło architektury lat 70-tych XX wieku, ale przynajmniej z oknem. I ona, moja Mama znaczy, zawsze w schludnej podomce, w fartuszku, zawsze tam, w tym samym miejscu.

Przyznam szczerze, z lekkim wstydem nawet, że nie obchodziło mnie wówczas co ona tam robiła! I po co tam stała ciągle. Ja miałam swoje Niezwykle Ważne Sprawy. Byłam ponad prozę życia, ponad zwyczajności typu – co podać na kolację, gdy akurat w lodówce pusto? Albo – najwyższy czas przerobić owoce, bo się zepsują. Albo – z niekuchennych zagwozdek – trzeba zmienić pościel we wszystkich łóżkach, umyć łazienkę, i tak dalej. Bo młodzi ludzie tak już mają, że w ich głowach krzyczy wielkie, dramatyczne „ja”. Rozpamiętują wydarzenia, analizują.. ileż ja potrafiłam wisieć przy telefonie (takim z kablem) w przedpokoju przeżywając wraz z przyjaciółką co powiedział ten albo tamten. Co się w szkole działo, a co na imprezie! Ileż my miałyśmy ważnych rzeczy do obgadania, i to codziennie! A tymczasem gdzieś w tle, ktoś wykonywał ciężką, niewdzięczną pracę.

Teraz sama objęłam taką rolę. Dostałam awans życiowy! Zostałam mamą beztroskich ludzi, którzy przybiegają co jakiś czas z radosnym pytaniem co będziemy jedli, czytali, rysowali bądź oglądali. A ja zazwyczaj stoję wtedy przy kuchni. Coś myję, coś gotuję. Myję półki lodówki i robię listę zakupów, by zaplanować jakieś obiady. Zapisuję ołówkiem na kartce, jedno pod drugim, ser biały, masła trzy, mleko, dużo mleka, bo oni przecież tyle piją. Worki na śmieci się kończą, i jeszcze płyn do naczyń.

A tymczasem oni zdobywają, odkrywają! Siedzą nad rysunkowymi księgami, wyobrażają sobie niesamowite rzeczy, odwiedzają różne światy, uczą się. Z wypiekami na twarzach eksplorują książki, kolorowanki, własny pokój, dom, aż po krańce garderoby.

W oczach świeżo upieczonych rodziców pojawia się nowy wyraz. Nie ten podkrążony, niewyspany, lekko zdesperowany.. to znaczy ten też. Ale pojawia się też nowe coś: jakby troska, przestawienie życiowych akcentów z egoistycznego, wpatrzonego w siebie „ja”, na wypełnione czułością „ty”. Martwienie się w niespokojne noce, czuwanie przy gorączkujących, ząbkujących, zapewnianie wszystkiego co potrzebne do życia, do funkcjonowania. Taka praca za kulisami, zupełnie dla nich niewidoczna.. a potem gdy rosną i pojawiają się nowe wyzwania, wtedy również jest martwienie się. O to, jak sobie poradzą, czy życie im się pomyślnie ułoży. Czy nie popełnią zbyt dużych błędów, czy ktoś ich nie skrzywdzi. Czy wyrosną na niezależnych ludzi, znających swoją wartość.

Życie potrafi zaskakiwać. Kto by pomyślał, że zacznę się spełniać gotując obiad a jako substytut intelektualnie pobudzających rozmów z ludźmi będę włączać Tok.fm. A gdy najdzie mnie ochota na trochę życia kulturalnego, jakiś koncert może.. to przestawię na Rmf classic, i już – życie kulturalne jak się patrzy.

W międzyczasie rozwinę się w wielu zaskakujących dziedzinach: całkiem dobrze orientując się w mitologii Autobotów, bez problemu wyjaśniając czym jest zły energon, i odróżniając Bumblebee od Sideswipe’a. Robiąc postępy w rysowaniu wojowników ninja i osiągając mistrzostwo w robieniu logo Batmana. Prowadząc skomplikowane negocjacje w atmosferze pod dużą presją – bo jak tu pogodzić oczekiwania walecznej bajki (Młody), z chęcią obejrzenia Krecika (Kropka).

Kiedyś nie miałam pojęcia, że Spiderman to Peter Parker, a Batman to Bruce Wayne, obecnie popkultura daje mi nowe lekcje każdego dnia. W swym wolnym czasie, gdy dzieci śpią potrafię (zamiast zasiąść z książką w fotelu) przescrollować dwadzieścia stron na Allegro w poszukiwaniu idealnych action figures, dinobotów i Lego Ninjago by dzieci mogły dostać wymarzone prezenty pod choinkę. To tylko niewielka część tego, co zrobiło ze mną macierzyństwo. A przecież każda mama ma swoją historię.

Codziennie, wiele razy dziennie przejmujące „pierwsze krzyki” oznajmiają światu pojawienie się na nim nowych dzieci.. i nowych mam! Każda z nich usiłuje jakoś znaleźć swoją niełatwą drogę, przestawiając się z dotychczasowego niedojrzałego „ja”, na pełne miłości „ty”. A w jej oczach pojawia się taki nowy wyraz. Jest to też zmęczenie oczywiście, niewyspanie i balansowanie na granicy obłędu.. ale też coś innego.

Jakaś nowa łagodność. I jakby troska.

 

12 comments

  1. Magda Z. says:

    Pięknie napisane! A frazy, że rodzicielstwo to taka zakulisowa praca i że wraz z dzieckiem rodzi się matka to dla mnie mistrzostwo!:)
    Oj, zdobywamy przy tych naszych Dzieciach wiedzę, o jakiej uczonym nawet się nie śniło… Tak sobie czasem myślę, jakby to było fajnie wystartować kiedyś w jakimś teleturnieju, np. Milionerach, i usłyszeć pytanie za milion złotych: „Jak nazywała się najlepsza przyjaciółka świnki Peppy?”. Pół Polski wykonuje telefon do przyjaciela, a ja, nawet nie wysłuchując wszystkich odpowiedzi, bez zająknięcia się podaję prawidłową odpowiedź.;) PS. Ostatnio wyprodukowałam swoim Szkrabom maski dwójki bohaterów z Ninjago. Radość Dzieci – bezcenna! Piankowe maski to moja kolejna niekonwencjonalna specjalizacja.

  2. e-milka says:

    Agato, jak zwykle tak trafnie to opisujesz. Moja mama, niby taka inna i wyemancypowana, taka nowoczesna, a tez ja miedzy kuchenka a zlewem pamietam. Lubilam tak stawac przy drzwiach i sie jej przygladac, rozmawiac. I wstyd mi teraz – tez rzadko pytalam, czy pomoc. Z reszta, ona czesto wcale nie chciala, bo ja przeciez niezgula, a tu trzeba szybko, bez marnotrastwa, z systemem. I zraniona sie czulam, jak mnie czasem lagodnie, a czasem dosadnie wypraszala, bo chciala byc sama. A przeciez ja tyle do opowiedzenia mialam. Dorosniesz, zrozumiesz. Doroslam, zrozumialam, czasem zal serce sciska, ze juz jej nie moge powiedziec, ze miala racje.
    Z tego niezgulstwa tez wyroslam, dopiero na studiach, po akademikach, stancjach, przekonalam sie, ze umiem gotowac, ba ze nawet umiem calkiem dobrze, choc przeciez z domu wiele nie wynioslam. Teraz mysle, ze chronila mnie troche przed tym zyciem, bo przeciez wiedziala juz, ze nic dyplomy, nic stypendia i tak na mnie spadnie. Ze to nawet nie chodzi o to, ze warunki zewnetrzne, tylko ze ten wewnetrzny perfekcjonizm, ze jak – pierogow nie ulepie, bigosu nie ugotuje, firanek nie obszyje?
    Ale pamietam tez mame z ksiazka na sofie, i pamietam nasze rozmowy o ksiazkach wlasnie, podsuwalysmy je sobie wzajemnie. I teraz zdaje sobie sprawe, jak mloda wtedy jeszcze byla, mlodsza niz ja, kiedy zaczelam „dorosle” zycie. A ta troska – teraz ja nosze w sobie. I choc pozwalam dzieciom pomagac, to przeciez tez je troche „oszczedzam”, bo przeciez wiem, ze nic szkoly, dyplomy, i tak to zycie je dopadnie.

  3. Ach te nowe kompetencje rodzicielskie:) Ja ostatnio specjalizuję się w zaprószaniu ognia na lotniskach, które moje starsze dziecię ofiarnie ;)

    A to wszystko o czym piszesz, ta troska za kulisami, ta najważniejsza na świecie rola, która – jeśli w ogóle – jest doceniona po wielu latach dopiero, ta przemiana w rodzica, to chyba jest najlepsza lekcja z życia.

    • Agata / Ruby Times says:

      Pola, „zaprószaniu ognia na lotniskach”???? wordckcheck chyba Ci zrobił psikusa. Albo ja ciężko kapuję?

      • Mialo byc ze ofiarnie gasi. Ale zaprószaniem, tak tak, mówiłam że niebywałe nowe kompetencje :)
        Synio dostał od Mikołaja letniskowa straż pożarną. I skądś się te pożary muszą brać żeby on mógł je gasić ? czyli ja jestem lotniskowym podpalaczem, a on strazakiem?

  4. At says:

    Wspaniale to opisalas :)twoje teksty zawsze sie przyjemnie czyta, niesamowity masz talent! Moglabys pokazac okladke kolorowanek z flagami ?szukam wlasnie takich ale na allegro nic nie znalazlam. Kropka jest niesamowicie uzdolniona slicznie czyta te literki z nagrania na insta! Geniusz wam maly rosnie

    • Agata / Ruby Times says:

      To kolorowanka z wyd. Olesiejuk „Naklejam i koloruję” Flagi Świata, są jeszcze flagi Europy.
      Dziękuję za miłe słowa :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.