I’m fine

Tak, oczywiście, czuję się dobrze. Dlaczego pytasz? Schudłam? No dzięki, wiem, że schudłam. Nie, nie mam pojęcia dlaczego. Przecież pochłaniam desery przy każdej okazji, i te kawy z pianką nałogowo. Nie, nic mi nie jest.. tak, siwych włosów mam trochę, nie chce mi się ich nawet ufarbować, zima jest, mało z domu wychodzę. Ale nie, to nie ze zmartwień, to genetycznie po linii ojca. Wszyscy tak siwiejemy.

Poza tym uważam, że mam prawo powiedzieć sobie „nie chce mi się”, gdy akurat bardzo mocno nie mam ochoty przejmować się tak trywialnymi pierdołami jak farbowanie włosów. Gdy będę gotowa na zmianę nastawienia, to wezmę się w garść. Ale nie teraz. Czy u mnie wszystko dobrze? Ano dobrze. Że blada? Oj, zawsze byłam blada! Ileż razy wyrywałam się na wagary ze zwolnieniem od higienistki przez tę moją bladość. No i worki pod oczami, tak, jestem świadoma ich obecności. Przed wyjściem z domu paćkam je korektorem i trochę różu na policzki zawsze walnę. Po prawdzie to tak, przyznaję, jestem zmęczona, sama nie wiem dlaczego. Spałam przecież.. no na pewno spałam dziś przynajmniej 4 godziny. A potem jeszcze dospałam z pół godzinki, gdy mąż był w domu, więc całkiem nieźle ogólnie.

Nie, nie robiłam sobie żadnych badań. Myślisz, że powinnam? Obiecuję, zrobię. W tak zwanym „wolnym czasie” ;). To prawda, ostatnio jadam jakby więcej słodyczy. Trzeba zneutralizować te świąteczne paczki z pracy męża,  wypełnione fioletowymi czekoladami – przecież nie dam tego dzieciom! Ale poza tym spożywam naprawdę normalne śniadania i duże obiady. Tak, zdaję sobie sprawę, że ten tryb życia nie jest najzdrowszy, ale chwilowo mam właśnie taki.

Każdy tego potrzebuje. Wytchnienia. Sportu, czy książki, zajmującego hobby.. albo nawet wrzeszczenia z radiem w samochodzie, w samotności. Wyjścia na rower albo rolki. Geriatrycznego lansu z kijkami w parku. Papierosa, blanta, ścieżki koki, no nie wiem.. piwa wieczorem! Każdy potrzebuje jakoś wypuścić emocje z siebie. Odreagować. Ale czasem masz utrudnienie, na przykład takie, że nie możesz wyjść z domu, bo dużo małych, lepkich rączek wraz z poczuciem obowiązku trzyma Cię kurczowo w jednym miejscu.

Nastawiam czajnik elektryczny. Sitko wkładam do dzbanuszka, wybieram rodzaj herbaty.. zielona jaśminowa? Niieee. Coś innego. Może sencha? Nie, nie dzisiaj. Roiboos lemon? Zbyt aromatyzowana. Czarna z cynamonem? No niech będzie. Zalewam wrzątkiem, na dzbanuszek nakładam materiałowy ocieplacz, by nie wystygła. Obok stawiam niedużą czarkę na herbatę. Dookoła chaos. Zwyczajny dzień, biegi, krzyki, upadki i powstania, rewolucje i przewroty, walki mniejsze i większe, dramaty i głupawki. Ot, życie małych dzieci.

Krzątam się, coś tam próbuję robić dla rodziny i domu, a co jakiś czas podchodzę do dzbanuszka, nalewam sobie czarkę herbaty, gorącej, aromatycznej.. wypijam jednym haustem, na wdechu, jak to się niegdyś inne trunki pijało. Oddycham głęboko. Bardzo głęboko. Zdaję sobie sprawę, że to bardzo malutkie – „tyciuchne, tyciutynieczkie”, jakby to powiedział Tuwim – odreagowanie, ale na inne akurat nie mam szans.

Odreagowanie. Gdy jadąc do dentysty na kanałowe leczenie niemal skaczę z radochy, że jestem sama w aucie przez 20 minut. A jadąc z mężem sam na sam coś załatwić, mam wrażenie, że to randka, bo przecież sam na sam to my bywamy .. nie bywamy w zasadzie nawet w sypialni, bo niemowlę śpi z nami! A razem coś załatwić też jeździmy w porywach raz na dwa miesiące, więc z tej radości tak jestem oszołomiona, że nigdy nie wiem co ze sobą zrobić. Czy iść najpierw na dział warzyw, czy może od razu do mrożonek?

W szczęśliwym i zdrowym życiu tkwi pewna drzazga. Zgryzota, wyrzut, rozgoryczenie nawet. Mała, ale bolesna. Kiedy jedynym sposobem odreagowania od codzienności jest ten haust herbaty i kilka głębokich oddechów podczas spoglądania za okno, by odzyskać równowagę.

I tu docieramy do prawdziwego paradoksu, bo mimo tego, że funkcjonuję na granicy obłędu, bezsenności i obłędu z bezsenności, to naprawdę, im więcej myślę, tym częściej nie chcę by coś się zmieniało, by czas tak bezlitośnie pędził do przodu. Zwłaszcza, gdy siedzimy wszyscy przy stole, ja, mąż, Młody (4 i pół letni duży przedszkolak) i Kropka (prawie 3 letnia dziewczynka), i jeszcze Lolek (9 miesięczny człowiek, taki poważny w swoim krzesełku). Gdy siedzimy wszyscy razem myślę jak łatwo skrzyknąć mi teraz całą gromadkę. Wystarczy .. dosłownie krzyknąć. Że jedzenie na stole. Że śniadano podano, albo obiad, a najszybciej się złażą oczywiście, gdy ciasto wjeżdża na stół. I już. Mam ich wszystkich pod ręką, jesteśmy razem, a to takie cudowne uczucie! Czy kiedykolwiek będę mieć równie przemiłe poczucie bezpieczeństwa, gdy będą starsi? Gdy będą brylować na Erasmusach, szlajać się po koncertach, pracować w UK, albo backpackersować gdzieś we wschodniej Azji? Kiedy będę marzyć, by skrzyknąć całą piątkę przy tym stole i wyciągnąć z piekarnika pachnący, pulchny placek, a zdarzy się to może raz w roku, kto to wie?

Coraz częściej takie mam refleksje, a dzięki nim robię się jakby wyrozumialsza na te oblepione od lukru limonkowego ręce, które z drożdżowej bułki upieczonej przez męża teleportują się prosto na kanapę, parapet, dżinsy taty, a potem ponaglone niecierpliwym rodzicielskim głosem zmierzają wreszcie w stronę łazienki. Ale zanim otworzą drzwi muszą jeszcze, cholera, pacnąć otwartą ręką dwa razy. We drzwi. I w ścianę obok drzwi.

„Już chyba nie musisz ich myć” – cedzę przez zęby rejestrując kątem oka błyszczący na ścianie limonkowy lukier.

Znów poranek. Stoję w kuchni w szlafroku. Na opakowaniu napisano „Morning flowers”, zielona. Nasypuję do dzbanuszka, jak zwykle nie do końca potrafię wymierzyć jak tu zalać wodą w temperaturze 70 stopni.

Zalewam na oko, szalona ja!

I już, ocieplacz założony na dzbanek, a ja ruszam asystować mej gromadce w życiu. Za jakiś czas przerwę ten pęd, wyskoczę na chwilę z wiru, w którym wszyscy nieustannie się kręcimy. Stanę przy blacie i wypiję jednym haustem, jakby to była setka wódki. A potem odetchnę głębiej, iskierka obłędu zgaśnie w moich oczach, a zamiast niej pojawi się bardziej dobrotliwy, mamusiowaty wyraz. Przegonię siwiejący kosmyk z czoła, okulary poprawię na bladej twarzy i wskoczę z powrotem w wir codzienności.

Nic mi przecież nie jest. To tylko macierzyństwo.

P.S. Na przedostatnim zdjęciu specjalnie dla Was drobinki kurzu na podłodze. Nie kadrowałam. Niech będzie, że u nas też są.

28 comments

    • Agata / Ruby Times says:

      Dzięki! Niedalej przedwczoraj powiedziałam Mężowi, że chyba się wypaliłam, w głowie pusto, czas zamykać bloga. A wczoraj tak mi się chlapnęło .. :D

  1. Anka says:

    Ale cudnie napisane… Twoje teksty są zawsze świetne, ale tym to już przesadziłaś :) Dziękuję za ten wpis, rozjaśnił mój poranek!

  2. Pięknie to ujęłaś wszystko. I o tym obłędzie i potrzebie wytchnienia, i o tej świadomości, że to teraz jest ten piękny czas, za którym się potem tęskni bagatelizując zupełnie nieprzespane noce i lukier na kanapie.

    • Agata / Ruby Times says:

      O nieprzespanych nocach może się aż tak nie pamięta. O lukrze tym bardziej (chyba że się nie spierze i zostanie z nami for ever;)

  3. Staszek says:

    A mąż wraca od swojego kierata i wpada w domowy kierat dowodzony przez półszaleńca…

    Spoko, my też się wychowywaliśmy w takiej patologii ;-)

  4. Indicativusitd. says:

    Też tak mam! Z dwiema małymi dziewczynkami i sporym psem. I wiesz co? Szalona ja marzę o trzecim dziecku, żeby było nas, tego hałasu i wiru więcej, żeby miłości było jeszcze pełniej. :)
    Tylko schudnąć jakoś nie mogę.

  5. Mag says:

    Współczuję i zazdroszczę zarazem ;) Bardzo podoba mi się styl w jakim opisujesz Waszą codzienność. Życzę zdrowia i wytrwałości :)

    • Agata / Ruby Times says:

      Jedna para też potrafi się dać we znaki. Pamiętam, gdy u mnie była jedna para takich rączek. Nie pamiętam, bym była wtedy bardziej wypoczęta :)

  6. ag says:

    bo ja naprawde lubie czytac to co napiszesz! fantastyczna publicystyka do mojej laktacyjnej herbatki ; ) zawsze w punkt,zawsze genialnie,zawsze lirycznie! pozdrawiam!

  7. e-milka says:

    Ani sie waz zamykac bloga. :) Potrzeba nam tego glosu matki Polki intelektualistki w oparach absyntu codziennosci. Ja tez uwielbiam leczenia kanalowe odkad jestem matka. Albo depilacje u kosmetyczki. Leze sobie albo na pol leze, tylko pozycje mam zmieniac i tak sobie lezymy – ja i moj bol. SAMI. Niestety chudne po ciazach, a potem tyje, bo latwiej mi siegnac po ten batonik niz odprezyc sie w inny sposob. Za to mam wade genetyczna w druga strone chyba – nie siwieje po Babci, wiec nieco czasu i pieniedzy zaoszczedzam. ;)

    • Agata / Ruby Times says:

      nieee, no nie zamknę.. ale wpisy są rzadziej i chwilowo się to nie zmieni. Codzienność mnie jednak poważnie wciąga i absorbuje :)

  8. Aneta says:

    Ze wzg. na swoje doświadczenia, stratę swoich rodziców dość wcześnie, przed 28 rokiem życia, cały czas odczuwam, że nic nie trwa wiecznie. Zawsze to wedziałam, ale wiedzieć a odczuć to na własnej skórze, to 2 różne sprawy. Różnica jest diametralna. Nic nie rwa wiecznie a to kiedy nasze dzieci s a małe to jest taki jednocześnie i piękny, i trudny czas. Mimo, że trudny, trzeba próbować delektować się każdym dniem. Bo on nigdy nie wróci. Każdy etap w naszym życiu jest inny, nigdy nie jest taki sam a jaka wielka szkoda, że nie da się do niczego powrócić.

    • Agata / Ruby Times says:

      Bardzo współczuję tych doświadczeń :(
      Fajnie by było czasem nacisnąć zupełnie jak przycisk na starym magnetofonie, cofnąć trochę czas, docenić to, co było, ale mając już dzisiejszą mądrość i perspektywę.
      A znów przy dzieciach i niewyspaniu perspektywy czasem brakuje.. pewnie będę ją mieć za 10 lat i też będę chciała cofnąć czas do tych wykańczających, ale jednak pięknych chwil.

    • e-milka says:

      Sciskam wirtualnie. Nasz maly bezpieczny swiat tez rozpadl sie za wczesnie. Mialam 22 lata, a Brat byl jeszcze mlodszy kiedy pozegnalismy Mame. I tez zawsze staralam sie przezywac macierzynstwo swiadomie i intensywnie, bo nie wiem, czy dane mi bedzie poznac i nadrobic czas przy wnukach (z reszta, moze bede Babcia, Ktora Juz Swoje Odchowala albo emerytka wieczna studentka na piatym kierunku). Ale to, ze wszystko sie zmienia wiem w makroskali, a mimo to czesto czepiam sie drobiazgow. Moze zeby miec iluzje kontroli, ktorej tak naprawde wcale nie mamy? I przypominam sobie o tym szczegolnie czytajac blog kolezanki, mamy sp. niepelnosprawnego Jacoba (Moments with Jacob), ale przeciez czesto wydre sie na moje zdrowe, w gruncie rzeczy cudowne dzieci, zamiast czuc wdziecznosc. Czlowiek to dziwne, niekonsekwentne stworzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.