Dziecko

Dziecko i edukacja

Dzieci. Małe dociekliwe stworzenia, o niezwykle chłonnych mózgach, łaknące wciąż nowej wiedzy i informacji, niczym paliwa do funkcjonowania. Potrzebujące dorosłych do wyjaśniania pojęć, zawiłości świata i niuansów językowych.

Do tego rodzice – wiecznie zmęczeni, bo hałas, bo bałagan, bo nie ma czasu, bo brak snu.

Marzący o pięciu minutach spokoju, chętnie oddający swoje potomstwo w ramiona alternatywnych opiekunów i pomagający sobie w wychowaniu przy pomocy sprytnych gadżetów. Zbyt zajęci, by uczyć i tłumaczyć. A mali ludzie właśnie najbardziej potrzebują rozmowy i uwagi! Wyjaśnienia o co chodzi w tym pokręconym świecie, jakiegoś komentarza autorskiego, który pozwoli im załapać kontekst przyswajanych treści.

IMGP7122 IMGP7123 IMGP7124

Co dziwne nie tylko rodzice nie doceniają swoich dzieci. Weźmy klasyczny „temat – rzeka”, czyli polski system edukacji.

Być może obiło się Wam o uszy, że do niedawna w przedszkolach obowiązywał.. zakaz nauki czytania! Sam fakt, że uczenie literek nie było obligatoryjne jestem w stanie zrozumieć, ale zupełnie nie pojmuję dlaczego nie można było eksponować pomocy naukowych, na których są litery. Bo dziecko – nie daj Boże – przypadkiem nauczy się czegoś pożytecznego wcześniej? Samo założenie, że mały człowiek jest tak niedojrzały lub nieudolny, że nie może przyswoić kilku literek w wieku przedszkolnym bardzo mnie dziwi. Bo przecież napisy są wszędzie – oglądamy je na kosmetykach, własnych ubraniach, zabawkach, reklamach.. Po co więc ta dziwna cenzura?

„Pac, litejka duze A” – mówi Kropka oglądając krem Nivea. Dwuletnia Kropka!

Młody w jej wieku miał podobną pasję – „czytał” litery z urządzeń RTV, z koszulek i książek, przy czym kilka z nich odróżniał bezbłędnie. Piszę to w czasie przeszłym, bo potem znalazł sobie inne hobby i zapomniał o miłości do alfabetu. Obecnie, na fali zainteresowań młodszej siostry, znów się nim zaciekawił. Moja siostra czytała już w wieku 4-5 lat, bo tak strasznie uwielbiała swój komiks o „Kajko i Kokoszu”, że aż musiała się nauczyć.

Mały człowiek najlepiej uczy się przypadkiem, przy okazji. Obserwując świat, jednocześnie się bawiąc nasiąka wiedzą, bez żadnego „zabierania dzieciństwa” i traumy.

W przedziwnej aurze starego domu uzdrowiskowego w Szczawnicy czytałam moim koleżankom na dobranoc obszerne fragmenty „Rilli ze Złotego Brzegu” L.M. Montgomery. Ostatnią część historii o Ani Shirley wrzuciłam do plecaka przed wyjazdem, bo wszystkie pozostałe przeczytałam już wcześniej. Uwielbiałam tę rudowłosą bohaterkę i atmosferę Wyspy Księcia Edwarda. Drobny szczegół – miałam wówczas jakieś osiem lat, a to przecież lektura dla starszych dzieci. Byłam przeciętnym uczniem, po prostu lubiłam czytać i to niekoniecznie infantylne bajeczki z dużymi ilustracjami.

IMGP7128 IMGP7156 IMGP7174 IMGP7176

To błąd zakładać, że nasze dzieci zrozumieją i polubią tylko prymitywne, jaskrawo-kolorowe treści – maluchy potrafią zaskakiwać swoimi umiejętnościami!

Podczas wizyt u Dziadków Młody ma kilka stałych punktów programu, między innymi oglądanie starej książki o anatomii człowieka (z oszczędnymi ilustracjami) oraz albumów z malarstwem impresjonistów. Że za mało dziecięce? Że nie ma traktorków, kaczuszek i słodkich piesków? Dziecku jakoś nie przeszkadza. Ciocia z Francji sprezentowała Stworom dmuchaną piłkę – globus. Kropka błyskawicznie nauczyła się, gdzie jest Francja i Polska. Początkowo nie mogłam uwierzyć, że to nie są przypadkowe trafienia rączką, ale gdy mała mówi „to jest Polsta” i celuje łapką prosto w Mazowsze to przestaję mieć wątpliwości.

IMGP7204 IMGP7206 IMGP7211

Niewiarę w możliwości własnych dzieci bardzo dobrze widać również w sferze językowej – rodzice zwracają się do swojego potomstwa jakimś specjalnym, uproszczonym językiem.

Zupełnie zapominając, że małe mózgi właśnie teraz są najbardziej chłonne, że te procesory pracują na najwyższych obrotach i bez problemu nauczą się bardziej skomplikowanych treści. My staramy się wysławiać normalnie, „po dorosłemu” (tyle, że bez przekleństw, wiadomo), dzięki czemu dzieci przyswajają sobie różne mądre słówka. To całkiem powszechne usłyszeć z ust Młodego: „ewentualnie”, „zakładając” czy „psypuśćmy”. Kropka żąda czasem „lededanctiej łuntenty” (eleganckiej sukienki) stojąc przy szafie, a na pytanie czy chce galaretkę odpowiedziała niedawno „ociwiście”.

Nie piszę tego, by chwalić się zajebistością własnego narybku. Po prostu wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach z dzieci robi się idiotów. Proces zaczyna się już w domu, a dość często kontynuowany jest przez system edukacji.

Stare bajki otrzymały nowe, uproszczone wersje. Skrócone, opatrzone coraz większą liczbą rysunków, a coraz mniej skomplikowaną akcją. Z przedszkoli znikają alfabety, a wiele podręczników szkolnych bardziej przypomina nalepianki-kolorowanki z „Biedronki”, niż pomoce naukowe. Miałam kiedyś nieprzyjemność pracować z książką do angielskiego dla ośmiolatków – była chaotyczna, jaskrawa, pozbawiona jakiejkolwiek logiki. Z tęsknotą myślałam o naszych podręcznikach, z prostymi podziałami na czytankę, słownictwo, część gramatyczną i dialogi. Może to staromodne i passé, ale przynajmniej ułatwiało przyswajanie sobie wiedzy. Nie wiem jak współcześni uczniowie radzą sobie z uczeniem się z takich źródeł, a może uczenie się jest już niepotrzebne w dobie rozwiązywania testów?

IMGP7222 IMGP7227

Dla małego dziecka nauka jest czymś fajnym, ale – jak zapewne wiecie z autopsji – entuzjazm kończy się zazwyczaj wraz z rozpoczęciem obowiązku szkolnego. I dzieje się to w dużej mierze z winy dorosłych, a często samych rodziców. W przedszkolnej szatni dwie mamy zastanawiały się niedawno czy posłać swoje sześciolatki wcześniej do szkoły, czy nie. Współczuję dylematu, bo sama nie wiem co bym zrobiła w tej sytuacji, jednak znamienna była rozmowa, którą wówczas usłyszałam:

„Mamooo, ja bardzo chcę już iść do szkoły, bo Anka idzie i Zuzka też! Moge iść, mamo, mogę, mogęęęę?” – powiedziała jedna z córek błagalnie.

„No co ty, serio byś chciała do szkoły? – zdziwiła się mama – „kochanie, ale tam już nie będzie tak fajnie i kolorowo jak w twoim przedszkolu!”

„Taaaak!” – podchwyciła koleżanka mamy – „tam już nie ma zabawy, tylko trzeba się uczyć, z nosem w książkach siedzieć!”

„I nie ma takich miłych pań, tylko są NAUCZYCIELE!” – dodała matka takim tonem, jakby co najmniej opowiadała bajkę o złych smokach – „i trzeba robić prace domowe i dużo, dużo się uczyć! Naprawdę tego chcesz?”

Podobno są kraje, w których dzieciaki uważają naukę i chodzenie do szkoły za przyjemność. Przypuszczam, że w tych krajach rodzice nie stosują podobnych technik sabotażowych wobec własnego potomstwa.

IMGP7654 IMGP7661

Nie tak dawno poruszałam temat przyswajania nowych umiejętności oraz wiary w możliwości własnego potomstwa w trochę innym kontekście – czytajcie tutaj.

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

13 komentarzy

  • Reply Martyna Świerczyńska 09/03/2016 at 20:59

    Już dawno nic TU nie komentowałam, ale ciągle jestem- jako cichy obserwator.
    Ten temat jest mi niezwykle bliski- z racji zawodu jaki wykonuję. Niestety to prawda, co gorsza : nauczyciele z przedszkola mają zakaz (dosłownie) nauki czy choćby prezentacji alfabetu, ale kiedy dziecko idzie już do szkoły, to n-el oczekuje, że dziecko będzie czytało lub co najmniej znało literki. Niestety, takie mamy realia, że wszędzie zalewa nas papierologia- dużo się robi, ale nie na temat. Papiery, pisanie planów, scenariuszy, sprawozdań- brak spontaniczności i własnej inwencji. Wszystko pod gotowy szablon i aby się nie wysilić. Podręczniki faktycznie wyglądają jakby jedną istotną umiejętnością wyniesioną z przedszkola miało być odklejenie naklejki z jednego miejsca i przyklejenie jej w inne. Dosłownie.
    Niektórzy n-ele łamią ten bezsensowny zakaz. Ba! Nawet niektóre wydawnictwa oferują książki do przedszkola z wprowadzaniem liter. Trzeba tylko mieć chęci. A prawda jest taka, że naukę czytania należy zacząć już dużo wcześniej. 4-letnie dzieci chętnie będą się uczyły przy wykorzystaniu metody symultaniczno-sekwencyjnej. Lub jakiejkolwiek innej- byleby skutecznej. Taki okres w życiu naszych dzieci już nigdy się nie powtórzy- nigdy nie będzie bardziej „głodne” i „chłonne” wiedzy. Pozdrawiam i cieszę się, że rodzice również zauważają ten problem:)
    PS. Zapis w podstawie programowej :14 obszar, punkt 4)/ interesuje się czytaniem i pisaniem; jest gotowe do nauki czytania i pisania/ można to różnie interpretować- przecież przez aby być gotowym do nauki czytania – zacząć czytać- przydałoby się już znać kilka liter:)
    Pozdrawiam!

    • Reply Agata / Ruby Times 09/03/2016 at 21:11

      Jestem tego samego zdania! Idiotyczne, że w przedszkolach unika się uczenia alfabetu, a w szkole dość szybko się go wymaga. To wszystko powinno być przecież skoordynowane :)
      P.S. Cieszę się, że jesteś, jako cichy obserwator, ale zawsze!

  • Reply Pola - Odpoczywalnia 09/03/2016 at 22:33

    „Każde dziecko rodzi się genialne, a potem idzie do szkoły” Coś w tym jest;)
    W przedszkolach (poza tym durnym zakazem) i tak jest nieźle, szkoła wszystko psuje;) Uczy pod testy, kompletnie nie uczy myślenia. Obcina się godziny matematyki i fizyki, wszystko się upraszcza, zakładając, że to za trudne przecież. I tak mój mąż uczy (na politechnice) studentów którzy w liceum mieli fizykę przez JEDEN rok…
    I masz rację – okropna jest ta tendencja do upupiania dzieci, pieszczotliwe głosiki, krzyczące kolory, bo inaczej się nie zainteresuje…

    • Reply Agata / Ruby Times 12/03/2016 at 01:31

      Nie wiedziałam, że ze szkołą jest aż tak źle :(
      Wygląda na to, że sami musimy nauczyć ich myśleć!

      • Reply Sylwia 16/03/2016 at 14:12

        W pełni się zgadzam – u studentów bardzo często widać skutki obniżanie poziomu na wcześniejszych etapach edukacji. Przychodzą z takimi brakami, że nie bardzo jest jak prowadzić zajęcia, bo nie mają podstaw wiedzy. A że każdy student to kasiorka z ministerstwa, to uczelnie nie są znów tak chętne do wyrzucania (mówię o uniwersytecie będącym zawsze na pierwszej albo drugiej pozycji w krajowych rankingach). I tak się to kręci – zaniżanie wymagań, przekazywanie coraz bardziej uproszczonej wersji materiału i zdobywanie tytułów, które zupełnie nic nie znaczą, bo nie idzie za nimi wiedza. Niestety, mam poczucie, że ten proces ogłupiania, który zaczyna się od przedszkola, ma potem swoje daleko idące konsekwencje.

        • Reply Agata / Ruby Times 16/03/2016 at 19:02

          Przykro to słyszeć :(

  • Reply Ola 10/03/2016 at 15:11

    Zgadzam się z Tobą Ruby. Pozwólmy dzieciom wykorzystać ich potencjał i chłonność umysłu. Sama obserwuje z zachwytem i zazdrością jak moja córka zdobywa nowe umiejętności. Przy okazji, od niechcenia, a czasem wkłada dużo wysiłku i kombinuje aż się jej coś uda. Staram się wtedy obserwować a nie narzucać jej dorosłych schematów i rozwiązań. I też jestem za tym żeby nie ograniczać dostępu do wiedzy, jeśli dziecko chce poznawać literki niech to robi, skoro mu to sprawia frajdę. W życiu jeszcze mnóstwo ograniczeń, zakazów, schematów i procedur przed tymi naszymi dziećmi. Przynajmniej my wspierajmy ich w byciu genialnymi indywidualistami. :)

    • Reply Agata / Ruby Times 12/03/2016 at 01:32

      Czasem ciężko się powstrzymać przed narzucaniem naszych dorosłych schematów, ale oni są tak pomysłowi, że warto się nauczyć czegoś od nich :)
      Pozdrawiam!

  • Reply Karolina 11/03/2016 at 15:27

    Już nie raz słyszałam o tym zakazie w przedszkolu. Kompletnie tego nie rozumiem,nie mieści mi się to w głowie. Naukę liter, czytanie, pisanie i obcowanie z ciekawymi książkami praktykuję w domu. Skoro dziecko już od dawna ma chęci do nauki to dlaczego mam go w tym powstrzymywać lub zniechęcać. Właśnie powinno się rozbudzać zainteresowania , poszerzać wiedzę, a nie tłamsić. Poza tym dlaczego 3-4 latek nie może znać planet, nazw drzew, zwierząt tatrzańskich, ryb, grzybów itd.? Ta wiedza akurat mu w niczym nie zaszkodzi w odróżnieniu od tego czym się teraz nabija dzieciom głowy. W zeszłe lato bardzo często wybierałam się z dzieckiem na przejażdżkę rowerową podczas tych wycieczek śpiewałam mu piosenki, mówiłam wierszyki, wyliczanki w języku obcym. Uczę go mimochodem, przy okazji, w samochodzie w drodze do przedszkola, w drodze powrotnej do domu, na spacerze, na rowerze. U nas to się sprawdza.

    • Reply Agata / Ruby Times 12/03/2016 at 01:33

      Przypadkowe nasiąkanie wiedzą jest najlepsze!

  • Reply Zuzi Clowes 15/03/2016 at 20:45

    Kurczę, rozjuszył mnie ten wpis! Świetny jest, wiadomo, ale ja nie miałam pojęcia o tym przedszkolnym zakazie! Co za bzdura! I ten sabotaż rodzicielski! Wrrr! Choć osobiście jestem zdania że nie ma co przeginać w żadną stronę (bo mamusiek zfokusowanych na performans trzylatków i angielski dla półrocznych dzieci – autentyk – jednakowoż nie rozumiem), ale ZAKAZ CZYTANIA! TA STRASZNA SZKOŁA? Whyyyyy????

  • Reply tynka 23/03/2016 at 14:26

    „Zasłyszane” w szatni ostrzeżenie? Dla mnie jakaś MASAKRA!
    Osobiście uważam, że jak się człowiek decyduje być rodzicem, to ma prawo i obowiązek wziąć na bary te wszystkie oczekiwania i potrzeby dziecka, pomóc mu w rozumieniu świata i rządzących nim praw…
    Jasne, nie jesteśmy superbohaterami z anielską cierpliwością, ale może warto popatrzeć perspektywicznie? To nasze dzieci w końcu :)
    A ich CIEKAWOŚĆ świata, ich pytania to powinien być dla nas bodziec do działania! :)
    Przykład. Z niemal każdej „wyprawy” przywozimy sobie magnesik na lodówkę i dzieciaki (3 i 4 lata) zasiadają z tatą potem przy mapie i im pokazuje gdzie byliśmy. Kojarzą architekturę/krajobraz z danym miejscem. Ze mną np. chodzą na łąkowe zbiory. Z dumą ostatnio słuchałam jak moja czterolatka podaje wujkowi recepturę na herbatę z czarnego bzu i malin oraz baziowe mleko na obniżenie gorączki i złagodzenie bólu gardła ;)
    Zainteresowanie literkami też bardzo wcześnie przyszło. Na chwilę obecną żałuję jedynie, że nie wprowadziliśmy nieco wcześniej „metody krakowskiej”…ale nadrabiamy :)
    Ps. jako matka i pedagog (choć obecnie w stanie spoczynku ;) )w jednej osobie – proponowałabym jednak aby rodzice najpierw dawali przykład swoim dzieciom :) zarówno ze stosunkiem wobec instytucji (szkoła i nauczyciele wcale nie są tacy ble ;) ) czy motywacją do nauki :)
    Jakby nie było! Od dawna wiadomo, że najlepiej się uczy przez przykład! Jeśli dziecko widzi nas z książką, też po nią częściej sięga :) i w szkole nie będzie to wtedy „smutny” obowiązek!
    ech…się rozpisałam ;)
    Pozdrawiam

    • Reply Agata / Ruby Times 23/03/2016 at 17:04

      Masz rację – dobry przykład z góry to najlepszy sposób na dzieci :)

    Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.