Dziecko

Dotyk

O dzieciach nie miałam wówczas zielonego pojęcia, więc przyspieszony kurs macierzyństwa przeszłam w momencie narodzin Pierworodnego. Zupełnie jak w czasach szkolnych na ten sprawdzian poszłam bez przygotowania, bez czytania podręczników i zakuwania po nocach. To położne w szpitalu mówiły jak mam trzymać, pielęgnować, przewijać własne dziecko. Nie było żadnej teorii, tylko od razu zaskakująca praktyka.

I tak pierwsze niemowlę jakie w życiu trzymałam na rękach to było moje własne niemowlę.

Mimo całej niezdarności tych pierwszych kontaktów pamiętam dobrze jedną radę, której złapałam się jak ostatniej deski ratunku. Brzmiała ona tak: „Najważniejsze to dać dziecku dużo miłości, reszta sama przyjdzie”.

IMGP0245 IMGP9876 IMGP9892

Tak więc jakby usprawiedliwiając moją niepewność i brak wprawy skoncentrowałam się na tej miłości. Gładziłam nowonarodzonego po głowie, przytulałam, szeptałam do mikroskopijnego ucha różne miłe rzeczy, mówiłam jak bardzo go kocham. Obcałowywałam po policzkach i brzuszku, masowałam stópki, które z racji słusznych rozmiarów nazywaliśmy „stopiszczami”. Nie wiem, czy to dzięki czułości mój syn był taki wyluzowany podczas pobytu na oddziale poporodowym – nie płakał, nie rozpaczał, oboje wysłuchiwaliśmy conocnych wrzasków innych noworodków, a on i ja byliśmy spokojni, leżeliśmy obok siebie i wzajemnie podnosiliśmy się na duchu.

Potem urodziła się Kropka. Tym razem niepewności było dużo mniej, od razu wiedziałam co i jak, odczytywałam w mig jej życzenia, gdy spała w swoim szpitalnym przezroczystym „akwarium” i nie wybudzając się nawet zaczynała pomlaskiwać pod nosem. Wówczas od razu serwowałam jej mleczny koktajl wprost z natury, przytulając do siebie na szpitalnym łóżku. Ja nie wiem jak to działa, że te łóżka na oddziałach położniczych są takie wąskie, a jednak większość nocy przespałam na nich z dzidziusiami przy boku, nie spadając, nie robiąc dzieciom krzywdy, po prostu leżąc obok, śpiąc, przytulając i karmiąc na zmianę. To chyba jakiś instynkt, że nawet jak śpisz, to śpisz ostrożnie. Kropka również zapisała się na porodówce siłą spokoju, co przecież nie jest takie łatwe, gdy człowiek dopiero zmienił środowisko z wodnego na lądowe, opuścił bezpieczną kryjówkę i musiał zacząć wszystko od nowa w nieznanej rzeczywistości poza brzuchem.

Ale świat zewnętrzny nie jest taki straszny, gdy towarzyszy ci jeden, ukochany, znany zapach. Zapach mamy.

IMGP9881 IMGP9885 IMGP9923

Trzy tygodnie temu urodził się Lolek. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia! Nie był planowanym dzieckiem, zupełnie pokrzyżował nam rozmaite życiowe plany, które wówczas wydawały się najważniejsze na świecie. Jego początki w brzuchu nie należały do łatwych z matką zalaną łzami i wcale nie skaczącą ze szczęścia na widok dwóch kresek na ciążowym teście. A teraz? Teraz nie wyobrażam sobie bez niego życia! Malutki taki, z gładziutkimi ciemnymi włosami, tak delikatnymi, jakby stworzonymi do głaskania. W szpitalu otwierał szeroko swe piękne oczy o kolorze ciemnych szmaragdów, gdy po raz pierwszy masowałam mu brzuszek i gładziłam po głowie. Znam to zdziwienie, tę zaskoczoną minkę mówiącą „jakie miłe uczucie! W brzuchu tego nie było! Ale fajnie!”. Każde z naszych dzieciaków okazywało kiedyś takie zdumienie, które potem przemieniało się w czystą przyjemność z delikatnego, subtelnego dotyku, małych pieszczot o kojącym i relaksującym działaniu.

Lolek, tak jak starsze rodzeństwo, już w szpitalu najwidoczniej czuł się bezpiecznie i szczęśliwie przy mym boku, szybko pokochał przytulanie, masaże stópek połączone z nakładaniem kremu, głaskanie i całowanie.

IMGP9916 IMGP9928

Dlaczego piszę o tym wszystkim? Głównie po to, by uzmysłowić jak wielka jest moc dotyku!

Jakie zbawienne działanie może mieć – uspokajać, relaksować, dawać poczucie bezpieczeństwa już na tak wczesnym etapie życia! Może pomagać budować więź na całe życie, dzieciaki potrzebują go jak tlenu. I – co ciekawe – dzięki dotykowi w ich mózgach tworzy się więcej i więcej połączeń neuronowych. Przytulane dzieci są nie tylko inteligentniejsze, ale też lepiej rozwijają się fizycznie i psychicznie, mają większe zdolności poznawcze, adaptacyjne i oczywiście emocjonalne.

Ale nie to jest najważniejsze, bo przecież nie głaszczę swoich dzieci po to, by były mądre! Ta potencjalnie większa ilość nerwowych połączeń i inteligencja to tylko skutki uboczne. Przytulam, głaszczę i codziennie mówię, że kocham, bo.. bo nie wyobrażam sobie po prostu, że można inaczej. Nie znam innego sposobu na bycie mamą, nauczyłam się tylko takiej wersji rodzicielstwa. I mimo błędów, sukcesów wychowawczych przeplatanych spektakularnymi porażkami, dzieciaków, z których jestem dumna, ale też czasem świecę za nie oczami.. mimo wszystko uważam, że to jedyna sensowna droga.

Nie dorabiam do niej żadnych ideologii, nie oblekam w nazwy metod wychowawczych, nie podpieram się autorytetami znanych pedagogów czy psychologów dziecięcych. Po prostu.. przytulam.

IMGP9933 IMGP9948 IMGP9939 IMGP9942 IMGP9931 IMGP9924 IMGP9894 IMGP0248 IMGP9900

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

8 komentarzy

  • Reply Justyna 10/05/2016 at 17:05

    Ale piękny wpis 😊 Mam 4 miesięczną córcię, też sobie postanowiliśmy z mężem, że będziemy ją tulić, całować i mówić że kochamy :)…. choć nam mówili „nie noś jej tyle” i „odkładaj do łóżeczka”. Nie ma nic przyjemniejszego niż mały pyszczek, który uśmiecha się na widok mamusi ☺️

    • Reply Agata / Ruby Times 11/05/2016 at 08:20

      Dziękuję, gratulacje :***

  • Reply Dominika 10/05/2016 at 19:10

    Cudowny wpis! Moja córeczka też uwielbia bliskość i przytulenie:) I przy kolejnym maluszku pewnie będę miała więcej śmiałości w głaskaniu już od pierwszych chwil:)

  • Reply kasia od Blizniakow 10/05/2016 at 21:36

    Piękne☺☺☺ dużo przytulania Wam życzę☺☺

    • Reply Agata / Ruby Times 11/05/2016 at 08:20

      I wzajemnie :*

  • Reply Kinga M. 11/05/2016 at 07:43

    „Nie dorabiam do niej żadnych ideologii, nie oblekam w nazwy metod wychowawczych, nie podpieram się autorytetami znanych pedagogów czy psychologów dziecięcych. Po prostu.. przytulam.”

    Dokładnie jak ja.

    Wpadłam, rzecz jasna, w powielane zdania „nie noś, bo przyzwyczaisz”, „dziecko MUSI spać w łóżeczku” itp.
    Kiedy tak próbowałam po raz setny odłożyć Mieszka do łóżeczka, a on z wbudowanym czujnikiem wysokości od razu to wyczuwał, kiedy traciłam cierpliwość do siebie i do niego, nagle, przysięgam, NAGLE mnie olśniło! Po co? Czy po to pragnęłam mieć dziecko, by słodko spało w łóżeczku samo? By płakało ale ja muszę to koniecznie lekceważyć, bo przyzwyczaję? Basta! Z całą mocą zaczęłam współpracować z intuicją… Nosiłam, przytulałam, spałam.. I doszłam do „odkrywczego” wniosku. „Nie noś bo PRZYZWYCZAISZ” to głupota jakich mało… Przecież takiego bąbla trzeba raczej „odzwyczajać” od noszenia, jak już coś.. Przecież on innego stanu rzeczy nie zna… Prawda? Więc jak ktoś, kto ma w domu noworodka i kiedy niepewna mama słyszy od kogoś „bo przyzwyczaisz” buntuję się każdą komórką swojego ciała i zawsze powtarzam „nie trzeba go przyzwyczajać, on tylko to zna”.

    Dzięki za ten post. Bo uświadomiłaś mi coś bardzo ważnego. Dotyk. Nic tak jak dotyk nie potrafi uspokoić, ukoić i dać szczęście. Przytulajmy więc ile się da! :-)

    PS: Lubię takie wpisy (na te o książeczkach już nie wchodzę… ;-) )

    • Reply Agata / Ruby Times 11/05/2016 at 08:19

      Właśnie tak – maluchy nie znają nic innego, więc trzeba im pomóc oswoić nowy świat, zamiast odrzucać od samego początku :)
      Mówisz, że książeczki już omijasz ? (haha:)

  • Reply Magda Z. 12/05/2016 at 13:47

    Ja nie tylko uwielbiam przytulać swoje Dzieci, ale też… uwielbiam SIĘ do Nich przytulać! Przecież to coś, z czego przyjemność czerpią obie strony.:) Nawet teraz klikam, a mający już prawie pięć lat Synek wgramolił się na moje kolana z tekstem: „Chcę się przytulić…”:)
    A gdyby ktoś potrzebował naukowych dowodów na to, jakie przytulanie jest ważne, niech odwoła się do wyników eksperymentu przeprowadzonego przez uczonych (pewnie amerykańskich, bo jakich innych?;)), o którym przeczytałam daaawno temu, ale wywarł na mnie takie wrażenie, że pamiętam o nim do dziś. Otóż wspomnieni naukowcy zamknęli małe małpki z pluszową małpą-maskotką, która nie miała do zaoferowania nic poza tym, że była miękka i przytulna, oraz z małpą z drutu, która miała zainstalowany dystrybutor z mlekiem. Nie muszę chyba dodawać, że małe małpiątka cały czas spędzały przy pluszowej „mamie”, a do tej drugiej szły tylko po to, by napełnić brzuszki…:) Od razu widać, jaka jest nadrzędna potrzeba!:)

  • Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.