Codzienność

Ciężko!

Zaczynam narzekać. Stękać, kwękać, wkurzać się na wszystko i tracić cierpliwość w mikrosekundę, jednocześnie usprawiedliwiając, że przecież chyba już mi wolno miesiąc przed planowanym rozwiązaniem.

IMGP8145 IMGP8156

Kulistość, którą targam ze sobą wszędzie, przytłoczyła już doszczętnie resztki mojej osobowości i powoduje, że przypadkowi przechodnie spoglądają mi najpierw w brzuch, a dopiero potem w oczy. Jestem zdominowana ciążowo zarówno w sferze psychicznej, jak i fizycznej, co objawia się na wiele różnych sposobów.

Syndrom wicia gniazda, level hard.

Znoszę te wszystkie patyczki, piórka i gałganki, układam w gniazdku, poprawiam dzióbkiem, dokładam, przyglądam się krytycznie, myślę co by tu jeszcze. Listy robię potrzebnych rzeczy i coraz częściej dochodzę do wniosku, że duża rodzina i dziecię w drodze totalnie nie sprzyjają minimalistycznym zachowaniom. Listy wózków, wanienek, łóżeczek i rożków zdają się nie kończyć, w przeciwieństwie do budżetu.

Syndrom „pregnancy brain” – postępujący.

„Ciążowy mózg” to nie mit, fizjologicznie udowodnione jest, że ów organ obkurcza się w czasie dziewięciomiesięcznego noszenia potomka w brzuchu. Teoretycznie nie powinno mieć to wpływu na sprawność umysłową, ale mam co do tego poważne wątpliwości, gdy znajduję torebkę z (surowym!) ryżem w lodówce, albo gdy wsiadając do auta zapominam wrzucić wsteczny i w ostatniej chwili przypominając sobie, że zaraz pojadę do przodu, prosto w mur. Albo gdy ruszając spod przedszkola zaczynam się nagle zastanawiać gdzie ja mam kierunkowskazy w pojeździe (którym jeżdżę od trzech lat..).

Co tam ciąża – nie będę się przecież nad sobą użalać!

Tak myślałam do tej pory i byłam całkiem dzielna. Dwójka zuchów, praca zawodowa przez cały drugi trymestr, zarządzanie domem, prowadzenie bloga, ostatnio jeszcze remont. I jakoś dawałam radę – przecież ciąża to nie choroba! W temacie gospodarstwa domowego jedyne utrudnienie jest takie, że moje wymagania higieniczno – estetyczne jakby się wyostrzyły. Mówię tutaj o irytacji, gdy o ósmej rano do sypialni wpada wiązka słonecznych promyków.. przez skrajnie usyfioną szybę drzwi balkonowych, a mnie nie wystarcza zwyczajowe zasunięcie rolety, tylko w piżamie i szlafroku z wiadrem w dłoni ruszam to-to szorować.

Wniosek? Ciąża jednak zdecydowanie jest chorobą. Psychiczną chorobą.

IMGP8161 IMGP8167 IMGP8171

Byłam dzielna, ale z czasem zrobiło się ciężko.

Odpowiadać na wyśrubowane wymagania potomstwa: mamo, a wyciągniesz mi piłkę spod szafy? Mamo, a pomożesz mi zebrać klocki? Mamo, podasz mi miecz? Cholera jasna! W ostatnich tygodniach przed rozwiązaniem człowiek schyla się specyficznie, z dygnięciem i komicznie rozkraczonymi nogami, z pozą pozbawioną gracji i uroku. Do kompletu z uroczym sapnięciem / stęknięciem godnym osiemdziesięciolatki i efektami dźwiękowymi w postaci szurania brzuchem o dywan. I tak właśnie.. pięćdziesiąt razy dziennie.

Bullshit.

W jednej z książeczek moich dzieci na temat pojawienia się rodzeństwa jest taka propaganda, jak to starsze dzieci pomagają ciężarnej mamie, przynoszą jej kolację (gdy owa rodzicielka odpoczywa.. NA KANAPIE!!!), okrywają kocykiem, starają się zachowywać cicho, a wieczorem same sprzątają swoje zabawki, by jej ułatwić życie. Czytam moim Stworom, spoglądam ze znaczącą miną, chrząkam.. podkreślam intonacją odpowiednie fragmenty tekstu, robię wielkie oczy, ale.. jak grochem o ścianę. Nie trafia! Nikt mi na kanapę kolacji nie przynosi! W sprzątaniu zabawek też jakoś nie mam forów, a poziom decybeli w domu jest taki, że mały Lolo, jak już się urodzi, będzie pewnie spokojnie zasypiać na dworcu kolejowym w centrum miasta w godzinach szczytu.

Artyści.

Zupę jedzą buraczkową, na stole zostawiając niemal akwarelowe wzory. Zmywam więc stół po raz setny tego dnia, zerkam na podłogę, gdzie kolejne akwarele, krople, koła i inne buraczkowe elementy. No to stękam i pod stół nurkuję na kolanach z tym brzuchem i ścierką i dawaj niszczyć dzieła sztuki! Tymczasem moje Gaugin’y i Renoir’y już daleko od miejsca twórczego aktu, pędzą odkrywać nowe przestrzenie do swojej działalności artystycznej, a matka powłócząca brzuchem ledwo nadąża. Ostatnio nie zdążyła – co skończyło się powstaniem Wielkich Fresków W Dziecięcym Pokoju oraz niemniej Wielkim Gniewem Matki.

Przedszkole wydaje się być wybawieniem w tej sytuacji.

Niby daje sześć godzin operacyjnych w towarzystwie tylko jednego Stwora, ale za to starszaka trzeba tam najpierw zawieźć, a potem przywieźć z powrotem. Nawet nie wiesz kiedy te sześć godzin mija, ale jedno jest pewne – zazwyczaj dokładnie wtedy, gdy zdążysz rozwiesić pranie i skończysz gotowanie obiadu. I już, trzeba pakować się do auta – niedużego auta podkreślam – razem z nieodłącznym brzuchem, wciskającym się w kierownicę i ruszać w drogę.

W przedszkolnej szatni.

Taki tytuł dałam kolejnej odsłonie dramatu. Młody jak już usiądzie na ławeczce i rozdziawi buzię, to mógłby tak siedzieć godzinę w jednym kapciu, nie pamiętając, po co tu w zasadzie przyszedł. Zgrzana matka w ledwo dopiętym płaszczu musztruje, przypomina, pomaga kucając obok z nieopisaną gracją. Stękając oczywiście i sapiąc. Potem jeszcze trzeba zapakować Stwora do auta, znaczy podnieść słodki, czteroletni ciężar w tej kurtce zimowej i buciorach, umieścić w foteliku, pomęczyć się z pasami w pozycji pochylonej z nieco zdenerwowanym już brzuchem, tylko po to, by po kilku minutach powtórzyć całą operację pod własnym domem.

Jedna taka wyprawa sprawia, że wracająca do domu matka jest strzępem człowieka. A co dopiero mówić o poważniejszych życiowych wyzwaniach, jak na przykład utrzymanie się na nogach o godzinie dwudziestej, gdy na owych nogach musisz się trzymać od siódmej rano. Nie zawsze się da na tym etapie, mówcie co chcecie.

IMGP8181 IMGP8185

Narzekam więc coraz bardziej. Głośno narzekam.

Każdemu kto chce słuchać i nieopatrznie mi zada kurtuazyjne pytanie co tam słychać i jak sobie radzę do tej pory mówiłam, że „spoko”, ewentualnie że „trochę zmęczona jestem” albo, że „ciąża jak ciąża” i jeszcze, że „nie bardzo zauważam różnicę, bo to taki standardowy stan w moim życiu”. Obecnie się to zmienia. Jeśli już ktoś pyta wywalam na niego całą trzeciotrymestrową żółć, że się czuję jak ten wieloryb na plaży, którego ekolodzy spychają z powrotem wgłąb akwenu wodnego, i ogólnie że fizycznie, psychicznie, i pod wszelkimi innymi względami jest zasadniczo CIĘŻKO!

IMGP8191

Ciężko! (sapnięcie).

Muszę przyznać, że trochę to pomaga. Tak sobie ponarzekać, wkurzyć się, zdenerwować, poużalać nad sobą. Czuję nawet coś w rodzaju ulgi, że nie muszę być wszechogarniającą super-babką, tylko tym niezmiernie niewyspanym, zmęczonym i poirytowanym wielorybem, któremu nic się nie chce. Nawet jeśli dzień później wyśpię się nieco bardziej i zdam sobie sprawę jakie szczęście mam w życiu, i nawet przyjdzie jakiś wyrzut sumienia, że przecież zdrowe dzieci, i dach nad głową, i nie ma wojny, więc przestań się, wielorybie, użalać nad sobą! Ale nie byłoby tego opamiętania, ani wdzięczności wobec losu, gdyby człek alias wieloryb nie wpadł najpierw do kubła z czarną rozpaczą.

Może więc warto tam czasem wpaść. Czysto terapeutycznie. A potem popłynąć sobie dalej.

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

30 komentarzy

  • Reply Zuzi Clowes 15/03/2016 at 18:32

    Story of my life! Minus przedszkole.

    Dajesz Maleńka, już niedługo! xxxx

    • Reply Agata / Ruby Times 15/03/2016 at 21:56

      Wiem! Wtedy to dopiero będzie :)

  • Reply Martyna 15/03/2016 at 19:40

    Jeszcze tylko trochę i Ci te kanapki przyniosą, kocykiem okryją :) Wielokrotnie pisałam i raz jeszcze napiszę: zazdroszczę! :) Marzę o takim domu, o trójce dzieci, o super mężu, który zmęczony po robocie jeszcze chatę będzie remontował. Mnie się stan panieński z facetem już znudził, ale co zrobić, kiedy drugiej połowie jeszcze nie…? Ty byś pewnie chwilowo chciała mojego stanu, a ja Twojego – takie życie, ale ponarzekać trzeba :) I tak jestem pełna podziwu, że Ty przy tym wszystkim masz jeszcze czas, siłę i chęci pisać tutaj.
    Trzymaj się! Dużo mocy :)

    • Reply Agata / Ruby Times 15/03/2016 at 22:01

      Wielkie dzięki :)
      No właśnie teraz sobie pomyślałam, że męża akurat mało w tym wpisie, co zwiększa dramatyzm sytuacyjny. Chociaż pewnie jest trochę nie fair względem męża. To pewnie dlatego, że tekst pisałam na fali, gdy akurat miał cztery dniówki (długie, dziesięciogodzinne plus dojazdy), pod rząd. Bo przecież, gdy jest w domu to jest zupełnie inaczej. Bierze na klatę wielką część obowiązków, z obiadem, z zawożeniem do przedszkola i zbieraniem klocków włącznie. No ale dzisiaj pozwoliłam sobie na bycie „drama queen” :) Kto ciężarnej w 36 tygodniu ciąży zabroni? :D
      Pozdrawiam!

  • Reply Pola - Odpoczywalnia 15/03/2016 at 20:38

    Agata, dajesz radę dzielna Kobieto (miałam napisać, że jesteś wielka, ale może zostałabym źle zrozumiana;) ) Za każdy kolejny dzień gdy tak wspaniale dajesz radę, należy się medal:)
    Może zrobi się trochę cieplej, przynajmniej będzie mniej warstw do nakładania
    (a zapinanie dzieciaków w fotelikach z ich zimowymi wdziankami i bez brzucha potrafi nieźle wyprowadzić z równowagi, więc rozumiem i chylę czoła)

    • Reply Agata / Ruby Times 15/03/2016 at 22:02

      Spoko, możesz pisać, że jestem wielka. Kropka sugerując dziś zabawę zwróciła się do mnie tymi słowy:
      „Mamo, mozes być MAMUTEM?”
      MAMUTEM! Czaisz?
      :D

      • Reply Pola-Odpoczywalnia 16/03/2016 at 08:55

        Ja ostatnio byłam wężem i hipopotamem, nie wnikam w przyczyny;)

        • Reply Agata / Ruby Times 16/03/2016 at 12:06

          No to dorzucę jeszcze brzydką ropuchę z „Calineczki”. Tu już w ogóle wolę nie wnikać :D

  • Reply Justyna 15/03/2016 at 21:34

    Mam to samo….:) i najtrafniejsze słowo na określenie sytuacji to właśnie „ciężko”. Trafione w punkt.

  • Reply lucy es 15/03/2016 at 22:11

    OOO tak! Ja już zaniechałam samodzielnych wypraw z Zołziną autem. No nie wsadzę jej w fotel bez kontuzji. A jak chce żeby jej wyjąć zabawkę spod kanapy, to jej zdjęcia w telefonie pokazuję.

    • Reply Agata / Ruby Times 15/03/2016 at 22:38

      Spoko patent. Odwrócić uwagę :)

  • Reply ania 16/03/2016 at 12:06

    Ciesz się 500+masz:)))

    • Reply Agata / Ruby Times 16/03/2016 at 19:07

      Haha :) No pewnie mam, akurat na pieluchy :D

  • Reply radoSHE 16/03/2016 at 12:42

    Agata. Jesteś dla mnie organizacyjnym mistrzem, guru i idolem! Serio! Ale to jest ten moment kiedy możesz, powinnaś, musisz ponarzekać i się z sobą popatyczkować ;) Gdy sobie tak wizualizowałam ten przebieg Waszego dnia, uświadomiłam sobie, że wpinanie dziecka w zimowej kurtce do fotelika, będąc przy tym w zaawansowanej ciąży, to jakiś kosmiczny mission imposible! A Ty robisz to każdego dnia! Spociłam się od samego czytania! Trzymaj się, już niedługo :)

    • Reply Agata / Ruby Times 16/03/2016 at 19:05

      Nooo, nie do końca każdego dnia – spoko, luz, jak mąż ma sprzyjające zmiany, to udaje mi się tego uniknąć, ale gdy pisałam ten tekst, akurat trafiły mi się cztery takie dniówki pod rząd. Brrr.

  • Reply Donna L. 16/03/2016 at 20:41

    Jak to mówią – wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Z drugiej strony mówią jednak, że minuta to pojęcie względne, zależne od tego, po której stronie drzwi od toalety się znajedujesz. Mam wrażenie, że znajdujesz się po tej drugiej stronie, gdy czas się ślimaczy, wyzwania piętrzą, a każda aktywność to zdobywanie codziennie Everestu etc. Jesteś po prostu zmęczona. Niby ciąża to nie choroba, ale skądś się nazwa „ciąża” wzięła. Mój szerlokowski umysł podpowiada mi, że to wcale nie z powodu tego, że przed 9 miesięcy kobieta czuje się fantastycznie, fit, i ogólnie kwitnąco. Choć akurat gdy patrzy się na Twoje zdjęcia można odebrać mylne wrażenie, że wyszłaś właśnie ze spa, a ciąża jest dla Ciebie stanem błogości i wewnętrznego spokoju. Trzymam kciuki i pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem, nie robotem, masz prawo do zmęczenia.

    • Reply Agata / Ruby Times 16/03/2016 at 20:46

      Psst, zdradzę Ci tajemnicę: te zdjęcia są zrobione przed wyjściem do kawiarni. Czyli, gdy mąż był w domu, a żona miała czas na kąpiel, make up i ułożenie włosów. Także ten.. moja codzienna stylówa daleka jest od „właśnie wyszłam ze spa”, ale przecież nie będę się wtedy fotografować :) Niemniej wielkie dzięki za miłe słowa :*

  • Reply kejt 17/03/2016 at 11:10

    Oj rozumiem, rozumie, rewelacje trzeciego trymestru przede mną, ale pierwszy daje mi popalić mdłościami non stop, jakimś dziwnym katarem, bólem głowy, zasypianiem w tramwaju w drodze do pracy itd. A miało być tak pięknie :P

    • Reply Agata / Ruby Times 17/03/2016 at 22:49

      Cooooo??? Ja nic nie wiedziałam !!!! <3

  • Reply kejt 18/03/2016 at 11:14

    Serio? Nie jesteś social media ninja :P Ale poszłam za blogerską modą, bo ja mam instynkt stadny ;))

    • Reply Agata / Ruby Times 18/03/2016 at 13:23

      No tak – wysyp niemowląt się szykuje w blogosferze :)
      Ale fajnie, bardzo pozytywna wiadomość :D

  • Reply No.2 19/03/2016 at 11:39

    Nie narzekaj ;) dostaniesz 500+ na dwójkę – będzie na terapię ;) A tak serio to narzekaj ile chcesz. Jesteś dzielna, bardzo dobrze zorganizowana – a mówię to ja – mistrzyni starej, żydowskiej zasady kozy (jak masz dużo na głowie postaw sobie w kuchni jeszcze kozę vel dowal sobie jeszcze bardziej, a jak ją wyprowadzisz to trochę odetchniesz). Potem, po rozwiązaniu będzie Ci przecież tylko łatwiej :) (Keep tellin’ yourself that Darling, jak mawiał Jack Sparrow)

    • Reply Agata / Ruby Times 19/03/2016 at 16:57

      Dzięki :D

  • Reply Helen 19/03/2016 at 22:05

    Również podziwiam. W zaawansowanej ciąży kobieta obsługuje dwójkę dzieci i jeszcze pisze bloga i piecze ciasteczka, cia-ste-czka! No ludzieeeee idę się biczować… albo może coś upiekę zamiast kar cielesnych ;)
    P.S. Patrząc na zdjęcia na Insta, dochodzę do wniosku, że będzie tu potrzebna trzecia ręka, bo obydwie zajęte są już dziećmi… Tylko kiedy ona zdąży urosnąć??? No kiedy?

  • Reply Asia 21/03/2016 at 10:23

    Miło poczytać, że człowiek nie jest sam w tym wszystkim i są na świecie kobiety, które mają identyczne problemy :) Jakoś tak lżej na sercu. Co prawda ja mam tylko jednego dwulatka w domu, 36 tygodni ciąży za sobą, ale jak czytam o wciskaniu bobka do fotelika to, aż mi się sama gęba śmieje. Nie tylko ja uważam za wyczyn, uniesienie tej małej kluski na wysokość 30 centymetrów :)

    • Reply Agata / Ruby Times 21/03/2016 at 17:18

      Bo to jest wyczyn! :) Dzielne my!
      Pozdrawiam

  • Reply tynka 23/03/2016 at 09:43

    Dzielny „wielorybek” :)

  • Reply Marta 13/04/2016 at 12:22

    A moich narzekań nikt nie chce słuchać i frustruje mnie dosłownie wszystko! Dziewiąty miesiąc daje popalić jak żaden wcześniejszy. A dziecko będę mieć pierwsze, więc nie wyobrażam sobie, jakbym w tym stanie miała jeszcze dwójkę oporządzić… Podziwiam Cię! Mózg zdecydowanie mi się obkurczył, bo już nawet próbowałam jeść zupę widelcem… A dziwne rzeczy schowane do lodówki (dlaczego to zawsze jest lodówka?) to już norma :D

    • Reply Agata / Ruby Times 13/04/2016 at 19:32

      Dlaczego lodówka? Bo nasze życie krąży wokół kuchni :D :D

  • Reply mamamagda 29/09/2016 at 20:17

    Usmialam sie nieźle 😊 świetnie napisane i ujęte w pigułce jak ja sie czułam pod koniec ciąży kiedy starszy miał 22mce. Dodatkowo bylo to chyba lato stulecia i temperatury w okolicach 34 stopni w cieniu prze dwa ostatnie miesiące nadawaly sytuacji dodatkowego dramatyzmu😊 bylo, minelo i, chociaż na razie podziekuje za niemowlaki w najbliższym czasie, to przestalam sie zarzekać ze juz nigdy , przenigdy i w ogóle” szanowny malzonku nie zbliżaj sie do mnie” 😉😆

  • Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.