Podróże, Styl życia

Camping z dziećmi – garstka refleksji

Mniej więcej rok temu zdecydowaliśmy się na pierwszy w życiu kredyt hipoteczny. Zakupiony przez nas dom okazał się bardzo gustowny, wykonany w całości z materiału w kolorach ziemi. Kupiliśmy go na raty zero procent na Allegro, wybraliśmy porządny, konkretny i na lata. Na wiele szczęśliwych lat rodzinnych.. wyjazdów.

Tytuł wpisu jest celowy.

To nie będą „porady” ani „cenne wskazówki”, ani tym bardziej „15 rzeczy, które musisz wiedzieć zanim pojedziesz z dziećmi pod namiot”. Nie mam takiej wiedzy i doświadczenia w temacie, by komukolwiek radzić, a specjalistów w tej dziedzinie znajdziecie między innymi tutaj:

Odpoczywalnia

Dla rodziny Poli camping to chleb powszedni, a nie chwilowa moda (a coś na kształt mody namiotowej ogarnęło w tym sezonie social media. Nie wiem czy zauważyliście). Dzięki rekomendacji męża Poli kupiliśmy zresztą nasz namiot (Coleman Ridgeline 6 Plus), to on przekonał nas, że warto zapłacić więcej za przemyślane rozwiązania, lepszą wytrzymałość, gwarancję odporności na ogień i inne ważne rzeczy, które nie przyszłyby mi do głowy (bo patrzyłam głównie na kolor).

Nadszedł taki moment, gdy powiedziałam, że mam już poważnie dosyć tego, że kolejne wakacje siedzimy w domu.

Od kilku lat przed podróżami powstrzymywały nas głównie kwestie finansowe. Logistyczne może trochę też, bo trójka małych dzieci to jednak trójka małych dzieci, ale tak naprawdę zawsze chodziło tylko o jedno. O kasę. A raczej o jej stały, nudny, niekończący się deficyt. W końcu doszliśmy do wniosku, że mając namiot możemy być panami świata, a przynajmniej Europy, a przynajmniej południowej Polski. Plan ten może pokazywać ogrom mojej  podróżniczej desperacji, bo..

„Campingową dziewczyną” przestałam być dawno temu.

Mniej więcej w tym samym okresie, w którym przestałam być de facto dziewczyną. Chociaż w dzisiejszych czasach kurtuazyjnie określają się tak zarówno trzydziestki i czterdziestki, to spójrzmy prawdzie w oczy – lata dziewczęce już raczej za nami :).

W pewnym momencie życia rozbijanie obozowisk znalazło się w kategorii „przeszłość”, a plecak z dwoma komorami i stelażem zastąpiła zgrabna walizka na kółkach. Nie wiem jak to wytłumaczyć, na co zwalić winę. Ale stało się to mniej więcej wtedy, gdy skończyłam studia, wyjechałam za granicę pracować w banku. Moje życie zmieniło się dość mocno. Jednego dnia siedzisz w Cieszynie w spodniach moro i punkowej koszulce, na głowie masz fryzurę zrobioną przez kumpelę po wypiciu wina, a następnego dnia kupujesz szpilki, koszule i piękny rozkloszowany czarny płaszcz z wielkimi guzikami. Pracujesz w biurze. Na wakacje jeździsz.. wprawdzie po europejskich hostelach i niedrogich hotelikach, ale z suszarką, kosmetyczką wypełnioną makijażem i zestawem ubrań na śniadanie i osobnym na kolację. Ot, taka spektakularna metamorfoza.

W przeszłości robiliśmy coś, co obecnie określa się modnie jako „travel light”. Tyle że w wersji „hardcore”.

Travel Hardcore Light

Zabierało się minimum rzeczy – blaszany kubek i grzałka zastępowały wyposażenie kuchenne. Po górach wędrowało w dziurawych glanach i sztruksach, mało kto miał profesjonalne obuwie i „odzież trekkingową”. Pamiętam jedne wakacje, podczas których zrezygnowaliśmy z karimat, by zmniejszyć obciążenie. Górskie kamienie wbijały nam się w plecy, bo miejsce biwaku nie było akurat mięciutką łąką. Codziennie wieczorem należało się więc odpowiednio znieczulić trunkami, by w nocy móc się wyspać. Generalnie wszystko było pod hasłem „na przypale, albo wcale”.

„Wcale” nie wchodziło wówczas w rachubę, więc nie było wyboru.

Wszystkie te sympatyczne, acz zamglone wspomnienia młodości spowodowały, że namiot kojarzył mi się ze sportem ekstremalnym, dla którego nie przewidywałam miejsca w obecnym życiu, i to jeszcze z dziećmi! Tymczasem wystarczy podejść do sprawy inaczej, wykreślić „przypał”, dodać szczyptę komfortu i camping ze sportu ekstremalnego zamienia się w miłą, rodzinną rozrywkę. Na bezpiecznym, dobrze wyposażonym polu namiotowym. Z dostępem do prądu i czystą łazienką.

Mówiąc szczerze na polu namiotowym czułam się o wiele bardziej wypielęgnowana niż w domu, bo mogłam zostawić męża z dziećmi i iść SAMA na dłuuugi prysznic, podczas którego nikt mi nie przeszkadzał. Tylko po powrocie do obozowiska dostawałam czasem mordercze spojrzenie, telepatycznie krzyczące do mnie: „co tak długo?”, ale kto by się przejmował.

Tym razem zamiast „travel hardcore light” uzyskaliśmy bizantyjskie wręcz „travel hardcore heavy”.

Braki w profesjonalnym sprzęcie uzupełniliśmy ochoczo i obficie tym, co znaleźliśmy w domu, lub co udało nam się pożyczyć. Uznaliśmy, że dobrze będzie pojechać, poobserwować inne obozowiska i wyciągnąć wnioski co warto kupić w przyszłości. Doskonalić nasz obóz z czasem o praktyczne sprzęty, a nie wydumane gadżety. Bo czytałam w tym roku teksty blogerów, którzy tak jak my wyjechali pod namiot pierwszy raz i już są ekspertami, zachwalają niezbędne karimaty za  200 zł i stoliki z krzesłami za 500. No comment.

Zainwestowaliśmy w zasadzie w namiot i śpiwory. Poza tym pożyczyliśmy wieeelkie materace do „pokoju” dzieci (zajęły pół bagażnika), zabraliśmy domowe koce, narzuty i poduszki, by było nam wygodnie, lampiony zgarnęłam z balkonu, kuchenki nie mieliśmy wcale, tylko czajnik (bo było przyłącze elektryczne). Wzięłam też zwyczajną metalową lampkę nocną, jako dodatkowe oświetlenie na wieczór.

Całą rodziną jesteśmy przyzwyczajeni do pikników na kocu, myślałam więc, że meble będą niepotrzebnym balastem. Koleżanka doradziła mi jednak zabranie ich i faktycznie – to ma sens. Dzieci wstają bardzo wcześnie, rosa zalega na trawie, od gruntu ciągnie. Zabraliśmy nasze składane krzesła z balkonu oraz stolik Lack z Ikei (ten za 30 złotych), odkręciliśmy mu nogi, by zmieścił się w aucie. Na miejscu, przy śmietniku (!) znalazłam prawie nowe krzesełko wędkarskie w biało-zielone paski i pożyczyłam na pobyt :). Koleżanka, z którą pojechaliśmy, zabrała jeszcze dwa leżaki, a my hamak .. i strefa chilloutu zarysowała się nam całkiem przyjemna.

Nie spodziewałam się, że tak bardzo mi się spodoba ten styl życia.

Gdy lato jest w pełni, często mam wieczorny niedosyt: akurat robi się bardzo przyjemnie, a świat odpoczywa po ataku upałów i właśnie wtedy trzeba się schronić w murach budynków. Zawsze czuję wewnętrzny bunt spoglądając tęsknie na kolory nieba i chmur, dokładnie w momencie, gdy jest najpiękniej, gdy niebo zamienia się w szalone dzieło sztuki, a tu czas na usypianie, kąpanie, czytanie. Klimatyczne poranki też zazwyczaj spędza się w budynkach, bo przecież najpierw trzeba się „wybrać”. Całe stado dzieci ubrać jak ludzi, zjeść śniadanie, umyć zęby, pomalować oko, a świt tymczasem ucieka..

Na polu namiotowym spektakularne poranki i wieczory dostaje się w bonusie. Brzask wypełniony rosą i miękkim słonecznym światłem, w ciszy wciąż śpiącego campingu można obserwować jak „dnieje”. Dzieci, jeszcze w piżamach, rozsuwają drzwi namiotu, zakładają kalosze, bluzy, gdy chłodniej.. i już. Już są na zewnątrz.

Żyje się na zewnątrz, od świtu do zmierzchu.

Zakładam, że z wielkiej tej zalety robi się równie olbrzymia wada, gdy nie trafi się z pogodą. Z drugiej strony miejsc na polu namiotowym nie trzeba zazwyczaj rezerwować – można po prostu przyjechać, gdy prognoza jest sprzyjająca i dzieci zdrowe. To kolejny plus, zwłaszcza dla dużej rodziny, w której prawdopodobieństwo, że ktoś będzie niedysponowany jest większe.

Mieliśmy taki moment, dojeżdżając w Pieniny, gdy niebo zrobiło się szare, nasz samochód poruszał się w strugach deszczu, przy akompaniamencie wycieraczek śmigających po szybie. I wtedy właśnie pomyślałam sobie, cholera, co my robimy? Trójkę dzieci, nasze największe skarby, i całe auto wypakowane po brzegi badziewiem wieziemy na jakiś skrawek trawy, cholera, pod drzewkiem. I co teraz? Jak tu się w ogóle rozbić po kilku godzinach w trasie, w tym deszczu? Dzieci wyją, nieprzyzwyczajone do długiej jazdy, my w lekkiej panice (bo dzieci wyją), a tu nie czeka na nas czysty pokoik w miłym pensjonacie, nie czeka ciepła kołderka i podusia, tylko skrawek placu na polu namiotowym! To taki moment, gdy na chwilę tracisz poczucie bezpieczeństwa.. ale z tego również warto wyciągnąć wnioski i przygotować się bardziej na opcję „deszcz”, która kiedyś się pewnie zdarzy.

Być może nasze doznania byłyby zupełnie inne. Może nawet zrazilibyśmy się do biwakowania już za pierwszym razem, ale.. gdy dotarliśmy na miejsce przestało padać i wyszła tęcza.

I tak już zostało, magicznie i pięknie na cały pobyt. Z Dunajcem szumiącym tuż za drewnianym płotem. Z krowami pasącymi się na łące z dzwonkami na szyjach. Z dziećmi, które momentalnie wkomponowały się w panujący klimat i przyjęły biwakowy styl życia jak coś naturalnego.. No i z najmłodszym Lolkiem, który większość wakacji spędził przytulając się do samochodu..

Spokojnie i pięknie przez kilka bardzo przyjemnych dni, które zostawiły mnie z postanowieniem, by ruszać w świat (w Polskę?) zdecydowanie częściej.

Poniżej garść zdjęć z Niedzicy, gdzie znajdowało się nasze pole namiotowe.

Koniecznie dajcie znać w komentarzach co myślicie o takich wakacjach.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

18 komentarzy

  • Reply Solonaryba 10/09/2018 at 09:53

    3 lata temu stwierdziłem, że zabiorę w końcu dzieciaki pod namiot. Nie wiedziałem czy takie wakacje spodobają się rodzinie więc postanowiłem namiot wypożyczyć. Padło na colemana Trailblazer.. Namiot 5-osobowy.
    Powiem tak, dla 5 chłopa na koncert będzie nadawał się znakomicie, pod warunkiem że są trzeźwi podczas rozkladania. Ale na rodzinny wypad ten namiot to pomyłka. Przedsionek za niski, jedyne miejsce gdzie byłem w stanie się wyprostować to środek sypialni.
    W następnym roku postanowiłem kupić coś własnego. Miał być duży i łatwy w roz stawianiu. I znalazłem taki,nazwy nie podam, nie będę firmy reklamował. Namiot jest „dmuchany”, i powiem szczerze jest to genialny pomysł. Czas roz stawiania, od momentu wyjęcia namiotu z samochodu do postawienia ( zamocowanie podłogi, bez mocowania wszystkich linek naciagowych) to niecałe 15 min. I robi to tylko 1 osoba. To już materace do spania dmucham dłużej.
    Oczywiście są minusy, namiot przez swoją wagę i rozmiary nadaje się tylko do samochodu z dużym bagażnikiem.

    • Reply Agata / Ruby Times 10/09/2018 at 09:56

      U nas Colemana rozkładał mąż, ja trochę pomagałam. Zajmuje około 30 minut, gdy się nie ma wprawy :)
      A potem już bez problemu rozkładał namiot w ogrodzie, za każdym razem sprawniej i szybciej :)
      Twój pomysł bardzo ciekawy. Zastanawiam się tylko jak z awaryjnością tego rozwiązania, bo zazwyczaj wszystko, co jest dmuchane ma krótszy żywot.
      Pozdrawiam

      • Reply Agata / Ruby Times 10/09/2018 at 10:08

        A, i w przedsionku jest naprawdę wysoki sufit. Spokojnie można się wyprostować:).

  • Reply Agnieszka 10/09/2018 at 11:13

    No sama wiesz, też wakacje spędziliśmy pod namiotem. Z sentymentu za własnym z dzieciństwem, kiedy jeździło na biwaki, z powodu braków w bazie noclegowej, bo za szukanie zabrałam się za późno i bo ekonomiczniej -to również. To były jedne z najlepszych wakacji ever (chociaż myślałam, że nie umiem już żyć bez klimy!). „Od świtu do zmierzch na zewnątrz” – chyba o to chodzi. Po miesiącach zamknięcia w betonowych bunkrach, to jest naprawdę odświeżające doświadczenie. O dzieciach nie wspominam, camping to coś jak środowisko naturalne dla nich, przystosowane zabiera jakiś ułamek sekundy :D

    • Reply Agata / Ruby Times 10/09/2018 at 13:43

      Ach, Radoshe u mnie w komentarzach! <3
      No, właśnie - prawdziwie odświeżające doświadczenie!
      Aż człowiek się dziwi jakie dzieci są elastyczne, jak rewelacyjnie się przystosowują, gdy tylko damy im okazję na nowe doświadczenia :)

  • Reply Marta 10/09/2018 at 12:49

    Też czasami jeździmy z dziećmi pod namiot, ale nasz jest niski, taki tylko do spania i w razie niepogody możemy w nim siedzieć w środku (stać się nie da niestety). Ale i tak jest w nim przyjemnie, wozimy ze sobą ulubione koce, poduszki, narzuty. Mamy taką malutką kuchenkę gazową do gotowania wody na herbatę, czasami wezmę ze sobą kilka zawekowanych obiadów, kiedy wiem, że nie będzie restauracji obok albo będą za drogie.
    W tym roku wybitnie odczuliśmy brak krzeseł i stołu, nigdy więcej! Tak jak piszesz, trawa była wilgotna, ciężko było tak jeść. Nie wiem, jak się obywaliśmy wcześniej bez krzeseł. Aaa, wiem… Dzieci były młodsze i jeździliśmy na króciutkie wyprawy i jakoś to było :)

    W tym roku na campingu widzieliśmy już chyba wszystkie rodzaje namiotów szukając idealnego dla nas na następny sezon. Są nawet wielkie jak stodoła. Ludzie wożą ze sobą telewizory, prysznice i wiatraki wysokie na 1,60! :) My przy nich to minimaliści :D

    • Reply Agata / Ruby Times 10/09/2018 at 13:41

      U nas na campingu było sporo Niemców, jedni mieli przed swoim kamperem rozłożoną bambusową podłogę, dwa piękne fotele i stolik z kwiatkiem w doniczce, a nad tym wszystkim kolorowa markiza chroniąca od słońca. I widok na rzekę. No #taktrzebażyć :)
      Z nas też żadni minimaliści, ale zabieranie telewizora pod namiot to trudne do zrozumienia dla mnie :)

  • Reply Marta 10/09/2018 at 17:18

    My jezdzimy od kilku lat na campingi,tyle ze za granice i do namiotow ktore tam stoja i czekają( z lodowką,kuchenką,łozkami). Dzieci tez na dworze od switu do nocy. Wieczorami robimy obchod częsci z camperami i ogładamy ” cudenka” niemcow czy szwedów. Mąz namawia na kupno namiotu i weekendy w beskudzie ślaskim- poki co sie zastanawiam:-)

    • Reply Agata / Ruby Times 11/09/2018 at 08:30

      Nie ma się co zastanawiać! Fakt, że z własnym namiotem pewnie odczujecie jak dużo, dużo więcej rzeczy należy spakować – bo jednak wszystko trzeba mieć ze sobą :)
      Ale te wyjazdy na zagraniczne campingi to super sprawa :) Mam nadzieję, że też tak kiedyś pojedziemy!

  • Reply Marta 11/09/2018 at 16:17

    Jak bedziecie sie wybierac to znam kilka fajnych:-)

    • Reply Agata / Ruby Times 11/09/2018 at 23:11

      W takim razie bardzo proszę o rekomendację. Szukamy właśnie fajnych – porządnych, bezpiecznych, czystych :)Takich bardziej rodzinnych niż imprezowych!

      • Reply Marta 12/09/2018 at 14:29

        Napisalam na @

        • Reply Agata / Ruby Times 12/09/2018 at 19:43

          Dzięki <3

  • Reply 4activ 14/09/2018 at 13:18

    Czy dobrze widzę, że to zapora w Niedzicy? Bardzo fajny wpis, z pewnością przyda się wszystkim młodym rodzicom, którzy pragną aktywnie spędzać czas.

    • Reply Agata / Ruby Times 15/09/2018 at 08:21

      Tak, to zapora w Niedzicy.
      Dziękuję i pozdrawiam!

  • Reply Neorobotyka 14/09/2018 at 14:18

    Dobrze, gdy dzieci chca brać udział w takich eskpadach Ja np. jak byłem mały nigdy nie lubiłe natury, namiotów itp. Teraz trochę tego żałuję, ale staram sie nadrabiać ;).

    • Reply Agata / Ruby Times 15/09/2018 at 08:20

      Moje na szczęście JESZCZE lubią, ale zobaczymy co będzie za kilka lat :)

  • Reply Ola 17/09/2018 at 13:03

    Dla mnie wakacje pod namiotem z dziećmi to jak wyprawa na księżyc. Bardzo podziwiam i zazdroszczę, ale sama bym się nie zdecydowała. Ja jestem jednak z tych co to nawet na weekend do babci wiozą małą apteczkę „na wszelki wypadek” i walizkę ciuchów 🙂

  • Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.