Boso

Pod stopami prześlizgują się wilgotne koniczyny, szeleszczą źdźbła traw i smyrają polne kwiatki. Przed sobą pcham wózek, ciężki wózek wypełniony pucołowatym Lolkiem, obwieszony torbami z prowiantem i dziecięcymi niezbędnikami, w koszyku na dole jeszcze wielki koc piknikowy, wciśnięty na siłę.

Pcham ten wózek bez gracji, tak jakbym miała przed sobą nieforemną, trochę zardzewiałą kosiarkę, albo jakbym była rolnikiem z dawnych czasów, orzącym swe pole drewnianym pługiem ręcznym. W głowie mej nadzieja, że Lolek zaraz uśnie na wertepach i zafunduje mamie małą przerwę. Poza nadzieją w głowie telepią się różne myśli, refleksje, by nie rzec refleksy odbijające wszystko to, co udało mi się niedawno przeczytać i zobaczyć. Z następującą myślą przewodnią – jaki to luksus, że oto ja, w poniedziałek o dwunastej bosymi stopami brodzę po zielonym dywanie. Podeszwy stóp całe zzieleniałe. I pół populacji pewnie też by zzieleniało z zazdrości, bo chodzenie boso po trawie to towar deficytowy w życiu współczesnych, zabieganych mieszkańców już nie tak błękitnej planety.

Ostatnio w strumieniu wiadomości internetowych zatrzymały mnie na chwilę zdjęcia godzin szczytu w różnych miejscach świata. Szaleństwo! Wszędzie tłumy, których tak się boję. Autostrady na dziesięć pasów i wszystkie dziesięć wypełnione spieszącymi się samochodami (a ja jestem moto-socjopatą i nie lubię, gdy dookoła mnie za dużo aut jedzie), publiczny transport zapchany dokumentnie. Pośpiech, wszędzie pośpiech, jak w starej (tak – już starej) piosence The Bangles: „Maniac Monday”. A’ propos dalej się zastanawiam, czy to zdjęcie z Bangladeszu, na którym ludzie obczepili pociąg na wiadukcie niczym mszyce obłażą gałąź, czy to możliwe że ono było prawdziwe? A może ktoś domalował owych nieszczęśników w Photoshopie i stworzył ten przerażająco zatłoczony fejk? No bo przecież niewyobrażalne, by ktoś tak podróżował do pracy!

Albo tokijskie metro ze specjalnym pracownikiem, którego zadaniem jest upychanie ludzi w wagonach. Przychodzi codziennie do swojej roboty i co tam na niego czeka? Biureczko, kawka? Nie – wciskanie „białych kołnierzyków” do wnętrz wagonów, by zmieściło się ich tam jak najwięcej, by drzwi mogły się domknąć. Nie jest to przecież lekka praca, o nie! Można by ją porównać do wskakiwania w za ciasne dżinsy. Opór materii może być naprawdę duży!

Albo ci ludzie gdzieś w Azji, którzy wegetują w klitkach dwa metry na metr, akurat tyle, by położyć się w miarę swobodnie ze swoim smartfonem i wpatrywać w otępiającą, zielonkawą łunę ekranu długo w noc zamiast wieczornej kołysanki. Oglądać świat, ludzi. Piękne miejsca. Może i bose stopy na trawie? Lajka dać, serduszko wysłać, przewrócić się na drugi bok w swej klitce. Westchnąć głęboko przed snem..

W kontekście tych zatłoczonych tras, zaludnionych dróg, wypełnionych pociągów i mikroskopijnych warunków lokalowych uznaję, że:

bose stopy na trawie,

gapienie się na biedronki,

oglądanie gniazda pająków,

obserwowanie jak kwiaty na czereśniowym drzewku zamieniają się w owoce,

przebywanie z najbliższymi,

.. a nawet ogrodowe zmienianie pieluch, przyklejanie plasterków i szorowanie altanki (by nie było przesadnie sielankowo)

to prawdziwy, największy na świecie luksus.

Co napisałam ja upajając się końcówką urlopu macierzyńskiego, pozdrawiająca Was prosto z koca przy Domku Ogrodnika.

6 comments

  1. Magda Z. says:

    Nieustająco zachwyca mnie Twoja umiejętność dostrzegania szczęścia w małych rzeczach! …Bo może szczęście to właśnie takie gigantyczne puzzle, które układamy sami, kawałek po kawałku?
    Ściskam Cię i pozdrawiam majowo!:)

  2. lilka says:

    Sielski żywot:) To wspaniałe, że potrafisz zobaczyć i cieszyć się tym co w życiu najważniejsze. Niestety tak często to gubimy w codziennej gonitwie. Czytałaś Limes Inferior, J.Zajdla? Na samym wstępie jest taki genialny fragment o czasie i szczęściu, w ogóle cała książka jest bardzo inspirująca. Polecam:)

  3. Ola says:

    Agatko, jak zwykle w punkt. Dla mnie luksusem jest fakt posiadania skrawka naszej planety na wyłączność. Zajęcia w ogrodzie (choć na razie mam podwórko, ogród może z czasem) i czas spędzony z córką to najlepsze remedium na każde zło codzienności. Wychowałam się na wsi i pewne rzeczy są dla mnie oczywiste np. że obiad zawsze smakuje lepiej na tarasie niż w domu. Po wyprowadzce z miasta dostrzegam lecznicze wręcz działanie obcowania z naturą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.