Codzienność

„Baby, it’s cold outside”

Bujam biodrem przy kuchence. Radio mocno trzeszczy, ciężko nastawić stację z klasyczną muzyką bez szumów, ale nie przejmuję się tym specjalnie. Diana Krall śpiewa „Baby it’s cold outside”, lekko jazzująco, miękko, przytulnie i nowojorsko. Kaszę mannę podgrzewam, wkrajam do środka jabłko, dorzucam garść rodzynek. Lolek w łóżeczku turystycznym na środku salonu buja się również. Wydaje z siebie przedziwne piski i skrzeki, bynajmniej nie jazzujące, nie nowojorskie.

W głowie, na wielkiej wyimaginowanej liście z punktami, odhaczam kolejne poranne czynności. Dzieci ubrane, łóżka pościelone, piżamki schowane do szaf, w łazience już byli, mleko z miodem i masłem wypili, chociaż musieliśmy przerwać picie, by odtańczyć w kuchni irlandzki taniec przy „Fairytale of New York” The Pogues (tym razem wraz z radiem, ale zawsze, gdy oglądamy klip do tej piosenki na laptopie, to poważnym tonem tłumaczę dzieciom, że Shane Mc Gowan nie mył ząbków po jedzeniu. I że mycie ząbków, jak widzą, jest serio bardzo ważne!). Po mleku więc oczywiście zęby umyli. Włosy Kropki uczesane, związane w cebulkę na szczycie głowy, by jej grzywa nie przeszkadzała w postrzeganiu świata. Teraz jeszcze umyć kubki po mleku, garnek i wszystko to, czego akurat nie da się wpakować do zmywarki.

„As long as you love me so.. let it snow, let it snow, let it snow..” – Frank Sinatra dotrzymuje mi towarzystwa, gdy ostatni mokry kubek ląduje na suszarce. Za oknem topnieje wielkie igloo, które dzieci zbudowały wraz z Dziadkiem, deski, które robiły za strop tej imponującej konstrukcji leżą teraz porozwalane bez ładu i składu wśród resztek śniegu. Żul-Bałwan też dawno stopniał. Lolek zaczyna narzekać, mój pogodny, cudowny dzidziuś rozpromienia się, gdy tylko ruszam w jego stronę. Odhaczam kolejne punkty z listy – niemowlę przewinąć, przebrać, nakarmić piersią, nakarmić kaszą, wyprzytulać. Dzieci biegają, ich wrzaski i piski słychać zapewne na drugim końcu wsi.

Podgłaśniam radio. Troszeczkę tylko, bo mąż odsypia noc. Jak wstanie, to mi pewnie wyłączy te świąteczne hity, pewnie wśród ludzi są już takie oklepane, w kółko lecą w biurach i marketach. Ale nie tu, nie u nas. Dawkuję je sobie po trochu, w biurach nie bywam, w sklepach też rzadko, w grudniu tylko z konieczności tam zaglądam, bo przeszkadza mi ta gorączkowa atmosfera, jakby ktoś miał nagle wykupić te wielkie góry towarów, które przecież leżą cały rok.

Co rusz któreś dzieci wkracza do mojego kuchennego królestwa z ważnymi nowinami. Młody przychodzi z hełmem. „Wiesz mamo, cała rodzina robotów została zjedzona!” – mówi smutnym głosem i odchodzi.

Przybiega Kropka. „Mamusiu, mamusiu. A wies, autoboty mają matjycę zamiast sejca!” – po czym również biegnie z powrotem do pokoju. Słyszę stamtąd trzaski i głuche odgłosy spadania ciężkich przedmiotów na ziemię.

Lolek zjadł już kaszę, teraz buja się na swojej macie na brzuchu, co chwilę podnosząc tył do góry, ćwicząc pozycję czworakową. Tak, gdy przy nim tańczę po kuchni, on spogląda badawczo, po czym zaczyna się bujać na boki, z wielkim muppetowym uśmiechem. Wham „Last Christmas”. Wiem, możecie mieć różne zdania na temat tej piosenki. Ja nic nie poradzę, ale absolutnie ją uwielbiam, razem z klipem. Śpiewam do Lolka:

„Now I know what a fool I’ve been
But if you kissed me now I know you’d fool me again”

Całuję go, podgrzewam soczewicę na śniadanie. Kroję chleb.

Lolek zaczyna narzekać.

„My God I thought you were
Someone to rely on
Me?
I guess I was a shoulder to cry on”

śpiewam do niego z udawanym wyrzutem.

Przybiega Kropka, w rączce ma żółtego autobota. Opowiada mi o bajce o narodzeniu Jezusa, oczy ma takie okrągłe z przejęcia: „i wies, i tam się pojawił tati anioł!! I on był tati zółciutti (żółciutki – przyp. tłum.), tati błyscący jak mój Bumblebee!” – kończy relację machając mi przed oczyma swoim plastikowym przyjacielem, który jej towarzyszy stale, nawet przy posiłkach, nawet w nocy kurczowo ściska go w rączkach zamiast standardowego pluszowego misia. Zaiste, ciekawy to widok, w różowej, dziewczyńskiej sypialni. Wśród poduszek w kwiatki, pościeli w delikatną, zieloną łączkę ten autobot jest totalnym dysonansem.

Młody zarządza zabawę w Avengersów. Zgadzam się być Thorem, bo mam najdłuższe włosy. Dostaję młot zrobiony z Lego. Młody jest Spidermanem, Kropka Iron Manem. Zwracają się do siebie oficjalnie.

„Tony Starku” – mówi poważnie Młody. – „Nauczysz mnie latać?”

Tony Stark się zgadza, po czym dwa uszczęśliwione Stwory fruwają po całym salonie, własnym pokoju i holu, latają pod belkami niemal, przynajmniej można by tak pomyśleć patrząc na ich zachwycone twarze. Dzieciństwo ma jednak ten magiczny pierwiastek, myślę sobie. Ktoś jeszcze patrzy na nich z zazdrością. Mały Lolek mianowany Kapitanem Ameryką (bo Steve był jednak trochę nudny, i nikt inny nie chce się w niego wcielić), za mały by fruwać z resztą towarzystwa, pełza sobie subtelnie po swojej macie.

Magiczny pierwiastek. Te ich zabawy, w których zawsze mają supermoce, zło zostaje pokonane, dobrym ludziom nigdy nie dzieje się krzywda, a ci niedobrzy dostają nauczkę. Uśmiecham się smutno znad zlewu. Superbohaterowie! Jakże przydaliby się w tym zimnym, zewnętrznym świecie, poza naszym przytulnym poddaszem! Jakże przydaliby się wszędzie, gdzie dzieją się niegodziwości! Gdzie politykami zostają najgorsze męty bez sumienia. Gdzie ludzie zaczynają się nienawidzić tylko dlatego, że mają inne poglądy, a podziały między bliskimi robią się tak głębokie jak te okopy w których dawno temu siedzieli żołnierze. Gdzie dla przywódców państw istnieją tylko punkty na mapie strategicznej, a to przecież czyjeś domy, czyjeś życia! Gdzie toczą się wojny, a dzieci nie mają już siły na łzy.

Tymczasem tupot tandemu bohaterskich nóżek obudził męża (który podczas snu został mianowany zaocznie Hulkiem. No bo któż chciałby być Hulkiem? Zresztą.. on też jest wyraźnie urażony). Dzieci przybiegają do stołu z całym zwierzyńcem, całą bandą Krewnych i Znajomych Autobota. Na blacie stoją Transformersy, a obok nich pluszowa brązowa mysz. Jakieś maski i tarcze, konstrukcje z klocków. Odgarniam to wszystko ręką, robię miejsce na jedzenie. I tak właśnie zaczyna się kolejny, taki sam, nudny dzień naszego życia. Z całą swoją cudowną przewidywalnością, pod solidnym dachem, na który nie spadną pociski. I gdzieś tam w głębi serca czuję ucisk, olbrzymie poczucie winy za nasz spokój i względny dobrobyt, bo w czym jestem lepsza od nich, w czym moje dzieci cenniejsze od tych innych dzieci?

Naprawdę..

..”it’s cold outside”.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

10 komentarzy

  • Reply Zuzia 18/12/2016 at 23:17

    Niestety, coraz częściej mam podobne myśli do Twoich.Nie jesteśmy lepsi,póki co mamy więcej szczęścia a tego brakowało nam prawie cały XX wiek.

    • Reply Agata / Ruby Times 19/12/2016 at 00:12

      Tak, brakowało.. tylko pytanie kiedy znów zacznie nam go brakować :(
      Pozdrawiam.

  • Reply Kasia 19/12/2016 at 21:39

    To cudo na stole to sama upieklas?
    Wygląda na przepyszne i okropnie skomplikowane :)

    • Reply Agata / Ruby Times 20/12/2016 at 12:59

      Nieee, ja tak nie potrafię! Nigdy w życiu nic drożdżowego nie upiekłam! To mąż zrobił <3

      • Reply Kasia 20/12/2016 at 22:05

        O rajuśku zdolnego masz męża :)
        Drożdżowe z owocami to dam radę zrobić, ale to taki przyziemny placek…

  • Reply wAga 22/12/2016 at 22:38

    Wpis i zdjęcia jak zwykle cudowne. Ale to ciasto…i ta reniferowa filiżanka…i Wy…aż chciałoby się wpaść na ciepłą kawkę po zimowym spacerze ;)

  • Reply e-milka 23/12/2016 at 09:35

    Pasuje do Twojego opisu – life celebration. Czlowiek czasem tak goni i tak sie zacietrzewia w walce o w sumie nieistotne rzeczy, ze naprawde zapomina, jak wielkie ma szczescie. Mam wrazenie, ze Berlin przyjal ostatnie wydarzenia ze spokojem, ba z ta berlinska pyskata zadzornoscia. Nie bedzie nam nikt, Berlinczykom rdzennym i z wyboru, mowil czego, kogo i kiedy mamy sie bac. Ale mimo to przeciez kazdy z nas wie – i my tam bylismy, kazdy z nas tam kiedys byl, z goscmi czesto, bo przeciez centrum. Nasze dzieci, niebieskookie i czarnookie, piszczac z uciechy we wszystkich jezykach swiata, krecily sie na karuzelkach wlasnie tam, gdzie teraz stoja znicze. I tym razem nie bylo nas tam, ale inni tego szczescia nie mieli. A my ciagle jeszcze mamy szanse na spokojne Swieta.

    • Reply Agata / Ruby Times 23/12/2016 at 10:19

      To prawda. Bo oni zawsze uderzają w takie miejsca, gdzie ludzie spokojnie spędzają czas. A to restauracja, a to koncert, lotnisko, promenada w Nicei. Miejsca, gdzie zwyczajni ludzie, rodziny, zakochani po prostu byli. Człowiek zaczyna się bać poruszać po tej spokojnej niegdyś Europie :(

  • Reply e-milka 23/12/2016 at 11:02

    Tak, kiedys czlowiek zazdroscil tym, ktorzy mieli „ciekawa” prace w sensie, ze czesto w delegacji: dzis Londyn-jutro Madryt-pojutrze Tokio, a teraz ciesze sie, ze jednak moja praca tego nie wymaga, a jesli juz to sporadycznie. Ale wlasnie boje sie tez i wiem, ze bac sie nie mozemy, ze nie mozemy dac sie zastraszyc. Ale jest inaczej. W tym dniu tez przejezdzalam tam rano z corka, wyjatkowo, bo do lekarza. To byly nasze „stare smieci”, i wlasnie ten jarmark lezy piec minut od starego przedszkola, wiec czesto tam bywalismy, ale mieszkamy od kilku lat w innej dzielnicy. Wsiadlysmy do pietrowego autobusu, a tam lezy na gorze bezpanska reklamowka z zakupami najprawdopodobniej. Jeszcze kilka, kilkanascie lat temu bez wiekszego namyslu zanioslabym ja kierowcy lub do punktu komunikacji. A teraz poinformowalam kierowce i przeprosilam go, ze niestety mu nie przyniose jej, bo po prostu sie boje. Mimo, ze my tez zgubilysmy ostatnimi czasy w autobusie tak plecak i zakupy i z 3 razy 2 razy odzyskalysmy je w calosci, przyniesione przez uczciwych znalazcow, ktorzy najwyrazniej sie nie bali. Ale sama mam w srodkach komunikacji oczy dookola glowy juz od lat. Szkoda, bo jestem lazikiem i bardzo lubie z dziecmi zwiedzac rozne miejsca, ale od dawna brakuje mi tej wczesniejszej beztroski.

    • Reply Agata / Ruby Times 24/12/2016 at 01:02

      Smutne to co piszesz. ALe absolutnie się nie dziwię braku tej beztoski :(

    Napisz, co o tym sądzisz

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.