Retrospekcje

Żyto

Żyto miało kolor starego złota, powietrze było gorące. Trzydzieści stopni w cieniu, żar z nieba, samo południe. Pola rozciągały się aż po horyzont na rozległej równinie, pozbawionej choćby niewielkiego wzniesienia. W tym monotonnym krajobrazie pojawiała się gdzieniegdzie zielona plamka samotnego drzewa. W oddali linia lasu, do którego prowadziła wąska miedza, porośnięta kępkami wysuszonej trawy, polnych kwiatków i ostów.

Jak okiem sięgnąć bursztynowa, falująca przestrzeń dumnych wąsatych kłosów zboża, omotanych słonecznym blaskiem. W ostatnim stadium dojrzałości tuż przed żniwami, w tym finalnym momencie chwały, z nieuchronnym wyrokiem kombajnów i kosiarzy, którzy mieli tu wkroczyć już niedługo.

Na samym skraju miedzy stała dziewczyna spoglądając przed siebie kpiąco, jakby chciała rzucić wyzwanie tej przestrzeni dookoła. Mogła mieć dwanaście, trzynaście lat, była bardzo opalona, a jej włosy długie ciemne, plątały się nieporządnie po ramionach. Na głowę miała wciśniętą białą czapkę z daszkiem, ubrana była w zwykły cienki t-shirt z bazarku, bez żadnego nadruku, za to z malutką kieszonką. Stroju dopełniały błękitne dżinsowe szorty, zrobione ze starych spodni, które nagle stały się za krótkie. Własnoręcznie obcięła im nogawki i postrzępiła modnie dolną krawędź w ramach świętowania początku wakacji.

Dziewczyna stała oparta o rower. Przejechała już trzy razy przez wieś, zajrzała do sąsiedniej, każdy pretekst był dobry, by być w ciągłym ruchu. Kupiła dla Babci chleb w odległym sklepie i włóczyła się tak od rana. Teraz zjechała właśnie z rozgrzanego, parującego asfaltu prosto na łąkę. Przemknęła przez murawę, minęła sad z jabłkami i stanęła twarzą w twarz z ogromem równiny, z wielkim polem w kolorze akacjowego miodu.

Stała tak w zachwycie, ale nie była w wieku, w którym przesadnie długo kontempluje się widoki w ciszy i spokoju. Poprawiła na uszach słuchawki, poprawiła klips przytrzymujący czarnego walkmana Sony, z autorewersem (ale bez systemu antywstrząsowego niestety:) i przewinęła kasetę aż do początku. Następnie podgłośniła muzykę ile się tylko dało. Musicie wybaczyć jej dobór repertuaru, ale był to rok dziewięćdziesiąty trzeci, a może czwarty. Mogłabym dorzucić tu bardziej wysublimowaną ścieżkę dźwiękową, ale jeśli chcę się trzymać faktów to musicie wysłuchać jednak tego, co wtedy popłynęło z całą mocą z słuchawek, prosto w jej bębenki uszne.

Upał. Samo południe. Słońce wysoko na niebie rozpala cały poniższy świat. Złoto faluje dookoła, ani chmurki na niebie. Zaczyna się muzyka. Dziewczyna wskakuje na rower i rusza polną miedzą prosto przed siebie.

Slade: „Run Runaway”

Nierówna dróżka, buksujące koła, piach, osty, walkman podskakujący przy jej boku na wertepach rzężąc czasem nieznośnie, przeciągając gitarowe solówki,  kaseta nie miała większych szans.

Dziewczyna stanęła wreszcie spocona na drugim krańcu miedzy, pod samym lasem. Oddychała płytko, szybko popijając wodę z bidonu. Woda miała smak plastiku. Otarła zroszone czoło, odgarnęła niemal mokre włosy z ramion. Z trójkątnej torby pod ramą wyciągnęła okulary słoneczne w bardzo modnym wówczas opływowym kształcie, założyła je na nos, nastawiła kolejną, zapewne równie energetyczną piosenkę i ruszyła z powrotem.

Przez pola, przez nieznośnie parujące powietrze, rozmywające się kształty drzew niczym fatamorgana.

W domu czekała na nią Babcia, czekali siostra i kuzyni. Nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego siedzą przed chatą, rozkładają koce, dlaczego w tym cieniu spędzają cały dzień, jakby chcieli przeczekać upały. Dlaczego odpoczywają tam spokojnie, rozwiązując krzyżówki i przeglądając czasopisma zamiast gnać przed siebie. Z wiatrem we włosach pędzić na spotkanie nieznanego.

Bo to, co naprawdę kochasz uaktywnia się bardzo wcześnie. Po prostu jest. Czasem nawet o tym nie wiesz, nie masz pojęcia co Cię gna i dlaczego. Nikt nie rozumie po co ci to. Ostatnio przyszło mi do głowy, że przecież tak samo będzie z moimi dziećmi.

Dlatego czasem spoglądam dyskretnie z boku. Dostrzegam błyski w oczach, zachmurzone czoła, otwarte z zachwytu buzie. Obserwuję, nie wkraczając do ich świata, ale próbuję zrozumieć, co jest im potrzebne do życia, tak jak oddychanie, czy jedzenie.

Gdy Kropka staje jak wryta na widok niemal wszystkich ulicznych grajków i trzeba by ją siłą odciągać, bo musi wysłuchać chociaż jedną piosenkę. Albo gdy nieruchomieje na widok wielkiego jeziora, rzeki, ogólnie przestrzeni rozległej. Gdy Młody nie jest w stanie wyjść z basenu, chociaż woda jest zimna, ale on już tam musi w środku być GODZINAMI wręcz..

Gdy każde z nich odkrywa piękne rzeczy. Krajobrazy, kolory chmur, kształty drzew. Każde ma swoje „szczęśliwe miejsca”, które trafiają prosto w najgłębszą ludzką wrażliwość.

Sama nie wiedziałam nic o swoich szczęśliwych miejscach, intuicyjnie mnie gnało w pole, w góry, w wielką otwartą przestrzeń. Morze. Szerokie, wielkie, spienione. Choćby i zimne i wietrzne, ale zawsze dawało ukojenie.

Dopiero na studiach uświadomiłam sobie dlaczego tak się miotam, dokąd mnie ciągnie. Bo czasem wystarczy wyjść poza rząd równych chałup, gdzie człowiek jakiś ograniczony, splątany więzami konwenansów.. a tuż za dróżką czai się wolność. Równoważnik, który pozwala na utrzymanie życiowego balansu, by żadna szala wewnętrznej wagi nie opadła w dół.

I chociaż minęły ponad dwie dekady, a ja wciąż czuję ciarki na plecach na widok otwartej, bezkresnej równiny i falującego zboża.

P.S. Wszystkie zdjęcia są archiwalne, zrobione w jedynym w swoim rodzaju miejscu. Najbardziej magicznym na świecie. To moja Ojcowizna, to całe moje dzieciństwo, wieś w centralnej Polsce, pewnie taka sama jak wiele innych, dla mnie jednak absolutnie wyjątkowa.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

2 komentarze

  • Reply Magda Z. 11/08/2017 at 14:09

    No, uwielbiam te Twoje teksty – znów muszę i chcę to napisać! Ten przeniósł mnie do moich wakacji sprzed lat… Wprost do małej wioski na Mazowszu. Nawet narzutę Babcia miała taką samą! A w niedzielę, na oparciu wersalki, na ściereczkach, leżały wielkie, okrągłe placki, które pod Babcinymi rękami przeistaczały się w kluski do rosołu, a mnie zawsze kojarzyły się z „miękkimi zegarami”, jak z obrazu…:)
    A już jutro, przez pół Polski, jadę razem z moimi Dziećmi na tę moją – jak to napisałaś – Ojcowiznę. Bo chcę obudzić swoje wspomnienia, ale też pokazać Dzieciom, co mi w duszy gra…:) Dziękuję.:-*

    • Reply Agata / Ruby Times 11/08/2017 at 16:51

      Życzę magicznych chwil na tych wakacjach, dla całej rodziny!
      Ściskam!

    Napisz, co o tym sądzisz