Czytelnia, Moje książki, Na temat

Zakurzone lektury o zapomnianych czasach

Zaczęłam je czytać z czystego sentymentu. Uwielbiałam te książki gdy byłam małą dziewczynką, w dużej mierze ukształtowały mnie, wryły w głowę krajobrazy kanadyjskich wysp, poszarpanego wybrzeża, słynnych czerwonych dróg i smukłych latarni morskich pomalowanych na biało. A potem na wiele lat zapomniałam o nich, aż pewnego razu znalazłam zakurzony stosik książek w piwnicy.

Mowa oczywiście o słynnej serii powieści (dla pensjonarek;) o rudowłosej Ani Shirley autorstwa Lucy Maud Montgomery. Zabrałam się za nie z grymasem pobłażania na twarzy, rozbawiona perypetiami bohaterów, mnogością pobocznych wątków, wśród których prym wiodą dość banalne miłosne historie. Dość szybko jednak grymas zniknął z mego oblicza, a zastąpiło go żywe zainteresowanie.

Nie, nie mam zamiaru pisać tu recenzji, lecz tylko podzielić się refleksjami po lekturze. Samą fabułę uznałam za drugorzędną, zwłaszcza, że mniej więcej pamiętam ją z czasów dzieciństwa, o wiele ciekawsze okazało się tło historii. Autorka naprawdę żyła sto lat temu, a to jak postrzegała otaczający świat, ludzi, związki, wychowanie dzieci, to wszystko jest szalenie interesujące z naszej odległej perspektywy.

Ludzie.

Mrożek zapytał kiedyś:

„Czy nigdy nie uderzyło Cię, że po jednych ludziach zostaje Ci nuda i właśnie jakby zakalec w głowie, a po innych Ci żwawiej i świat jakiś ciekawszy i godzien uwagi?”

Lucy Maud Montgomery chyba dobrze by się z Mrożkiem dogadała. Wspaniale kreśli ludzkie typy – te inspirujące, ciekawe, pełne wyobraźni i żywego humoru, oraz te żylaste, o zaciśniętych ustach, krytyczne w swych ocenach bliźniego, nietolerancyjne lub zwyczajnie bezbarwne i nijakie. Maud (bo takiego imienia używała pisarka) daje nam przy tym mądrą lekcję tego, że to nie nasz wiek, status materialny czy społeczny mają wpływ na to jakimi jesteśmy ludźmi. Że ci inspirujący, niesamowici ludzie, obdarzeni bujną wyobraźnią, potrafiący wznieść się ponad przeciętność, że oni nie zawsze są młodzi, romantyczni i bogaci. Są to zarówno małe sierotki, stare panny (jakkolwiek to brzydko brzmi we współczesności), staruszkowie, gospodynie domowe. Po prostu.. najrozmaitsi ludzie, nie ma znaczenia, czy żyjący teraz, czy sto lat temu.

I jeszcze jedno – zaawansowana metryka nie usprawiedliwia braku poczucia piękna, wyobraźni, empatii, poczucia humoru. Jeśli się tych cech nie ma, to chyba się ich nigdy nie miało, wiek nie ma tu nic do rzeczy.

Estetyka.

Zdziwiłam się jak często Maud wspomina o estetycznych kwestiach. Jej bohaterka z biednej sieroty wyrosła na kobietę chwaloną za wspaniały gust, potrafiącą dobierać stroje, zwracającą uwagę na ładny wygląd nie tylko w wieku młodzieńczym, ale również w okresie gdy była stateczną matroną, która miała przecież sześcioro (!) dzieci.

Ania uważa, ze zalety ducha są wprawdzie bardzo ważne, ale na wygląd zewnętrzny również warto zwracać uwagę. W książce „Ania z Szumiących Topoli” próbuje przekonać swą nową koleżankę, Juliannę, powszechnie nielubianą, nieciekawie ubraną dziewczynę, że warto o siebie trochę zadbać.

„Stroje są bardzo ważne – rzekła Ania, czesząc Juliannę  (…) – wiele osób mogłoby ładnie wyglądać, gdyby tylko zadało sobie nieco trudu. Trzy tygodnie temu w kościele rozmyślałam o otaczających mnie ludziach i starałam się ich upiększyć. Skręciłam włosy Miry Addisonn (..) Emilkę Dil ubrałam na niebiesko, a nie na brązowo, a Charlotcie Blair kazałam włożyć suknię w paski, zamiast tej okropnej kraciastej (…) Po tych zmianach z pewnością byś ich nie poznała. Co więcej, sami mogliby ich dokonać”.

Ania ma duży zmysł artystyczny – gdy wydaje eleganckie obiady, przyozdabia stół roślinami z ogrodu, paprociami i dużą ilością kwiatów. Jest to wprawdzie uważane za dziwactwo, zwłaszcza przez bardziej tradycyjne gospodynie, ale i tak wszyscy przyznają, że potrafi przeobrazić jadalnię w magiczne miejsce. Jest zwyczajną żoną wiejskiego doktora, a jednak bardzo lubi otaczać się pięknem. Wydawałoby się, że takie dbanie o estetykę to znak naszych czasów, czasów kanałów społecznościowych i chwalenia się nowymi kubkami i świecami na Instagramie, w klimacie coraz bardziej wyświechtanego hygge. Ale jednak nie tylko. Gdy Ania urządza swój Wymarzony Domek w Glen St Mary jej gość, kapitan Jim, mówi tak:

Teraz doprowadziła pani swój domek prawie do doskonałości (..) Pani Selwyn miała taki sam dobry gust jak i pani i ona również dokonywała cudów; ale w owych czasach ludzie nie znali ani takich pięknych firanek, ani obrazów, ani też uroczych drobiazgów jak teraz (…) Ja byłbym zupełnie szczęśliwy, nawet gdybyśmy nie rozmawiali podczas naszych wizyt; wystarczyłoby mi samo patrzenie na panią, na panine obrazki i kwiatki. Wszystko to takie cudowne, cudowne.”

Zło.

W tym świecie wypełnionym statecznymi damami i dżentelmenami w powozach, białymi werandami nadmorskich willi  zdarzają się też pęknięcia. W jednej z książek opisany jest pogrzeb niejakiego Piotra Kirka – po rutynowym nabożeństwie, w którym o zmarłym mówiono w samych superlatywach, na ambonę wyszła jedna z parafianek, która wyrzuciła z siebie prawdę, o której wszyscy przecież wiedzieli. Otóż Piotr maltretował swoje kolejne żony, stworzył im w domu piekło. Wracając z kościoła Ania zastanawia się (tak jak pewnie każdy z nas czasem), kto dał nam prawo do szczęścia, gdy obok ludzie cierpią.

Jest też historia małego chłopca, który zmarł w wyniku brutalnego bicia przez przybranych rodziców, a po śmierci ponoć straszył w opuszczonym domu. Wszyscy wiedzieli co się działo w tym domu, nieszczęsne dziecko niejednokrotnie błagało o litość, ale nikt nie chciał zadzierać z jego ojczymem, który był bardzo porywczy. Jak widać znieczulica społeczna nie jest zjawiskiem nowym.

Ciąże i porody.

Z wiadomych względów bardzo zainteresowały mnie w książkach tematy ciąży, porodów, wychowywania dzieci oraz utrzymania domu. Rety, taka jestem fascynująca, a moje życie takie szalone!

Ciąża stanowiła wówczas swoiste tabu. Nie mówiono o niej zbyt dużo, jedynie kilka wspominek, że Ania czeka na swoją niespodziankę, że liczy, że wszystko będzie dobrze. Porody oczywiście odbywały się w domach, a na czas porodu starsze dzieci odsyłano do krewnych lub przyjaciół, nie mówiąc im nic zupełnie co się dzieje – poza enigmatycznym „mama jest chora”. W ten sposób chroniono dzieci przed stresem, bo porody dużo częściej kończyły się nieszczęśliwie.

W książce „Wymarzony Dom Ani” jest jeden bardzo smutny rozdział na temat narodzin dziecka, ale nie będę Wam spoilerować. W późniejszych częściach autorka wspomina, że po narodzinach piątego dziecka, Shirley’a, Ania dużo chorowała i nie mogła wstawać przez kilka miesięcy. Z treści można wywnioskować, że był to bardzo skomplikowany i długi poród, ale nic nie jest napisane wprost.

Młode mamy, podobnie jak obecnie, dostawały w prezencie wyprawki od przyjaciółek, z tym, że dawniej nikt nie chodził po nie do sklepu:

„Iza i Diana przysłały wspaniałe ubranka. Pani Małgorzata Linde przysłała ich kilka. Doskonały gatunek i solidna robota zastępowały misterne hafty i koronki. Ania sama przygotowała kilka ubranek, których nie sprofanowała maszyną do szycia, a nad którymi spędzała najmilsze chwile tych szczęśliwych, zimowych wieczorów.” („Wymarzony Dom Ani”).

Macierzyństwo.

Ania jako dorosła osoba żyje ze swoją dużą rodziną w obszernym domu w nadmorskiej wiosce. Żyje sobie wygodnie, zajmuje się ukochanym ogrodem, ma czas na rozwiązywanie dziecięcych problemów, a to wszystko dlatego, że nad domem czuwa stara i brzydka gosposia (co jest projekcją moich marzeń!).

Podoba mi się łagodne, pełne ciepła macierzyństwo w wykonaniu Ani. Jej zrozumienie dla dzieci. To przecież lektura z początku dwudziestego wieku, a niejeden współczesny rodzic mógłby się uczyć uważności, szacunku, traktowania na poważnie swoich małych ludzi. Ale jest też w książce fragment, w którym bohaterka ma dość. Tak, naprawdę! Dawniej kobitkom też zdarzało się mieć po dziurki  w nosie codzienności!

„Walter, czy nie uważasz, że mógłbyś chociaż raz odłożyć coś na miejsce? Nan, nie mam pojęcia gdzie jest siedem mórz. Na litość boską nie zadawaj mi ciągle pytań! (..) Ania pobiegła na górę by uniknąć zasmuconych spojrzeń dzieci. Niespokojnie chodziła po swoim pokoju. Co się z nią dzieje? Czyżby stawała się jedną z tych okropnych, nieznośnych i zrzędliwych kobiet?

Ostatnio wszystko ją denerwowało.

Irytowały ją pewne cechy charakteru Gilberta, które dotychczas wcale jej nie drażniły.

Była zmęczona i znudzona wiecznymi obowiązkami, monotonią dnia codziennego i zaspokajaniem zachcianek rodziny.”

No, piąteczka, Aniu! :)

Schyłek epoki. Wojna.

Podobnie jak autorka tych rozważań, Ania również obawiała się upływającego czasu. A czas upływał nieubłaganie, kończyła się ta piękna, romantyczna epoka długich sukien, kapeluszy i powozów, świat zmieniał się gwałtownie.

„Ania uśmiechnęła się i westchnęła. Pory roku, które małej Rilli wydawały się tak długie, dla niej mijały zbyt szybko. Skończyło się kolejne lato, ustępując miejsca złocistopurpurowej jesieni. Wkrótce już, za kilka lat dzieci ze Złotego Brzegu przestaną być dziećmi. Ale na razie jeszcze należały do niej.” („Dolina Tęczy”).

A potem wybucha pierwsza wojna światowa. Ta dziwaczna wojna, która z jednej strony przypomina jeszcze zmagania strategów rodem z czasów napoleońskich, a z drugiej ma już cały morderczy arsenał maszyn do zabijania. Czołgi wprawdzie uroczo nieporadnie wywracają się na wertepach, a aeroplany fruwające nad polami walk wywołują raczej uśmiech rozbawienia. Ale ta śmiesznie wyglądająca na filmach wojna, z szybko przemieszczającymi się ludzikami wcale nie była śmieszna. Pociski i gazy bojowe zabijały naprawdę. Ludzie cierpieli, żołnierze odchodzili od zmysłów w okopach. Pod Sommą w czasie kilkumiesięcznej bitwy zabito po obu stronach.. tak, wiem, to nieprawdopodobne. Milion. Milion żołnierzy! Ale początkowo nikt nie chciał uwierzyć w koniec pokoju.

„Dzięki Bogu on nigdy żołnierzem nie będzie (..) przypuszczam, że cały świat się nareszcie ustatkował.”

Tak mówiła panna Kornelia niedługo przed zabiciem arcyksięcia na Bałkanach. Chwileczkę, jak to było? Populiści u władzy, coraz więcej nacjonalizmów, dziwnie pojmowanego patriotyzmu, niechęci do obcych. I tak narastał ten wyścig zbrojeń i wzajemnych antypatii. Brzmi znajomo?

„Wszystko to nastąpiło z szybkością gromu. Jeszcze kilka dni temu nikt nie pomyślałby o czymś podobnym (…) Wojna była straszną, obrzydliwą rzeczą, zbyt straszną i zbyt ohydną, aby mogła się zdarzyć w dwudziestym wieku między cywilizowanymi narodami.” („Rilla ze Złotego Brzegu”)

A jednak. A jednak zdarzyła się między cywilizowanymi narodami, a potem działo się jeszcze wiele koszmarnych rzeczy, dwudziesty wiek właśnie z nimi się kojarzy, a dwudziesty pierwszy wcale nie jest lepszy. Warto słuchać przestróg płynących z historii.

A teraz trochę milszy temat, na zakończenie, czyli co też Lucy Maud Montgomery pisała o dzidziusiach.

Dzidziusie.

Wspomnienie przyszło do Ani, gdy jej najstarszy syn wyjeżdżał do Europy na wyżej wspomnianą wojnę, tymi słowy zwróciła się do swej gosposi:

„Zuzanno, przypominam sobie wyraźnie tę noc, kiedy płakał wzywając mnie do siebie. Miał wtedy zaledwie kilka miesięcy. Gilbert prosił, bym nie podchodziła do kołyski i nie rozpieszczała dziecka. Ja jednak poszłam, wzięłam go na ręce, a on opasał moją szyję swoimi małymi rączętami. Zuzanno, gdybym wtedy tego nie uczyniła, owej nocy, przed dwudziestu laty, gdybym nie utuliła mego dziecka, z pewnością nie mogłabym tak odważnie oczekiwać jutra.”

To były czasy popularności teorii „zimnego wychowu” wymyślanych przez pseudonaukowców typu John’a B. Watson’a. Twierdzili oni, że dzieci nie wolno rozpieszczać poprzez przytulanie, a odpowiednia tresura potomstwa powinna odbywać się nawet, jeśli ceną są strach i łzy maluchów. Jeśli już rodzic musi, to może pocałować dziecko w czoło na dobranoc, i tyle. Żadnych sentymentów, żadnych czułostek! Najbardziej przerażające jest to, że ksiażki behawiorystów-pedagogów sprzedawały się w olbrzymich nakładach i były uważane za wiarygodne źródło wiedzy przez wiele dekad. To również musiało mieć wpływ na okropności dwudziestego wieku, całe pokolenia wychowywane bez bliskości i empatii, bez uczuć! Nieludzcy ludzie do wykonywania nieludzkich rozkazów.

Na koniec tego rekordowo długiego wpisu mój ulubiony fragment z ostatniej książki – „Rilla ze Złotego Brzegu”, a w nim wątek okazywania miłości niemowlakom, zupełnie wbrew powyższym teoriom. Gwoli wyjaśnienia – córka Ani, Rilla, zajmowała się wojenną pół-sierotką, Jasiem. Zajmowała się nim jedynie z poczucia obowiązku, bo nie żywiła do dziecka żadnych głębszych uczuć. I oto pewnego razu Jaś obudził się w środku nocy i zapłakał, jak na rasowe niemowlę przystało.

„Rilla postanowiła pozwolić mu się wypłakać. Kierowała się zresztą metodą Morgana. Wszakże Jasiowi było ciepło, fizycznie czuł się dobrze i był najedzony. W takich okolicznościach nie należało go psuć pieszczotami (..) niech sobie popłacze, aż się zmęczy i zaśnie.”

Ale Rilla leżąc w łóżku zaczęła z empatią myśleć o dziecku  :

„Przypuśćmy, że ja jestem takim małym, bezradnym stworzeniem pięciomiesięcznym, mam ojca gdzieś daleko we Francji, a matkę, która by się o mnie troszczyła, głęboko w grobie na cmentarzu. Przypuśćmy, że leżę w kołysce w dużym, ciemnym pokoju i nikogo nie ma, kto by się o mnie zatroszczył (…) że nie ma ani jednej ludzkiej duszy na świecie, która by mnie kochała (…) Czy nie czułabym się opuszczona i pozostawiona bez opieki?

Wyskoczyła z łóżka. Wyjęła Jasia z kołyski i położyła go na łóżku obok siebie. Rączki jego były zupełnie zimne. Lecz nagle przestał płakać. I wówczas, gdy przytuliła go do siebie w ciemnościach, Jaś nagle zaśmiał się głośnym, prawdziwym, szczerym, wesołym, pełnym zachwytu śmiechem!

Ach, ty kochane maleństwo! – zawołała Rilla – Taki jesteś uradowany, że masz kogoś przy sobie? (..) W tej chwili dopiero zorientowała się, ze ma ochotę go pocałować i natychmiast to uczyniła. Całowała jego gładką, pachnącą głowkę, jego pucołowate policzki i małe, zimne rączęta (..) Jakaś szalona radość i duma owładnęła całą jej istotę. Nigdy jeszcze nie zaznała takiego uczucia.”

Ten ostatni fragment jest mi szczególnie bliski. Gdy go czytam, to.. nie śmiejcie się, ale jakieś ciepłe uczucie i rodzaj wzruszenia mnie ogarnia. I zdumienie, że w gruncie rzeczy pewne sprawy są niezmienne. Że matczyna duma, że słodycz niemowlaka przytulonego zimną nocą w ciepłym łóżku to nie tylko moja historia, nie tylko Twoja. Lecz całych pokoleń rozmaitych mam, w różnych epokach, pod wszelkimi szerokościami geograficznymi. Że to coś naprawdę uniwersalnego.

To tyle dziś ode mnie. Rozpisałam się poważnie, więc teraz Wy dajcie znać w komentarzach co z dawnych czasów zaciekawiło Was najbardziej.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

19 komentarzy

  • Reply Zuzia 25/01/2017 at 21:00

    Wspaniały wpis:-) Tak sobie myślę, że w wychowaniu trzeba słuchać intuicji a nie modnych akurat metod bo intuicja matki nie może się mylić.

    • Reply Agata / Ruby Times 26/01/2017 at 12:07

      Tak, a metody przychodzą i odchodzą.

  • Reply At 26/01/2017 at 06:54

    Zachwycona jestem w jaki sposób to opisujesz! Najbardziej mnie rozczulil fragment o malym Jasiu, takie to życiowe jest

    • Reply Agata / Ruby Times 26/01/2017 at 12:07

      Naprawdę, rozczulające. wiem :)

  • Reply Indicativusitd. 26/01/2017 at 08:18

    Niemowlę przytulone do mamy w zimną noc <3 Naprawdę uniwersalne i piękne. Najpiękniejsze, co mnie do tej pory spotkało.
    Nigdy nie czytałam "Ani" w opisany przez Ciebie sposób. Może czas spróbować! :)

    • Reply Agata / Ruby Times 26/01/2017 at 12:09

      Bo w Ani dużo romansowych wątków, takich banalnych niejednokrotnie, niemal każda poboczna historyjka kończy się happy endem, czyli ślubem. Bo przecież w tamtych czasach był tylko jeden słuszny happy end.
      Ale całe tło historii jest bardzo ciekawe. I fajny klimat mają ogólnie te książeczki :)

  • Reply Kasia 26/01/2017 at 10:04

    Zainspirowałaś mnie aby odszukać na strychu swoją serię o Ani :)

    • Reply Agata / Ruby Times 26/01/2017 at 12:09

      Z pewnością miło spędzisz z nią czas!

  • Reply e-milka 26/01/2017 at 11:53

    Z Ania nie bylo mi po drodze. Najpierw pani binliotekarka powitala mnie „Mam tu cos dla Ciebie. Powinna Ci sie spodobac, to ksiazka dla dziewczynek.” „Dla dziewczynek, zapytalo moje kilkuletnie ja, nie, nie biore”. Ale pozniej troche wzielam i przeczytalam wszystkie tomy. Ale wiesz co mnie napawalo smutkiem? Ze Ania rosnie i dorosleje a ja chcialam ja widziec zawsze taka sama. Rilla chyba najbardziej mi sie podobala, bo byla mala awanturnica. A wiesz co bylo moim lekarstwem na chandre? „Blekitny zamek” tej samej autorki. Historia, ktora Magdalena Samozwaniec obsmialaby na pewno. W skrocie – ona, lat dwadziescia kilka, dla rodziny „stara panna”, czytajaca potajemnie ksiazki przyrodnicze, dowiaduje sie, ze jest nieuleczalnie chora. Postanawia zaczac zyc – lamie konwenanse opiekujac sie umierajaca mama „bekarta”, zawiera znajomosc z podejrzanym bo nowo przybylym mieszkancem, prosi go o reke (sic!), by nie umrzec w staropanienstwie i… Uwielbialam to i czytam po raz enty do dzis.

    • Reply Agata / Ruby Times 26/01/2017 at 12:06

      Słyszałam o tej książce. To musiało być wielkie tabu pisać o dzieciach nieślubnych wtedy! W żadnej „Ani” nie pojawia się taki wątek :)

      • Reply e-milka 26/01/2017 at 16:26

        Nigdy sie nad tym nie zastanawialam, ale chyba masz racje. To by tlumaczylo, dlaczego ta nieszczesna dziewczyna musiala umrzec, choc widac tez po czyjej stronie jest autorka kazac glownej bohaterce zajac sie ta „upadla”, a jej ojcu nie wyrzec sie mimo „hanby”. Polecam – szmira, ale taka od ktorej sie robi cieplo na sercu.

        • Reply Agata / Ruby Times 27/01/2017 at 21:10

          Przeczytam!

  • Reply Pola - Odpoczywalnia 26/01/2017 at 13:45

    Uwielbiałam Montgomery całą (i Błękitny zamek też, i Janę ze wzgórza latarni). Tez do niej wróciłam jakiś czas temu, bo to takie książki – otulacze, jak kocyk i gorąca czekolada w zimny dzień, jak rosołek podczas przeziębienia, termofor do zimnego łóżka i spokojny jazz w niedzielne popołudnie. Robi się od nich błogo, przytulnie i miło:)

    • Reply Agata / Ruby Times 27/01/2017 at 21:10

      Idealne porównania :)

  • Reply Monia 27/01/2017 at 22:54

    Musze przeczytac znowu Anie! Cudowny wpis. W glowie mi sie nie miesci, ze moze byc jakas mama co nie przytula swojego dziecka. Ile teorii by mi Nie nawciskali, to bym nie mogla.

  • Reply Magda 28/01/2017 at 21:57

    Bardzo lubiłam Anię. Czytałam ją jako lekturę w podstawówce więc chyba nie dostrzegałam w niej wielowątkowości. Ze 2, 3 i tyle. Chętnie do niej wrócę bo nadal ją lubię :) I przeczytam pozostałe części. Dzięki za przypomnienie tak pięknych i ciepłych opowieści.

  • Reply Kasia od Bliźniaków 31/01/2017 at 13:17

    Super wpis :) muszę wrócić do Ani i odnaleźć kilja mądrych rad dla siebie :)

  • Reply Joaleks 31/01/2017 at 23:03

    Czytam regularnie, szczególnie jesienią i zimą:) większość tomów od tego zaczynania rozpada się mi w rękach… te książki są naprawdę jak balsam na duszę, w sam raz na zimową chandrę:) ale czytam też właśnie ze względu na przedstawiony świat, relacje międzyludzkie – tyle tam uniwersaliów! Autorka była rewelacyjną obserwatorką! Poza tym przemyciła mnóstwo informacji na temat codziennego życia zwykłych ludzi w tamtych czasach… domowe sposoby na usuwanie piegów, pilnie strzeżone przepisy na konfitury, pieczone od święta ciasta z 30 jaj ;) to są dopiero klimaty!:) na fragmenty o dzieciach muszę zwrócić uwagę, odkąd jestem mamą nie czytałam dalszych części… cytat rozpoczynający się od „wszystko ją denerwowało” boski :D

    • Reply Agata / Ruby Times 01/02/2017 at 16:06

      Właśnie najbardziej podobają mi się te przemycone informacje o codzienności. A pózniejsze książki uważam obecnie za najlepsze – od Wymarzonego Domu Ani do Rilli.

    Napisz, co o tym sądzisz