Codzienność

Zaklinam rzeczywistość

Gdy z trudem odlepiam górną powiekę od dolnej już dociera do mnie, że dzień nie będzie lekki. Przypominam sobie, że mąż dokonał już dezercji, a teraz pędzi w najlepsze w naszym małolitrażowym rumaku do swojego miejsca pracy. Byłoby to podłe powiedzieć, że trochę mu zazdroszczę, ale jednak. Wypełnia mnie mieszanina zazdrości i współczucia. I jestem przekonana, że on czuje dokładnie to samo, gdy myśli o mnie w tej chwili.

To jeden z tych dni, gdy zostaję sama w domu z dziećmi. Z WSZYSTKIMI dziećmi. Takie dnie zdarzają się regularnie –  a to ferie, a to nader częsty pracujący weekend, a to jakaś choroba. Wprawdzie jeszcze w łóżku, w ciepłej piżamce, ale gdzieś tam wewnątrz czaszki już rodzi się niepokój, który zwiastuje dzień pełen wyzwań.

Nie są to bynajmniej jakieś spektakularne zadania. Mam jedynie spędzić dzień z trójką małych człowieków, sprawić, by się wzajemnie nie pozabijali, by byli relatywnie czyści, najedzeni i zadowoleni z życia, a dom w międzyczasie nie wyglądał jak po przejściu tornado. Jedynie.

Jakiś czas temu postanowiłam zacząć zaklinać rzeczywistość. Nie wyczytałam tego w żadnym poradniku, nie znalazłam nowej teorii wychowawczej, ani nawet modnej filozofii życiowej. Uznałam po prostu, że.. skoro zostaję z dziećmi sama w domu, to zamiast marzyć o chwili spokoju, zamiast fantazjować o wystawieniu dzieci za drzwi balkonowe i wizualizować sobie jak się dobijają małymi rączkami prosząc, by je wpuścić z powrotem do środka.. Że może zamiast tego zrobię coś, byśmy wszyscy dobrze spędzili czas.

Zaklinam więc od rana.

Powinnam zacząć dzień od zwleczenia się z łóżka, zrobienia dzieciom mleka, a potem pogrążyć się w kuchennych zadaniach, ugrzęznąć między pralką, a zmywarką, ale nie. Nastawiam wodę na herbatę. Biorę tacę, migdały, suszone śliwki (to opóźni śniadanie, da mi więcej operacyjnego czasu). Zamiast stać w kuchni i owijać się szlafrokiem, który tylko trochę gasi tęsknotę za ciepłym łóżkiem, ja.. po prostu wracam do łóżka.

Nie jest to wprawdzie jeden z tych dni, gdy zostaję w sypialni sama, mogę czytać książkę, spijać piankę z kawy, no cóż, nie można mieć wszystkiego. Ale czy jest to gorszy dzień?

Nieeee.

Jest świetny! Najpierw przewijam mojego niemowlaczka, przebieram w dzienne ubranko, zabieram na wycałowywanie w łóżku i karmienie. Gdy już jest szczęśliwy i zadowolony, wkładam go ostrożnie do kojca/łóżeczka, do środka wrzucam tak ze trzydzieści zabawek, a dla lepszego efektu odpalam jeszcze muzę z gramofonu.

Herbata gotowa. Starszaki razem ze mną pakują się do łóżka. Tłumaczę im, że robimy sobie takie małe przyjęcie. Że sobie świętujemy po prostu miły, leniwy dzień, bo jesteśmy wszyscy razem. Generalnie dużo powodów do tego, by się cieszyć! Dzieci podłapują entuzjazm. Jednak wyspana mama to zupełnie inna osoba, niż to zombie przejechane przez walec, które czasem widują jak w kuchni przypala mleko, jednocześnie dziwacznie trąc oko, jakby zaraz miało jej wypaść.

Ta mama jest zupełnie inna! Uśmiecha się, ma pomysły jak spędzić dzień. Tłumaczę, że nie ma skakania po łóżku, wierzgania nogami – jeśli chcą uczestniczyć w zabawie, to muszą zaakceptować zasady. I możecie uwierzyć lub nie, ale spędzamy przemiłą godzinę zakopani w kocach. Pijemy herbatę z malutkich kwadratowych czarek, a ja opowiadam dzieciom jak dawno, dawno temu ten czajniczek kupił dla mnie na urodziny ich tata (wówczas jeszcze żaden tata) w czeskiej herbaciarni. Potem oczywiście do łóżka trafiają miecze ninja i książka, którą musimy wspólnie przeczytać.

Przytulamy się. Myślę o tym, że jeszcze trochę i nie będą chcieli pod jednym kocem siedzieć z matką, że może zamiast wystawiać ich w myślach za drzwi i przewracać oczami, może warto poświęcić im czas. Pokazać, że ja też się z nimi dobrze bawię, ale wszyscy musimy się nieco postarać. Ja – będąc bardziej aktywną (niż zombie), oni – nie wrzeszcząc zbyt głośno i nie rozlewając herbaty na pościel. I dajemy radę. Herbata ląduje w buziach, suszone śliwki i migdały też. Bałaganu zero. Lolek tańczy w łóżeczku i wysyła nam promienne uśmiechy.

Mówi się, że dzieci nasiąkają naszym stylem życia, dlaczego więc nie mogłyby nasiąknąć wylegiwaniem się w łóżkach w chłodny marcowy poranek? Wylegiwanie jest fajne – próbuję więc zaszczepić w dzieciach tę myśl, a mam w tym swoje własne hedonistyczne, wcale nie ukrywane motywacje.

Potem dzień toczy się jak zwykle. Są awantury małe i większe, ludziki Lego Ninjago atakują mnie w kuchni, trup zabawkowy ściele się gęsto po podłodze salonu, a ja przypominam sobie rym, którego tak nienawidziłam w dzieciństwie. „Agata nogą zamiata!”, wówczas oburzona odpowiadałam rodzicom, że szczoteczką zamiatam! A teraz? Teraz chodzę po domu, raz nogą sprzątnę Hulka, raz wyścigówkę, innym razem pistolet zbudowany z klocków. Celny kopniak prosto do pokoju dzieci i już, harmonia salonowa wraca.

Prozą namalowany ten mój dzień: pranie, gotowanie, okruchy pod krzesełkiem Lolka w rekordowych ilościach, prowadzenie pertraktacji pokojowych, wzloty i upadki, chwile rozczulenia, gdy patrzę na nich pogrążonych w zabawie, wymyślających nowe konstrukcje, nowe nazwy, tak kreatywnych małych ludzi.

Gdy Młody pyta co to znaczy „podłe czyny”, a zaraz później co to znaczy „wygramolić się”, oraz „ewakuować”.

„Mamo, co to znaczy >na progu sieni<?”

A Kropka:

„Mamo, cy ja mam impulsy w nodach?”

„Mamo, cy to pjawda, ze odień to zywioł? Bo tata powiedział, ze odień to zywioł!”

Nasza dniówka daleka jest od różu, z tęczą, błękitnym obłoczkiem i radosnym jednorożcem wierzgającym białymi kopytkami. A dzieci są jak wszystkie inne dzieci – potrafią być męczące, upierdliwe, potrafią zrobić godzinną aferę o byle klocek, o byle maskotkę, o zły kolor spodni. Albo histerę z wierzganiem nogami, bo mamy wyjść z domu, a któreś akurat nie chce wyjść. Zaklinanie rzeczywistości czasem się udaje, a czasem już rano jest taka atmosfera, że wiesz, że nic się nie uda.

Ale.. gdy humory względnie dopisują, można czasem spróbować. Małe przyjęcia robione z dziećmi, atmosfera odświętności, działająca na ośrodki nagrody w małych głowach, oczarowanie ich jakimś nowym pomysłem. Gdy sama mam entuzjazm, oni łatwo go przejmują, sami są wówczas w lepszym nastroju. I dzień płynie, może nie bezboleśnie, ale jednak na dużym znieczuleniu ogólnym. Poranek mija wypełniony obowiązkami, byle do drzemki dzidziusia i odpalenia bajki.. a potem już z górki. Jeszcze tylko pięć godzin, patrzę na zegarek, pięć godzin i wróci mąż, będzie cudownie.

Właśnie tak zaklinam ostatnio rzeczywistość.. chociaż nazwy „zarządzanie chaosem” oraz „minimalizowanie dramatu” są równie adekwatne.

W CV se wpiszę.

 

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

1 Komentarz

  • Reply e-milka 10/03/2017 at 17:09

    :) Sie wie, ze w „siwi”. Oddzwonimy do Pani na pewno.

  • Napisz, co o tym sądzisz