Codzienność

Under pressure

Każde z nich jest indywidualną jednostką, potrzebującą odpowiedniego podejścia. Każde obserwuje, myśli, kombinuje, wyciąga wnioski. Czuje, kocha, nienawidzi, wpada w histerię, wzrusza się, boi. Każde potrzebuje czasem pilnego przytulenia się.

Każde zadaje pytania, od tego najmłodszego z elementarnym: „Co to?” po starsze, zainteresowane czym są „wyszarzałe łachmany” lub dlaczego ogień jest żywiołem. Każde ma moment w czasie dnia, gdy potrzebuje sto procent naszego czasu, akceptacji i zapewnienia o wielkiej miłości.

Czasem naiwnie myślę sobie, że można być równie dobrym (w sensie – obecnym, uważnym) rodzicem, bez względu na to, jak dużą liczbę potomstwa się posiada. Przecież odchowa się te dzieci, nakarmi, ubierze, przeczyta ksiażkę, pocałuje na dobranoc. Jakoś się to wszystko ułoży, nie my pierwsi mamy dużą rodzinę.

Bywa też, że rzeczywistość i jej naturalizm przywołują mnie do porządku i stawiają pod ścianą na baczność. Wtedy to przełykając łzy bezsilności przyznaję, że..

Jakość rodzicielstwa ma ścisły związek z ilością dzieci.

Obserwuję czasem rówieśników moich dzieci, którzy są jedynakami. Nie powiem, że są szczęśliwsi, że mają lepiej, bo wiadomo, że rodzeństwo jest bezcennym darem (chociaż może nie zawsze docenianym przez obdarowanego), ale jest też druga strona medalu. Liczba aktywności, które mogą dzielić ze swoimi rodzicami – podróże, basen, boisko, dodatkowe zajęcia, realizowanie hobby. Bo jedno dziecko to zawsze trochę więcej grosza, czasu, więcej możliwości, by skoncentrować się na jego potrzebach.

Przykładowo, gdy Młody miał roczek, jeździliśmy z nim na basen. Potem była druga ciąża, lekarz zabronił, z dwójką byliśmy może kilka razy, następnie znów ciąża, noworodek w domu, czasu brak, obecnie na basen nie jeździmy wcale.

Ten brak czasu! Patrzę na stopy mej córki ze zgrozą, bo pilnie wymagają pedicure’u, ale zaraz zapominam, bo Lolek, który właśnie nauczył się chodzić, ucieka mi w stronę schodów. Innym razem karmię właśnie najmłodszego, gdy Kropka domaga się czesania. Nie teraz, kochanie. Później. Pięć godzin później patrzę na jej rozwichrzone włosy a la Kurt Cobain, ale jeszcze bardziej grunge’owe, z wtartym zbilansowanym posiłkiem. I o jej zębach zapomniałam, cholerka, pół dnia nieumyte!

Innym razem zasiadam z Kropką w łazience, ona wybiera spineczki, ja robię jej piękny koński ogon, ale uwijam się jak najszybciej, bo Lolek się rzuca w krzesełku w kuchni, wrzeszczy rozpaczliwie, już chce wyjść, głową uderza w oparcie.

Czasem Młody prosi o objaśnienia obrazków w encyklopedii przyrodniczej, gdy akurat muszę utulić malucha do snu. Znamienne, że Kropka nauczyła się spędzać czas samotnie przy kuchennym stole rysując i słuchając bajek z radia.

Kiedyś wieczorem wyjątkowo długo usypiałam Lolka, a męża nie było w domu. Wytłumaczyłam córce, że przyjdę do niej gdy braciszek będzie spał i zostawiłam samą w pokoju. Gdy przyszłam wreszcie po godzinie ona już niemal spała, a dookoła w pościeli poukładane były wszystkie książki, które chciała poczytać wraz z mamą. Wielkie tomiska o pszczołach i zwierzętach, bajki o księżniczkach, historie o wulkanach i oceanach. Wśród nich przysypiała mała dziewczynka, która od razu się obudziła, gdy tylko usłyszała moje kroki. „Och, jesteś! – ucieszyła się, otwierając zaspane oczy – „tak na ciebie czekałam!”.

W czasach korpo miałam często pół godziny na ogarnięcie kilkudziesięciu spóźnionych kalkulacji na takie sumy, że aż w głowie się mogło zakręcić. Gorąco się robiło pod czaszką, ale jechałam z tym koksem, „wyluzuj, mała, dasz radę, skoncentruj się, jedno zadanie, a zaraz potem następne. Na spokojnie, odhaczasz, nie daj się wyprowadzić z równowagi…”

A teraz?

Wrzask z krzesełka do karmienia, najmłodsze rzuca się w poszukiwaniu kolejnej kromki, kroisz, smarujesz masłem, a międzyczasie „mamo, proszę wodę”, „mamo, chlebka”, „JA CHCĘ KECZUP!” – „nie tym tonem, kochanie, powiedz to jeszcze raz!” – „poproszę keczup!” – „o, bardzo ładnie, już wyciągam z lodówki”. „MAMOOO, GLUUUT, chusteczkę, szybko!” – „już, proszę, masz” – „ŁAAAAAA” – „Lolku, twoja kromka, ale nie rzucaj tym jedzeniem” – „Kropko, nie stój na krześle, bo zaraz spadniesz” – „Mamoo, a dlaczego są choroby?” – „Mamo, spadł mi pomidor” – „Mamo, dzidziuś chyba robi kupę” – „Mamo, wylało mi się na sukienkę” – „mamo, ała, spadłem z krzesła, tu boliiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii” – „mamo, on mnie uderzył”.

Mogłabym tak bez końca, a te wszystkie komunikaty padają zazwyczaj przeciągu kilku minut, czuję się trochę jak rajdowiec, któremu pilot napiernicza do ucha szybkimi poleceniami, a niewykonanie ich już-teraz-natychmiast może mieć bardzo poważne konsekwencje. Sterowana dużą dawką decybeli funkcjonuję więc ze stale podwyższonym poziomem adrenaliny, jak ten Hołowczyc na offroadowych wertepach. Ale i tak jest całkiem spoko, dopóki stadko jest zdrowe.

Bo jakość rodzicielstwa w dużej rodzinie właśnie wtedy zaczyna się dramatycznie pogarszać, gdy dzieci są osłabione.

Początek tegorocznego kwietnia spędziłam jeżdżąc na ścierce, zmywając wszelkie rodzaje zanieczyszczeń organicznych z podłóg, codziennie mając ekstra porcję ubrudzonych ciuchów oraz pościeli.

Nie wiedząc w którą stronę spojrzeć – czy iść do ząbkującego niemowlaka, cierpiętnika z rączką dramatycznie wciśniętą do buzi? Czy może do gorączkujacej, rozgrzanej dziewczynki, aż czerwonej na całym ciałku od wysokiej temperatury? Czy do słabego starszaka, który z paskudnym żołądkowym wirusem zaległ na kanapie, niemal nie jedząc przez tydzień.

A może zrobić wyliczankę: ene, due, rabe – raz, dwa, trzy – kompleksową opiekę dostaniesz Ty! Właśnie wtedy pomyślałam o jedynakach. Gdyby to jedynak leżał na kanapie w towarzystwie paskudnego wirusa, to miałby zapewne najlepszą opiekę mamy, tymczasem Młody cierpiał tam zupełnie sam, skulony w kłębuszek, słabiutki tak bardzo, że nie miał siły poprosić o cokolwiek. A przez to, że się nie dopominał, to był ostatni na liście do zaopiekowania, po ząbkującym maluchu, po gorączkującej siostrze. Takie prawo dżungli.

Serce rozsypywało mi się na kawałki. Bo mam tylko dwie ręce do przytulenia, tylko jedną dobę, której nie da się rozciągnąć choćby się chciało.

I w tej chwili największego stresu przyszła do mnie gorzka myśl, że nie da się zachować wysokiego poziomu opieki, troskliwości i uwagi, gdy wszystkie dzieci potrzebują rodzica w tym samym momencie. Miłość jest, o tak. Olbrzymie ilości! Wraz z narodzinami każdego kolejnego dziecka pojawiają się jej kolejne coraz bardziej gigantyczne dawki. Tylko czasu niestety nie przybywa.

Wiem, że to dość pesymistyczne wnioski i pewnie powinnam zakończyć jakimś optymistycznym akcentem, by nie pogrążyć w rozpaczy młodych mam, które marzą o dużej rodzinie. Ale jedyna optymistyczna rzecz, jaka przychodzi mi do głowy to taka, że warto. Że bywa cholernie ciężko i nie da się uniknąć sytuacji, w której dzieci będą w jakiś sposób poszkodowane przez brak czasu, uwagi lub możliwości. Za to zyskują najlepszych kompanów, najbliższych na świecie ludzi, którzy będą obok nich kroczyć przez całe życie.

Miewam wyrzuty, że nie wspieram naturalnej ciekawości i chęci uczenia się u moich pociech, bo akurat przewijam najmłodszego, albo rozwieszam pranie. Że tak często zostawiamy ich samym sobie. Obserwuję czasem, jak dzieci w ich wieku pływają, wspinają się, uczą się języków, czy podróżują z rodzicami.

Może tak to sobie natura wymyśliła, by deficyt rodzicielskiej uwagi u licznego potomstwa zrekompensować jedyną w swoim rodzaju więzią jaka rodzi się między rodzeństwem?

Jak myślicie?

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

26 komentarzy

  • Reply Pola-Odpoczywalnia 24/05/2017 at 20:50

    Kurde no! Mało optymistycznie nastrajasz ;)
    Ja troche naiwnie i usilnie wierzę w ten ostatni akapit. Ze warto. I ze trochę mają takie dzieciaki szkołę życia. Uczą się ze nie są pępkami świata, że nie kręci się wszystko wokół nich. Uczą się empatii, porozumiewania się, solidarnosci. Uczą się samodzielności, towaru deficytowego u młodzieży w dzisiejszych czasach. Przyjaźni.
    I są jeszcze te najcudowniejsze na świecie chwile gdy wymyślają sobie zabawy i wspólnie organizują czas.
    Zobaczymy oczywiście co powiem we wrześniu:D
    Ściskam!

    • Reply Agata / Ruby Times 24/05/2017 at 21:15

      Ej, że też akurat Ty musiałaś to przeczytać :) Sorry!
      Wiesz, to były moje gorzkie wnioski po ich kwietniowym chorowaniu, tylko że właśnie tyle miałam czasu na pisanie, że dopiero teraz, po dłuuugim czasie mogłam je z siebie wyrzucić.
      Ja myślę, że trzeba być przygotowanym na to, że nie zawsze będzie różowo, ale są też liczne cudowne momenty, dla których warto to wszystko przejść!

      A Wy to i tak pewnie rozwalicie system i udowodnicie, że z trójką na luzie można przebiec maraton i wspiąć się na Mount Blanc :D I zawstydzicie nas jeszcze z pewnością! :)

  • Reply Patrycja|PatiCafe.pl 24/05/2017 at 21:37

    Hej, myślę, że masz rację. Za dawnych czasów ludzie mieli nawet po kilkanaścioro dzieci i było normalne, że te najstarsze wręcz wychowywały te najmłodsze. Z pewnością rodziła się więź między nimi i były bardziej samodzielne.
    Ale podobnie jak Ty też się zastanawiałam czy mając kilkoro dzieci jest się w stanie każdemu poświęcić wystarczająco dużo uwagi. Zadbać o indywidualny rozwój każdego z nich? Myślę, że ilu rodziców tyle opinii i doświadczeń :) Życzę dużo siły i wytrwałości no i wielu macierzyńskich radości każdego dnia :) ! Pozdrawiam, Patrycja

    • Reply Agata / Ruby Times 24/05/2017 at 21:56

      Wielkie dzięki :)

  • Reply Asia W. 24/05/2017 at 22:57

    Trochę optymistycznie powiem. Pamiętaj, że jesteś w domu właśnie przez to, że Twoja gromadka jest taaaka duża. No przecież większość mam jedynaków utknęła gdzieś w korpo paszczy i wcale też nie ma tyle czasu jak to się wydaje z boku. Idealnych domów nie ma, ale uważam, że te z duża dużą liczbą dzieci są ciekawsze i dają dzieciom wiecej możliwości poznania. No i w ogóle wszystko w nich jest „bardziej”. Na maksa :-)

    • Reply Agata / Ruby Times 24/05/2017 at 23:07

      Coś w tym jest – zapewne jako mama jedynaka już od dwóch – trzech lat pracowałabym na etacie :)

  • Reply lilka 25/05/2017 at 09:13

    Oprócz rodzeństwa dzieci mają też tatę, czyż nie? Jest komu zapełniać ewentualne braki. Zresztą jako mama licznej gromady nie wierzę, że mają jakieś deficyty… Mają wiele innych bodźców, uczą się żyć w świecie szybciej niż większość jedynaków. Są cierpliwi, wyrozumiali i pomocni, otwarci na potrzeby drugiego człowieka, bo tego wymaga od nich życie od najmłodszych lat. Każdy układ ma swoje plusy i minusy. Każdy może być wspaniały, ale też każdy może być mierny. Chcę wierzyć w to, że jednak wiele zależy od nas-rodziców. Powodzenia w codziennych zmaganiach:)

    • Reply Agata / Ruby Times 25/05/2017 at 11:54

      Dzięki i wzajemnie:)
      Jasne, że dzieciaki mają też Tatę, i to naprawdę oddanego.
      Powyższe wnioski przyszły mi jednak do głowy w czasie gdy opiekowałam się trójką chorych dzieci,a Tata w tym czasie miał dziesięciogodzinne zmiany w pracy, często na noce, plus dojazd godzinny w jedną stronę. Choćby nie wiem jak chciał zapełnić wówczas braki, utulić dzieci i wesprzeć żonę to zwyczajnie nie był w stanie.

  • Reply lilka 25/05/2017 at 12:12

    Wiadomo, że w życiu bywa różnie i trafiają się też gorsze dni. Choroby dzieci zawsze są trudne fizycznie i psychicznie, ale na szczęście mijają:) Pamiętam, że na samym początku mej macierzyńskiej drogi mając jedno małe dziecko też byłam rozdarta, też nie mogłam być zawsze tam gdzie trzeba było. Mam wrażenie, że teraz jestem bardziej dostępna dla każdego dziecka niż kiedyś dla samej Pierworodnej. Może to kwestia priorytetów, może organizacji a może zwykłej wprawy w byciu mamą:)

    • Reply Agata / Ruby Times 25/05/2017 at 12:41

      Też mam wrażenie, że mając jedno dziecko miałam o wiele większe trudności chociażby w zorganizowaniu prostych codziennych spraw – gotowaniu, praniu niż przy trójce.
      Kluczową kwestią jest jednak wiek dzieci.
      Moje starszaki – 5 lat i 3 lata mogę spokojnie zostawić w pokoju z książkami i klockami i nie potrzebują mojej pomocy w zabawie, ale rocznego chłopca, który wszystko zjada i wywraca się przy chodzeniu, bez nadzoru nie zostawiam. Muszę być obok niego, ewentualnie uwiezić go w kojcu (co robię, bo nie mam innego wyjścia) ewentualnie czekać na drzemkę. Gdy ten absorbujący wiek (od mniej więcej 8 miesięcy do 2 lat) mija, organizacyjnie robi się łatwiej. Dzieci też coraz częściej dostrzegają w niedawnym „nudnym” niemowlaku świeży potencjał do zabaw, i się zaczyna :)

      • Reply lilka 25/05/2017 at 13:16

        Każdy wiek ma swoje uroki, starsze dzieci przynoszą nowe wyzwania. Tęsknie wspominam zasmarkane nosy i przedszkolne problemy Starszaków, szkolne rozgrywki zdecydowanie mnie przerastają:p Wydaje mi się, że też charakter dzieci odgrywa sporą rolę w naszej codziennej organizacji. U mnie na przykład Pierworodna ma silny instynkt macierzyński a ja jej ciąg do maluchów skrzętnie wykorzystuję:) Zaanektowała brata do wspólnej zabawy jak miał niespełna rok. Za to syna strach zostawić samego w pokoju chociaż ma prawie osiem lat:) Jak Lolek skończy dwa/trzy latka Twój świat nabierze nowych barw i z nudów jeszcze Ci się czwarte zamarzy:p

        • Reply Agata / Ruby Times 25/05/2017 at 18:47

          Domyślam się :) Już teraz patrzę czasem na mojego roczniaka i trochę mi żal, że rośnie tak szybko.
          A, że aż tak zapytam – ile masz dzieciaków i jakim wieku – jeden ośmiolatek, starsza siostra.. i ktoś jeszcze? :D

          • lilka 26/05/2017 at 07:41

            10,8,4 i już niebawem dołączy do nas niemowlak:) Czasami jak Starszaki borykają się z jakimiś „dorosłymi” wyzwaniami to tak mi serce ściska za tym czasem, kiedy mogłam zaradzić wszystkiemu. Jak dziecko jest małe wszystko jest takie proste – spełniasz marzenia kupując upragnioną czerwoną ciężarówkę, a samą bliskością, piersią czy wspólna zabawa można utulić każdy żal, rozwiązać każdy problem. Trudy dojrzewania przede mną, ale już widać nadchodzące. Czasami nawet nie wiem jak wytłumaczyć ten świat a jak tu ukoić złamane serce? Nie budzi Cię w nocy płacz dziecka, budzisz się sama z myślą „jak ona sobie poradzi?? a co jeśli mu się nie uda??”. Miało jednak być optymistycznie, to powiem tak – gdybym miała jedno dziecko już dawno bym osiwiała zamartwiając się właśnie „jak ona sobie da radę” a tak nie mam na to wystarczająco dużo czasu, bo trzeba się też pomartwić o resztę a najmłodszej przecież jeszcze mogę rozwiać troskę tuląc w ramionach. Równowaga zachowana:)

          • Agata / Ruby Times 28/05/2017 at 18:35

            Wow, brzmi jak wspaniała rodzina!
            Z pewnością jest tak, że małe dziecko, mały problem, a duże dziecko duży. Domyślam się, że czym dalej, tym rodzicielstwo robi się bardziej wymagające, coraz więcej subtelności wymaga by jakoś dotrzeć do tych wrażliwych stworzeń.
            Ale powiem Ci, że dla mnie najtrudniejsze było to, że moje „starszaki” były w gruncie rzeczy bardzo małe, gdy pojawił się braciszek. Jedno miało cztery lata, drugie dwa. Każdemu zdarzyło się usnąć w aucie tak, że nie da rady dojść do domu,każdemu zdarzyły się maksymalnie bolące nóżki, że nie ruszy się choćby o krok. A tymczasem rodziców jest tylko dwoje. Jak wyciągnąć trójkę milusińskich z auta i zanieść na poddasze, na drugie piętro? Ośmiolatka, dziesięciolatka obudzisz po prostu. Na spacerze wytłumaczysz że jeszcze trochę trzeba iść. Dwulatek to zupełnie inny level.
            Także – z jednej strony zgadzam się, że czym są większe, tym bardziej wysublimowane wyzwania nas czekają, ale gdy są mali to za to jest wiele logistycznych problemów. Dopiero od niedawna odczuwam ten luksus, gdy starszaki potrafią przepaść w swoim pokoju na długie godziny, same jedzą, same korzystają z łazienki. Ale moment z noworodkiem, dwulatkiem i czterolatkiem to był proszę ja Ciebie hardkor jakich mało :)

  • Reply e-milka 27/05/2017 at 15:28

    Mialam jedynaczke piec lat. Bardzo charakterna, ktora w wieku lat 3 oswiadczyla mi „Mamo, nie „napisuj” mnie na nic”. Chodzilo o to, ze w przedszkolu byl dod. angielski, sport i muzyka. Wody sie niestety bala, wiec wyjscia na basen byly dosc meczace, teraz plywa jak ryba, ale przelamala sie jako siedmiolatka. Sama wybrala balet i kiedy mnie sie zaczal podobac ten pomysl – zrezygnowala i ciaganie jej nie mialo sensu. Mocno mnie hamowala, gdyby nie jej charakter bylabym „matka tygrysica”, bo mnie wtedy tak zachwycaly te wszystkie kursy dla najmlodszych. I co z tego, ze jezyki, ze balet – w gruncie rzeczy chodzi o to by wychowac krytyczne indywidualnosci, a to z pewnoscia nam sie uda. Myslisz, ze ciaganie czesto wbrew woli na zajecia to wspieranie rozwoju? Na 45 minut, czesto jeszcze godzine w samochodzie, czasu, w ktorym moglyby sie spokojnie pobawic lub ponudzic nawet. Dziecinstwo jest tylko jedno, a na zapelniony terminarz przyjdzie jeszcze czas. To jak z drewnianymi zabawkami – my, rodzice, je kochamy, ale dzieci roznie.
    Po raz pierwszy poczulam sie oszukana wlasnie w pologu z synkiem. Zostawilismy Duza w domu, by powoli i harmonijnie wejsc w nowa sytuacje. Tymczasem lezalam na naszym lozu miedzy noworodkiem na piersi a Duza, ktora miala jakas zoladkowe sensacje i czulam, ze zawodze jako matka dwojga. Ale oboje maja siebie, naprawde mysle, ze to kompensuje.

    • Reply lilka 29/05/2017 at 11:16

      Małe dzieci eksploatują nas fizycznie, starsze bardziej psychicznie:p Mała różnica wieku jest wspaniała dla dzieci, ale dla rodziców to naprawdę wyzwanie. Ruby, jesteś dzielna i teraz to już będzie tylko z górki:)

      • Reply Agata / Ruby Times 29/05/2017 at 12:10

        Będzie dobrze! Buziaki!

  • Reply e-milka 27/05/2017 at 15:49

    A jesli chodzi o nauke jezykow – przytocze anegdote. Moje dzieci sa ze wzgledu na pochodzenie trojjezyczne, wiec swiadomie zrezygnowalam z angielskiego, choc corka pozniej jednak chciala byc „napisana”. W podstawowce maja angielski od pierwszej klasy, kilkoro dzieci mialo juz w przedszkolu. Ale np. tylko moja wiedziala, jak jest snieg po ang. Zapamietala z… ksiazeczki o jednorozcach Filly, bo byla tam krolowa Snow. :) Nie martw sie nic, Twoje z takim slownictwem jak „omulki jadalne”, tak starannie dobierana biblioteczka, wreszcie z takimi predyspozycjami genetycznymi dadza rade, nawet jesli rzeczywiscie mialyby nie tak wczesny start. Oczywiscie sa tez plusy takich kursow – kilkadziesiat minut wzglednego spokoju bez wyrzutow sumienia, no bo przeciez „przed telewizorem nie siedza”. Ale walory edukacyjne sa dyskusyjne. Co innego pozniej, gdy swiadomie podejmuja wybory i chca cos osiagnac, czegos sie nauczyc.

    • Reply Agata / Ruby Times 28/05/2017 at 18:39

      Ja generalnie nie mam takiej spiny by zapisywać ich na milion zajęć, zresztą czasu na to nie mam. Ale ten basen to bym jednak chciała, jako taki family quality time. I jeszcze by Młodego wysłać na jakieś sztuki walki. On bardzo potrzebuje akceptacji, zwiększenia wiary w siebie, we własne możliwości. Jest raczej z tych intelektualnych, niż z tych sportowych. Wiem, że może mu nie być lekko, gdy podrośnie. Chciałabym by nabrał wiary w siebie. No ale nawet to raczej nie jest nam dane w tym momencie, bo zwyczajnie funduszy brak na takie atrakcje :(

      • Reply e-milka 29/05/2017 at 01:08

        Rozumiem. Basen jest rzeczywiscie byc moze jedna z niewielu sensownych mozliwosci, bo przynosi dlugofalowe korzysci. Ale wyobrazam sobie, jak trudno byloby upilnowac trojke tak malych jeszcze dzieci. Niestety, nie latwo byc intelektualista, szczegolnie chlopcem, gdzie wiadomo, ze inne walory sie licza w gronie rowiesnikow przez dlugi czas. :( Mam nadzieje, ze bedzie Wam dane. Choc z ta wiara w siebie bywa roznie, czesto jest odwrotnie proporcjonalna do tego, co dany czlowiek ma do zaoferowania swiatu, niestety.
        Piszesz o koncowce urlopu wychowawczego – zamierzasz wracac do pracy? Masz do czego wracac, czy musisz szukac od nowa?

        • Reply Agata / Ruby Times 29/05/2017 at 01:49

          Niby mam do czego wracać, ale rachunek ekonomiczny wskazuje, że jednak nie mam. 10 godzin dziennie poza domem, uciążliwe dojazdy, utrata części zasiłków, koszt żłobka.. To by było pracowanie dla samego pracowania, bez dodatkowych korzyści finansowych, niestety :(
          Będę szukać czegoś dorywczego na wychowawczym. Jakieś korekty tekstów może, jakieś zlecenia, etc.
          Najpierw zaczęłam się wysypiać, więc teraz już zaczynam się rozglądać :)

  • Reply Justyna 28/05/2017 at 15:57

    Hej!
    skoro taki gorący temat poruszony to może wypowiecie się jaka jest według Was najlepsza różnica wieku między rodzeństwem w dużej rodzinie? (spostrzeżenia, wnioski)
    Ja aktualnie jestem mamą roczniaka, marzy mi się duża rodzina, ale zastanawiam się właśnie czy lepsza dwu czy trzyletnia przerwa, choć pewnie po czasie i tak nie ma to większego znaczenia:)
    pozdrawiam gorąco:)

    • Reply Agata / Ruby Times 28/05/2017 at 18:42

      Hej, między moim pierworodnym, a jego młodszą siostrą jest dokładnie 20 miesięcy różnicy. I powiem Ci, że początki były bardzo BARDZO trudne, za to teraz są nierozłącznymi kompanami. Między najmłodszym a starszą siostrą był ponad rok i to już o wiele lepiej zniosła, może dlatego że sama była drugim dzieckiem, a może też te parę miesięcy więcej to akurat ten wiek, gdy dziecko zaczyna być świadome, zaczyna dużo rozumieć.
      Córeczka bardzo czekała na dzidziusia, całowała brzuch, a potem „opiekowała” się na swój sposób maluchem. I teraz mogę powiedzieć jest blisko sielanki, wszystkie się akceptują i kochają, no – może najmłodszy bywa czasem trochę ignorowany, ale już coraz częściej zaznacza swoje miejsce w stadzie.
      Najtrudniejszy jest zawsze ten moment, gdy masz w domu niemowlaka, a to starsze dziecko jest dalej bardzo małe. Gdy ma już około 2,5 – 3 lata, z pewnością jest łatwiej, ale nie było mi dane tego sprawdzić na własnej skórze. Pozdrawiam i powodzenia!!!!!!

    • Reply lilka 29/05/2017 at 15:24

      Najlepsza różnica wieku to taka jaką sama uznasz za najlepszą:) To jak się dzieci między sobą dogadują nie tylko zależy od wieku, ale nawet bardziej od ich charakteru. Natomiast jak są dorośli to 2,3 czy 7lat nie ma większego znaczenia. Ja bardzo chciałam mieć dzieci z małą różnicą wieku, trochę się udało a trochę nie i wtedy zobaczyłam, że więź powstaje zarówno między dziećmi, które dzieli dwa lata jak i między tymi, pomiędzy którymi jest 6 lat. Po prostu jest inny charakter tej relacji, inaczej się kształtuje, ale jest równie cenna.
      Pozdrawiam:)

    • Reply e-milka 29/05/2017 at 16:17

      Masz lekkie pioro, mam nadzieje, ze znajdziesz cos w tym kierunku. Tez ciagnelam 5 lat w korpo, tez mi wychodzilo 10 h poza domem. Pod koniec zeszlego roku czulam, ze juz nie moge byc silaczka. Nostryfikuje wlasnie kwalifikacje nauczycielskie, na stazu wprawdziw cienko finansowo, ale wreszcie moge czasem dzieci odbierac. :) Nie wiem, czy wytrwam, ale ciesze sie z tego czasu.

      • Reply Agata / Ruby Times 29/05/2017 at 22:38

        Powodzenia!! <3

    Napisz, co o tym sądzisz