Na temat

Tryptyk. O nieopanowanej potrzebie zakupów.

Długo zastanawiałam się, czy powinnam poruszać tego typu tematy na blogu. Co innego rzucić przepisem na ciasto, walnąć z grubej rury o tym jak matce jest ciężko w życiu (w tym chyba jestem najbardziej przekonująca), by zaraz potem zachwycić się własnym potomstwem i radośnie chwytać dzień. Ot, klasyczna rodzicielska schizofrenia.

Tymczasem pod blogową warstwą lukru i łez jest dużo więcej rzeczy, które mnie poruszają i mam wrażenie, że poruszą również Was.

Wahałam się jednak, czy brać się za bary z tematem, bo.. dlaczego akurat ja? Jakie mam moralne prawo pisać ludziom o nieszczęściach wynikających z tego ile kupujemy, apelować o zmianę przyzwyczajeń? Ja – wpadająca do Ikei po kilkumiesięcznej abstynencji, sięgająca po wiklinowe pudło „na drewniane tory dzieciaków”, ach, bo w promocji za 39,90, opłaca się! Rzucająca się na sztuczne owcze futro, by grzać tyłek podczas zimowych posiadów w moim home office – „bo się tak fajnie komponuje z krzesłem Eames’ów”. Widzicie ten dysonans i coś w rodzaju hipokryzji, widzicie, prawda? Ale może to właśnie ja powinnam o tym napisać! Nie jakieś minimalistyczne guru, nie idealista odrzucający szampony w plastikowych butelkach, myjący się w deszczówce i kupujący nowe buty, tylko wtedy, gdy od starych odpadną już podeszwy. Tylko zwyczajny człek z krwi i kości, popełniający konsumpcyjne grzeszki, ale jednocześnie mający coraz większą świadomość ich wagi.

Od lat obserwuję mechanizmy, które kierują nas do sklepów, działanie ośrodka nagrody, który pieszczotliwie głaszcze nas po głowach, gdy tylko sięgamy po portfel.

Spontaniczne poprawianie sobie nastroju za pośrednictwem karty kredytowej. Usprawiedliwianie zakupów kobiecą kokieterią i słabością – co zresztą umiejętnie wykorzystują spece od marketingu tworząc te wszystkie chwytliwe hasełka, krzyczące do nas z internetu, że „jestem kobietą, więc kupuję bez umiaru, bo to takie urocze!” albo: „gdy kończą się pieniądze, najlepiej poprawić sobie nastrój nowymi szpilkami”. Czym większą mam świadomość jak jesteśmy manipulowani, tym bardziej robię się odporna na kompulsywne uszczuplanie budżetu.

11392-shop-for-shoppings-sake

Przez ostatni rok zmieniłam dość dużo w swoim podejściu do kupowania, ale absolutnie nie oznacza to, że stałam się sklepowym abstynentem. Mimo to zmiany są olbrzymie i trudno zrzucić je jedynie na karb pustego w czasie urlopu wychowawczego portfela. Coraz częściej zakupy kończę z pustymi rękami, coraz więcej w nich kalkulacji i planowania zamiast spontaniczności. Raczej nigdy nie zostanę minimalistą życiowym, ale listy moich potrzeb skracają się nieustannie i wreszcie zaczynam rozumieć, że..

Produkt nie da mi szczęścia.

Zdarzyło Ci się marzyć o białej skandynawskiej kuchni? Eleganckich meblach, dużym stole, przy którym będziecie pałaszować rodzinne śniadania? Może nawet masz wrażenie, że z taką kuchnią byłoby łatwiej nie kłócić się z mężem, szykować piękne potrawy z uśmiechem na twarzy, o codziennym, pełnym make-up’ie nie wspomniawszy? Dość łatwo dociec skąd wytrzasnęłaś tę wizję – bo to nie przypadek, że marzymy o tych samych rzeczach. Ktoś nam sprzedał to marzenie, sprawił, że spojrzeliśmy na własne domy z pogardą i niezadowoleniem. Jest w nich może ciepło rodzinne i swojskość. Jest w nich nasza codzienność, nasz prywatny, własny klimat, ale to nie to samo. W tym sezonie po prostu nie wypada nie mieć minimalistycznego białego domu, podobnie jak nie wypada nie mieć wielu innych „must have’ów”. Tak mówią spece od marketingu, a oni przecież wiedzą najlepiej co jest dobre dla Ciebie i Twojej rodziny. Za dwa lata zaproponują coś nowego, jeszcze ładniejszego. Bo biznes musi się kręcić, a nowe kuchnie muszą się sprzedawać szybciej, niż zużywają się te stare.

Dużo łatwiej przekonać klienta do zakupu po prostu unieszczęśliwiając go, pokazując, że to, co już kupił jest takie passé.

11389-shopping-quote

„Biedni są ci, którzy dużo potrzebują” – zwykł mawiać Jose Mujica zwany przez rodaków „Pepe”.

Być może obiły się Wam o uszy i oczy wiadomości o najbiedniejszym prezydencie świata, który zrezygnował z urzędu na początku 2015, żegnany przez miliony wzruszonych Urugwajczyków, wpatrzonych w niego niczym  w rockową gwiazdę. Mieszkał biednie, jeździł wysłużonym garbusem, 90% dochodów przekazywał na cele charytatywne. Zwykł mawiać, że po latach spędzonych samotnie w więzieniu (siedział za walkę w partyzantce), gdzie rozmawiał z mrówkami, wie co naprawdę jest w życiu ważne. Oboje z żoną, również eks-więźniarką, prowadzą bardzo skromne życie i są szczęśliwymi ludźmi.

Wiedzą, że gdy zrezygnujesz z pogoni za dobrami materialnymi zyskujesz rzeczy bezcenne: czas, miłość, przyjaźń, radość życia. Jego historia mnie zawstydza.

Mam ten gen perfekcjonizmu, który  nie pozwala mi czasem zapomnieć o tym, że coś się zużyło, zepsuło, że coś źle wygląda i czas to wymienić na nowe. Wiem, że to wszystko banały, że ręczniki frotte straciły chłonność i zrobiły chropowate, albo że szafka podumywalkowa w łazience wymaga wymiany na coś praktyczniejszego i bardziej pojemnego. Moje decyzje zakupowe są raczej rozsądne, ale czy niezbędne? Nie ma nic złego w dążeniu do ulepszania funkcjonowania swojego domowego ogniska, nie dopuszczenia do tego, by po kilku latach zamieniło się w chaotyczny chlew, ale granica rozsądku bywa cieniutka. A tuż za nią zaczyna się chęć zmiany, spowodowana tylko i wyłącznie chęcią zmiany i pragnieniem posiadania nowinek.

Modne obecnie „uporządkowanie” wnętrz, szaf, życia prawie zawsze łączy się z czymś, co niekoniecznie braliśmy pod uwagę na owe porządki się decydując. Łączy się z zakupami.

Wyrzucenie rzeczy niepotrzebnych, by znaleźć miejsce dla nowych. Catharsis zapełniania koszy na śmieci zbędnymi bibelotami, aż nagle robi się dziwnie pusto i mało przytulnie.. i wtedy, zupełnie nieoczekiwanie ruszamy na zakupy. Nowe ozdobne poduszki, zasłony, wazon i kilka ramek. Nasz dom znów staje się naszą wizytówką. Jest piękny, jak od linijki.. tylko w głowie pozostaje ta uporczywa myśl.. co się dzieje ze wszystkimi sprzętami, które przestały już być potrzebne? W optymistycznej wersji zyskają drugie życie w nieco biedniejszym domu, ale w końcu i tak trafią na śmietnik historii. Na razie nie musimy oglądać tych wysypisk, bo są one na tyle daleko, byśmy chwilowo nie musieli się nimi przejmować. Warto jednak dowiedzieć się kto cierpi za nasze konsumpcyjne grzechy. A ja już wkrótce o tym napiszę.

Planowane postarzanie2

Jest jakiś masochizm w tym moim interesowaniu się skąd pochodzą, jak produkowane i w końcu jak utylizowane są nabywane przez nas dobra. Bo ja naprawdę lubię nowe rzeczy!

Ale lubię też być świadoma co i kto za tym stoi, jakie koszty ponosi ktoś w innych częściach świata za naszą próżność i pazerność na nowości, dlatego mocno wczytuję się w temat. To wszystko powoduje, że coraz ciężej jest mi wyciągnąć ten portfel z torebki, coraz więcej mam skrupułów (których nigdy wcześniej nie miałam!), czytam składy, rozważam co naprawdę jest nam potrzebne, zastanawiam się nad ilością odpadów, jakie generuje każdy zakup (te lśniące pudełka i plastikowe pakunki), słowem – obrzydzam sama sobie tę przyjemność kupowania jak mogę (uczciwie dodam, że z bardzo różnym skutkiem).

Tymczasem wkraczamy w największe konsumpcyjne szaleństwo, zwieńczające cały rok – w czas choinki, kolęd i George’a Michael’a rzucającego śnieżkami przy akompaniamencie „Last Christmas”. To czas, w którym wydajemy rekordowe ilości pieniędzy na nikomu niepotrzebne przedmioty.

Czy wiecie, że aż 80% tego, co kupimy naszym bliskim i znajomym pod choinkę to będą prezenty nietrafione? Do tego wszystkie „Secret Santa” w biurach i szkołach, gdy kupujemy zabawne lecz zbędne pierdoły, bo tak wypada. Przeraża mnie myśl, że te przedmioty zostały wyprodukowane, zużyły surowce, prawdopodobnie w jakimś stopniu zanieczyściły Ziemię.. i to wszystko tylko po to, by za chwilę trafić na śmietnik.

W ramach przedświątecznego amoku za jakiś czas opublikuję kolejne dwie części „Tryptyku”, takie odtrutki na konsumpcję, dzięki którym może chociaż trochę opanujecie się.. pardon: opanujemy się (Wy i ja), plądrując sklepowe półki. Trochę na przekór blogowym zakupowym listom i świątecznym niezbędnikom. Bo byłoby idealnie, gdybyśmy w sklepach zaczęli kierować się rozumem, a nie sercem. Jakością, trwałością i uniwersalną przydatnością, a nie chwilową modą i ilością. Byłoby naprawdę idealnie. Dajcie znać, co myślicie o tym projekcie.

Czytajcie również:

Tryptyk, część druga: O towarach, które zużywają się zbyt szybko.

Tryptyk, część trzecia: Plastik fantastik. Co się z nim dzieje?

Zapraszam też do przeczytania starszych wpisów o podobnej tematyce:

Kupuj & bądź szczęśliwa!

Mit Matki Zaniedbanej.

*źródło grafik: addacover

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

13 komentarzy

  • Reply Pola - Odpoczywalnia 25/11/2015 at 23:07

    Świetnie, świetnie napisane Agata, w punkt!
    Aż żałuję że sama tego nie napisałam ;D
    Chociaż podobne uczucia mną kierowały, gdy pisałam jakiś rok temu, też przed Świętami o prezentach dla dzieci. Bo jednak ten szał przedświateczny i przymus kupowania jakoś działa na mnie… odwrotnie;) (chociaż samą atmosferę lubię bardzo, dzwoneczki, nawet George’a ;) )

    Co do śmieci, to działa mocno na mnie, chyba bardziej jeszcze niż warunki wytwarzania… Pamiętam taki dokument, o największym na świecie wysypisku śmieci, (i tworzonej wokół niego sztuce) „Jardim Gramacho”, na który, jeśli dobrze pamiętam, DZIENNIE zwożonych jest 7000TON śmieci. Bardzo polecam

    • Reply Agata / Ruby Times 26/11/2015 at 02:27

      Do tego jeszcze słynny „Spisek żarówkowy” – jak oglądam takie rzeczy to robi mi się zwyczajnie wstyd za siebie i za chęć kupowania nowości..
      (dzięki :*)

    • Reply Agata / Ruby Times 26/11/2015 at 03:07

      P.S. Zapomniałam dodać,że ja po prostu UWIELBIAM George’a! :)

  • Reply Zuzi 26/11/2015 at 00:10

    Uwielbiam ten tekst. I odczucia mam zupełnie takie same, nawet nie popolemizuję jasny gwint!

    • Reply Agata / Ruby Times 26/11/2015 at 02:28

      Kurde, jak to tak bez polemiki?

  • Reply Sylwia 26/11/2015 at 11:36

    Bardzo się cieszę, że porzuciłaś wątpliwości i poruszyłaś ten temat. Wątek minimalizmu i radzenia sobie z kreowanymi sztucznie potrzebami zakupowymi są mi ostatnio bardzo bliskie. Mam zresztą wrażenie, że często to „lajfstajlowe” blogi mocno nakręcają tę konsumpcyjną maszynę. Piękne, czyste wnętrza, zachwycające zabawki, koniecznie kreatywne, dzieci w modnych ciuchach, oczywiście od polskich projektantów i z eko-dresówki… Cudny świat, jakże inny od zwyczajowego rozgardiaszu, wnętrz kreowanych głównie przez kryterium zasobności portfela i wypełnionych obecnością dzieci w legginsach z Pepco za 5,99 zł. Nie uważam, że „reklamowe” blogi to zło wcielone, sadzę po prostu, że ich wykorzystywanie do promocji potrzeb (i spełniających je produktów) jest bardziej skuteczne, niż zwykła reklama, bo ma w sobie więcej autentyzmu i naturalności. Moja metoda na minimalizację zbędnych zakupów to ich odraczanie. Często zobaczę coś, wydaje mi się, że bardzo tego potrzebuję, szukam oferty, po czym zostawiam zakładkę z danym produktem na jakiś czas. Zazwyczaj najpóźniej następnego dnia okazuje się, że obejdę się bez tego ;)
    Notabene, przypomniało mi się, że w zamierzchłych czasach pierwszego roku studiów pisałam pracę zaliczeniową z antropologii kultury inspirowaną „No logo” Naomi Klein – o street fashion, ludziach bojkotujących sieciówkowe ubrania, szyjących samodzielnie lub przerabiających rzeczy z lumpeksów. Wtedy wydawało mi się to niegroźnym odchyłem od normy ;) i nie przypuszczałam, że parę lat później będę w tym widzieć sens.

    Ps. Długo mi wyszło, a na koniec chciałabym jeszcze przynudzić poprawnościowo – przekonujący lub przekonywAjący, zamiast przekonywUjący, zob. http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10188. Uważam, że bardzo sprawnie posługujesz się językiem, więc warto dbać, żeby był coraz lepszy :)

    • Reply Agata / Ruby Times 26/11/2015 at 15:58

      Mam podobne wrażenia odnośnie blogów „reklamowo – parentingowych”. Sama wkrótce będę miała na blogu współpracę i nie sądzę że to coś złego, pod warunkiem że promowany produkt jest zgodny z przekonaniami, a same wpisy tego typu dawkowane z umiarem. Tymczasem wchodzę czasem na blogi, które mogłyby być moimi ulubionymi, bo pisane są pięknym językiem i zdjęcia też mają świetnej jakości.. ale ilość linków do każdej koszulki, półeczki i bucika, jaka pojawia się pod każdym wpisem po prostu mnie dobija. Mam wrażenie, że oglądam katalogi modowo-wnętrzarskie, zupełnie pozbawione autentyczności. W dodatkowo bardzo drogie katalogi – więc zupełnie oderwane od rzeczywistości w jakiej ja żyję :)

      Wszelkie uwagi o błędach i literówkach chętnie przyjmuję na klatę. Przy wpisach na ponad 1000 słów nie ma opcji bym – mimo piętnastu korekt tekstu – nie zrobiła jakiegoś błędu gramatycznego, interpunkcyjnego czy logicznego. Dobrze, gdy ktoś spojrzy świeżym okiem. Doceniam!

      • Reply Sylwia 26/11/2015 at 16:46

        Od razu mi się zwizualizowało kilka blogów, o których mogłabym powiedzieć to samo ;)
        A co do błędów – jasne, że to normalne. Ja kiedyś zrobiłam błąd w katalogu reklamowym klienta. Niby nic, ale to było na okładce. I to w nazwie firmy tegoż klienta :)

        • Reply Agata / Ruby Times 26/11/2015 at 16:58

          Uuuups! :)

  • Reply radoSHE 27/11/2015 at 13:22

    Agata, nooo! Jak zwykle świetny tekst! Ty to potrafisz pisać o konsumpcjonizmie ;) Przez ostatni rok moje podejście do zakupów również uległo diametralnej zmianie (bezpłatny urlop wychowawczy był tutaj jednak pewnym katalizatorem) ;) , ale fakt jest taki, że żądza posiadania rzeczy po prostu mnie opuściła i wielce sobie tę zmianę chwalę. Nie czytam żadnych świątecznych wishlist mających wykreować mi kolejne potrzeby. Jak będę chciała znaleźć konkretną inspirację to ją znajdę. Ale jak już mnie jakiś zakupowy szał najdzie, to kieruję się prostą zasadą znaną między innymi z ostatniej reklamy Agaty Kuleszy. Jak nie kupisz i zaraz o tym zapomnisz, to znaczy, że nie potrzebowałaś. Ale jak wiadomo, od każdej reguły są wyjątki i czasem po prostu….trzeba ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 27/11/2015 at 14:06

      Też tak mam! Potrzeby dalej się pojawiają, ale czasem można je przeczekać. Jeśli to nie było coś dla nas ważnego, to często okazuje się, że zakładkę w kompie można wykasować bez żalu.

  • Reply Donna L. 01/12/2015 at 21:04

    Cieszę się, że właśnie u Ciebie natrafiłam na ten wpis. Do pewnego czasu Twój blog (i kilka innych „okołodzieciowych”) kojarzył mi się – oprócz oczywiście wielu ciekawych wpisów – z kultem przedmiotów. W pewnym momencie zaczęło być tego mniej, a przez to – lepiej, w moim odczuciu. Sama jestem odporna na nowinki, mody i filozofię konsumpcjonizmu, więc trudno mi było pojąć, że są ludzie tak bardzo przywiązujący sie do rzeczy, że pozwalają na to, by owe rzeczy ich definiowały. Na szczęście pojawił się ten wpis, a za nim – obietnica kolejnych. I zrobiło się inaczej, sensowniej, bliżej życia.

    Podoba mi się również, że sięgnęłaś również do etyki, choć to grząski temat i wielu cynicznym osobom kojarzy się z usilną próbą zbawiania świata. A to nieprawda, bo codziennie dokonujemy wyborów. Część tych wyborów sprawia, że legitymizujemy status quo, część – że zmieniamy świat (a właściwie malutki wycinek świata) na lepsze. Oczywiście dobrze nie popadać w paranoję ani w przesadę, ale warto czasem zrezygnować z kilku substytutów szczęścia na rzecz tego, co naprawdę ważne.

    • Reply Agata / Ruby Times 03/12/2015 at 09:36

      Oczywiście masz rację. Mój blog kojarzył się z „kultem przedmiotów” bo – jak ostatnio wyczytałam w pierwszym moim wpisie – miał być z założenia miejscem, gdzie przedstawiam udane konsumenckie wybory okołodzieciowe. Nawet nie przypuszczałam, że z takiego forum o wanienkach, pieluszkach i kocykach blog przeistoczy się w coś więcej, w coś z czego w tym momencie jestem naprawdę dumna. Podoba mi się jego ewolucja, która nastąpiła dość naturalnie, wraz ze zmianami mojego nastawienia do wielu rzeczy. Chociaż dalej bywam łasa na piękne przedmioty, to jednak o wiele bardziej powściągliwa się robię w zakupach.
      Podobne mam odczucia do wielu blogów parentingowych, że są to takie katalogi produktów, piękne zdjęcia i metki na wszystkim. Męczy mnie to. Nie mam nic przeciwko fajnej i przemyślanej kampanii reklamowej raz na jakiś czas (cóż w tym złego, by bloger zarabiał? Sama to robię od czasu do czasu, vide: ostatni wpis) ale to musi być przemyślane, wiarygodne, zgodne z ogólną ideą i klimatem bloga. Jeśli taka kampania jest 2 razy w tygodniu to w mojej głowie powstaje pytanie – czy naprawdę polecasz mi ten produkt, czy po prostu promujesz wszystko jak leci, byle kasa się zgadzała? No i zniechęcam się do wielu, często w sumie wartościowych blogów. Po prostu za dużo tych reklam nas atakuje zewsząd, więc odcinam ich źródła jak mogę. Pozdrawiam :)

    Napisz, co o tym sądzisz