Na temat

Ten człowiek sprzed kilku lat

Otwieram oczy, odruchowo spoglądam na zegarek w telefonie. Piąta rano! Klnę pod nosem dość szpetnie, bo w głowie zaczyna mi świtać, co się stało poprzedniego wieczoru. Dzieciaki zapadały w sen wyjątkowo sugestywnie, aż w końcu i mnie przekonały do zamknięcia oczu na małą chwilunię, która przeciągnęła się właśnie do piątej rano. A może to opowiadana przeze mnie bajka była aż tak nudna, że po jej zakończeniu ledwo doczołgałam się do posłania (słowo „doczołgałam” ma na celu zwiększenie dramatyzmu – prawdopodobnie jednak szłam na dwóch nogach) i ciężko oparłam zmęczoną głowę o poduszkę? Zawsze gdy w ten sposób tracę cały wieczór czuję się oszukana.
IMGP6282 IMGP6299 IMGP6308

Bo przecież to miał być mój wieczór!

Czas, kiedy nikt nie nawija non stop, nie wrzeszczy, nie pluje na drzwi balkonowe, nie rozsmarowuje śliny na drzwiach balkonowych, nie skacze po kanapie, nie ciągnie za sobą pufy po całym domu, nie skacze po pufie, nie rzuca klockami, nie chowa puzzli pod fotel, nie mówi że jest głodny, nie marudzi przy jedzeniu, nie mówi, że nie jest głodny, nikt nie wspina się po meblach.. Tak. Wolny wieczór to prawdziwy skarb. Teoretycznie za dnia też może się matce przytrafić chwila relaksu – bywa, że ktoś się zlituje, pożyczy ode mnie jedno dziecko na godzinę myśląc, że teraz to mam luz i mogę tylko leżeć i pachnieć. A przecież nie od dziś wiadomo, że określenie „relaks” to w słowniku matki czas który należy przeznaczyć na domowe obowiązki – relaksuję się więc z jednym dzieckiem przyklejonym do nogi, opróżnianiając zmywarkę lub rozwieszając pranie. Na prawdziwy reset zostaje więc wieczór, kiedy dzieci wreszcie śpią, a rodzic może zająć się swoimi sprawami.. no, chyba że senność podstępnie i boleśnie pokrzyżuje jego plany.
Najfajniejsze w cichym, domowym (czyli niezbyt atrakcyjnym z perspektywy imprezowych singli) wieczorze jest to, że możesz znów poczuć się sobą. Nie stłamszonym, przyciśniętym do gleby przez nadmiar obowiązków, wiecznie poirytowanym i wygłaszającym denerwujące nieśmiertelne rodzicielskie slogany („co się mówi?”, „ile razy ci mówiłem, żebyś..”) strzępkiem nerwów, ale po prostu świadomym sobą.

Pamiętasz go? To ten człowiek sprzed kilku lat, który miewał czas, by wsłuchac się w swoje potrzeby, który był dla samego siebie ważny, miał zainteresowania i marzenia.

Bo bycie rodzicem ma taki jeden bolesny skutek uboczny, że dzieci wychodzą na pierwszy plan, a Ty nie wiadomo kiedy przeobrażasz się w statystę podającego śliniaczek. A Twoje potrzeby przestają się liczyć.. dla kogokolwiek. Dzieci rodzą się już z taką roszczeniową postawą i jeśli nie chcesz pozostać domowym popychadłem to musisz niezwłocznie zacząć ustawiać je do pionu. Bardzo przydatne są przy tym odzywki typu: „Mógłbyś to dostać wcześniej, ale warto nauczyć się czekać”, „Przecież się nie rozdwoję”, „Jesteś głodny? Nic się nie martw, obiad będzie za 3 godziny”, „Nie zawsze się dostaje to, czego się chce”. Dla wielu rodziców te teksty brzmią jak samobójstwo, ale naprawdę.. warto je czasem stosować, niech stwory wiedzą, że nie są pępkami świata.

Wspomniałam, że nasze potrzeby przestają się liczyć dla kogokolwiek – nie tylko dla dziecka, które uczy się z obserwacji, jest tutaj nowe i można mu wybaczyć pewien brak obycia, ale również dla szeroko rozumianego „społeczeństwa”.

Może trochę uogólniam, ale w naszym kręgu kulturowym w dalszym ciągu za naturalne uważa się totalne poświęcenie i podporządkowanie całego życia rodzicielskiej misji. To, że mama z tatą nie chodzą na koncerty, nie biegają w maratonach, nie bywają nigdzie razem, nie realizują swoich pasji i ograniczają swoje potrzeby ze względu na dziecko wydaje się oczywiste dla postronnych. Niepokojące jest jednak to, że taka postawa wydaje się również oczywista dla wielu rodziców, którzy dobrowolnie rezygnują ze swoich aspiracji, a niektórzy wręcz chełpią się tym, że są tacy dobrzy, tacy najlepsi, że już nic do szczęścia nie potrzebują, bo potomek zastępuje im cały świat!
IMGP6277 IMGP6279 IMGP6283 IMGP6286 IMGP6301 IMGP6312 IMGP6314

Z całą miłością i uwielbieniem, jakim darzę swoje dzieci i tak nigdy nie zrozumiem tego podejścia! Jeśli zastępują mi cały świat, to znaczy mniej więcej tyle, że przed ich urodzeniem w moim życiu nie działo się nic godnego uwagi.

Że macierzyństwo to taka trochę zasłona dymna, by moje własne braki w życiorysie i intelekcie nie raziły otoczenia. Zdaję sobie sprawę, że ciężko jest utrzymać jakiś poziom gdy ma się pod opieką małoletnich – ledwo stoisz z niewyspania i nie masz czasu umyć włosów, a ktoś ma czelność wymagać, byś dyskutował/a o bieżących wydarzeniach politycznych albo nowej interpretacji znanego musicalu. Ciężko też realizować swoje pasje i marzenia, gdy budżet domowy topnieje pod naporem ubranek i bucików niemowlęcych.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, jestem jednak głęboko przekonana, że my – rodzice – powinniśmy walczyć o to, by nie wypaść z intelektualnego obiegu.

Nadludzkim wysiłkiem przeczytać kilka kartek ciekawej książki przed zaśnięciem, czy wysłuchać – zapewne podczas zmywania – radiowej relacji z wydarzeń kulturalnych, które kiedyś coś dla nas znaczyły. Zapytacie po co? Bo przecież nie o to w tym chodzi, by coś komuś udowodnić! Dla mnie walka o utrzymanie się na poziomie to coś więcej: to walka o naszą intelektualną atrakcyjność, która jest dużą i istotną składową całej naszej człowieczej atrakcyjności. To walka o szacunek do samego siebie. By nie zamknąć się na dobre w infantylnym świecie wraz z naszymi dziećmi, które kiedyś przecież dorosną i zajmą się swoimi sprawami, uznając nasze poświęcenie za oczywistość. Zdziwione, że w ogóle składamy jakieś reklamacje! W imię walki o siebie nie musimy się zmieniać, silić na oryginalność, udawać kogoś innego – wręcz przeciwnie – spróbujmy wrócić do korzeni, do tego kim byliśmy przed doświadczeniem rodzicielstwa. Wrócić do ulubionych książek, filmów, płyt, wspomnień, nawet jeśli dziś śmiejemy się z czasów jeżdżenia na dziwne festiwale, spania pod chmurką, czy fascynacji outsiderskimi frontmanami. Spróbujmy pomyśleć o tym, co nas ukształtowało, co sprawiło, że jesteśmy właśnie tym, kim jesteśmy.

I zrozumieć, że będąc osobami z bogatszym życiem wewnętrznym, z przeszłością i zainteresowaniami tak naprawdę będziemy lepszym wzorem i inspiracją dla naszych młodych, niż godni pożałowania statyści ze śliniakami.

IMGP6326 IMGP6307
poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

16 komentarzy

  • Reply tynka 27/01/2015 at 00:19

    intelektualnie rozwijający się statyści ze śliniakami :)
    dziś nie powinnaś czuć się oszukana ;) wczoraj odespałaś, dziś nadrabiasz :)
    rozumiem, popieram …też się staram :)
    ludzkie siły, albo raczej ich brak nie zawsze jednak pozwalają na ten samorozwój…czasami są takie wieczory jak Twoje, kiedy „czuję się oszukana”…
    Pozdrawiam

    • Reply Ruby Soho 27/01/2015 at 10:08

      No cóż, chyba każdy rodzic ma takie wieczory..

  • Reply Zuzi Clowes 27/01/2015 at 00:32

    Ruby… Znam repertuar wszystkich teatrów na Śląsku, wiem co jest w kinach, znam nowości wydawnicze…. Nie byłam w teatrze od ciąży czyli od jakichś stu lat, w kinie też mniej-więcej wtedy, a nowości wydawnicze kupuję (ale i tak zdecydowanie bardziej wybiórczo niż przed dzieckiem!)… i czytam… po kartce to tu to tam, między całą resztą. Nadaję się na intelektualnie rozwijającego się statystę ze śliniakiem?:>

    Poza tym – uwielbiam ten post. I bardzo bardzo bardzo się z nim zgadzam. Piszesz to co ja czuję, tylko kurczę, tych wolnych wieczorów, przy robocie i ciężkim kursie na który sama chciałam, jakoś tam, jak na lekarstwo. Widzisz, 01:30 a ja piszę raporty do szkoły. Ale przecież to wszystko minie. Mill podrośnie, a ja znowu kiedyś prześpię jakąś noc, przeczytam jakąś książkę na raz, pójdę do kina i do teatru… Tak się łudzę, przynajmniej.

    PS. Uwieeeelbiam te zimowe foty!!!!!

    • Reply Ruby Soho 27/01/2015 at 10:07

      Widzisz, ja nie znam repertuaru teatrów na Śląsku.. ale może czas kurczę poznać:)
      Zdecydowanie nadajesz się na statystę śliniakowego, dbającego o samorozwój :)

  • Reply Mama na Wyspach 27/01/2015 at 07:38

    Tekst bardzo prawdziwy. A tekst,nic się nie martw, obiad będzie za trzy godziny muszę zapamiętać:)

    • Reply Ruby Soho 27/01/2015 at 10:06

      Ten tekst może czasem zadziałać odwrotnie, haha :)

  • Reply Instytut Doświadczeń 27/01/2015 at 08:37

    Oj, coś mi tu pachnie tymi francuskimi książeczkami o macierzyństwie urealnionym – dobrze piszesz. Czujesz się oszukana, kiedy przyśniesz i stracisz wieczór? A co jeśli wracasz z pracy, kładziesz dziecko spać, próbujesz zjeść kolację ale jeszcze Uniwersyteckie obowiązki, nagle patrzysz na zegarek, a Ty siedzisz w samym staniku (bo córeczka nie chciała zasypiać przytulona do swetra), pod łokciem ściskasz butelkę, kończysz sprawozdanie finansowe z działalności pewnej organizacji, patrzysz obok na stertę kolokwiów do ocenienia na JUŻ, bo jutro zaliczenia, na stertę prasowania (zrobiona jakaś 1/60-ta!). W oddali majaczą te nowości wydawnicze (dobra, krok do przodu, że są na półce), kino mogłoby być, nawet w ten weekend, ale zamiast jest remont (a, trzeba jeszcze odesłać panu od kuchni wymiary Twojego stolika do projektu, więc to robisz). Nagle jest 01:00 dnia kolejnego a Ty masz wstać o 5:30 bo od 7 zaczynasz robotę – co prawda w domu, ale między obiadem, praniem i niemowlęciem przylepnym, które właśnie nauczyło się wołać „mama” bardzo roszczeniowym tonem. Doskonale Cię rozumiem. Ale widzę też, że jest lepiej – strzępek zamiast Strzępa – optymizmem powiało jak sztormem tropikalnym :)

    • Reply Ruby Soho 27/01/2015 at 10:05

      No tak – sztorm tropikalny zawsze jest lepszy niż huragan :)
      Twoja nowa rutyna brzmi jak hard core, ale pewne rzeczy można zoptymalizować. Na przykład nie prasować :)
      Prawda jest taka, że czym bardziej jesteśmy zawalone obowiązkami, tym więcej jesteśmy w stanie zrobić.
      Zawsze się dziwię jak mogłam narzekać na brak czasu przed ciążą.. a potem się dziwię jak mogłam narzekać na brak czasu z jednym dzieckiem.
      Gdybym miała piątkę, to pewnie uznałabym, że w czasach dwójki był prawdziwy luz :)

  • Reply Martyna Świerczyńska 27/01/2015 at 13:40

    O tak! Mi też brakuje chwili dla siebie wieczorem, kiedy mogłabym się wyłączyć i być sobą. Nie trzeba mi wiele, wystarczyłby odcinek ulubionego serialu lub książka. Ale moja Jadźka niestety chyba ma jakieś zapasowe akumulatory i jej dzień zaczyna się najpóźniej o 7 a kończy o 23- kiedy wszyscy razem padamy na łóżko i pogrążamy się we śnie:) Z tym, że taka rola rodzica- i nawet jeśli musi na chwile zapomnieć o sobie, to przecież nie będzie to trwało wiecznie- dzieci szybko dorastają i pewnie będzie mi brakowało tego słodkiego „mamiiiiiiii” przed snem. PS. Ale wam śniegu napadało, u nas odwilż…;/

  • Reply Pola 27/01/2015 at 14:24

    O tym, że trzeba nauczyć się czekać, moje starsze dziecko słyszy tysiące razy dziennie;)
    Generalnie Ruby mogę Ci tylko przyklasnąć – zawsze powtarzam, że będąc rodzicem nie trzeba (a nawet nie wolno!) rezygnować z siebie. Że można dalej mieć pasje, można dobrze wyglądać, czytać, wychodzić, a nawet wyjeżdżać:D
    I też nie rozumiem jak ktoś mówi, że dzieci wypełniają cały świat, i że bez nich nie wyobraża sobie życia. Ja sobie wyobrażam, całkiem nieźle;) Wyobrażam, i wybieram życie z nimi (no, jakiś wolny weekend od czasu do czasu mógłby się zdarzyć;) )

    A zimę macie piękną

  • Reply mamadzidka 27/01/2015 at 14:39

    Dobrze napisane! Wolny wieczór to coś, na co czekam zawsze z niecierpliwością! Tylko czasem ze zmęczenia nie wiem jak go konstruktywnie wykorzystać…Dołączam do grona śliniakowych statystów: )

  • Reply radoSHE 27/01/2015 at 23:37

    Ja to nawet zla jestem jak Ł. za dużo nawija wieczorem, bo to przecież MÓJ wieczór. Na przyklad dzisiaj go nie mialam, nie obejrzałam dokumentu, na który czekałam kilka dni. M. wczuwając sie w matczyne potrzeby zasnęła tuz po napisach końcowych. Tak, czuje sie dzisiaj bardzo oszukana.

  • Reply KLUSCKA 17/03/2015 at 15:31

    Od godziny 20 zawsze snuje plany na wieczór – randka z Mężem przy odcinku serialu z młodości, ciepła kawa /tak właśnie może i grzech, ale właśnie, że kawa żeby nie zasnąć;) i ciastko zjedzone na siedząco dosłownie „przy stole”, a nie na stojąco z „widokiem na stół”. Mąż zawsze mi się pyta o co mi chodzi z tą gonitwą żeby dzieci ułożyć o 21 w łóżeczkach. A ja na to ŻEBY WYPIĆ KAWĘ DO KOŃCA!!! A on na to, że „gdyby siedział w domu cały dzień to by pił kawę hektolitrami”. Pozostawiam to zawsze bez komentarza, bo o rozwód od takich tekstów mogłoby być o włos. Tak właśnie, gdy dawny świat jest mi taki daleki chodzi mi tylko o filiżankę kawy wypitą na ciepło do dna, prysznic w czasie którego nie słychać rozdzierającego mi serce płaczu albo podczas którego nie będę musiała nerwowo spoglądać w dzidzie-kamerę /tak nazywa Córa moją elektroniczną nianię;)/. Życie z dziećmi zaczyna się na nowo. Odkąd je mam żyję ciągle w poczuciu winy kiedy poświęcam czas dla siebie – gorzej – nie tylko kiedy poświęcam czas dla siebie, ale jak tylko o tym pomyślę. Mąż nie rozumie tego, chociaż jest wspaniałym Mężem, ale kiedy przełożyłam to na życie kibica troszkę oczy Mu się otworzyły. Kiedy trwa mecz kibic nie odstępuje TV na krok, bo przecież jedna sekunda i może wydarzyć się coś wspaniałego albo i tragicznego, gdy ukochana drużyna straci piłkę – i chyba o to chodzi, nie chcemy nic przegapić, ani niczego zaniedbać, bo być może to już nasze ostatnie dziecko i więcej nie zostaniemy świadkiem złożenia puzzli dla pięciolatków przez trzylatka, a jeśli w końcu uda się naszemu dziecku zapiąć suwak bez pomocy, a nas to omienie… Nic mnie tak nie gotuje jak telefon od Dziadków z tekstem np. wiesz nauczyłam dziś wnusie literek. Raz przeczytaliśmy książeczkę i wszystko zapamiętała, a mnie krew zalewa, bo to ja od miesiąca dzień w dzień czytałam ja przy prasowaniu i każdej innej okazji, przy której ktoś inny włączyłby dziecku bajki i oddał się w 100% danej czynności. Na studiach uczono nas błachej z pozoru rzeczy zwanej Piramidą Masłową to taka hierarchia potrzeb od najbardziej podstawowych (wynikających z funkcji życiowych), do potrzeb wyższego poziomu, które aktywizują się dopiero po zaspokojeniu niższych. Jest ich kilka pierwsza to potrzeby fizjologiczne i ostatnia samorealizacji. Kiedy decydujemy się na dzieci zazwyczaj jesteśmy na szczycie piramidy tzn doszliśmy do samorealizacji, a zaraz po ich urodzeniu spadamy na jej początek i nic nie ma dla nas cenniejszego niż ta z pozoru głupia filiżanka kawy. Dzięki za ten tekst od niego moje życie zaczęło się na nowo – tzn. próbuje zrobić coś dla siebie i nie być tylko „statystą ze śliniakiem”, bo nie wiem nawet kiedy sama się nim mianowałam. Ps. Rzuciłam prasowanie – dzień dłuższy i na sumieniu lżej:)

    • Reply Ruby Soho 17/03/2015 at 15:42

      A wiesz, że świetnie piszesz? Jak zaczniesz pisać bloga, to ja na pewno będę czytała!

  • Reply Kluscka 17/03/2015 at 19:17

    Dzieki:) wiesz, ze kosztuje Twoje wpisy jak wino. Ciesze sie, ze jestem tu od niedawna, bo mam wina- lektury na dlugi czas. Czytam,pisze i sie oczyszczam. Pieknie prowadzisz tego bloga. Ciagle Cie promuje wsrod kolezanek!

    • Reply Ruby Soho 19/03/2015 at 21:36

      Dziękuję Ci serdecznie :)

    Napisz, co o tym sądzisz