Codzienność

Przypadek losowy

Tak naprawdę to wszystko stało się przez literaturę, przez tę książkę, którą chciałam uparcie czytać, mimo braku miejsca i okoliczności nienajszczęśliwszych. Oparłam się o barierkę autobusu, ciężką torbę z drugim śniadaniem położyłam na butach i zatopiłam się w lekturze. Czytałam o klubie jazzowym, założonym przez głównego bohatera, o odbywających się tam koncertach i świetnym wystroju miejsca.

Zawsze zadziwia mnie sposób, w jaki dobrzy pisarze potrafią zawrzeć wątki autobiograficzne w swoich książkach, jak umiejętnie wplatają swoje zainteresowania, pasje w karty powieści.

P115 (109) P1140438

„Przecież Murakami prowadził klub jazzowy, gdy był młody!” – pomyślałam zaskoczona i czytałam dalej. Jak na złość w autobusie nie było dziś żadnych miejsc siedzących. Jak na złość, bo przecież dopiero wrzuciłam na bloga pean pochwalny na cześć śląskiej komunikacji publicznej. Tak się złożyło, że dotarłam dziś na przystanek przed czasem i zdążyłam na wcześniejszy transport, a ten – jak się okazuje – cieszył się dość dużą popularnością. Nie było specjalnie tłoczno, co jakiś czas zwalniało się miejsce, ale szybko ktoś je zajmował. Może gdybym rzucała się pospiesznie i wykazała choćby szczątkowym refleksem również mogłabym liczyć na większe wygody podczas czytania, ale uznałam, że damie nie przystoją przepychanki łokciami i ściganie się z innymi pasażerami.

Stałam więc z godnością w swoim kąciku obok kasownika, z książką rozpostartą na szybie. Tymczasem autobus wtoczył się na zakorkowaną trasę prowadzącą do miasta.

To było gdzieś w momencie, gdy do jazzowego klubu przybyła Shimamoto. Podmiot liryczny nie widział jej wiele lat, i wcale nie poznał w pięknej, zadbanej, dojrzałej kobiecie swojej młodzieńczej obsesji. Zaczęli rozmowę. Zaraz, zaraz.. zaczęli rozmowę, a potem nagle to się stało. Zakręciło mi się w głowie, zrobiło ciepło. Zbyt ciepło. Uff. Zamknęłam oczy, zamknęłam książkę. Nieporadnie usiłowałam wrzucić ją do torebki i chwilę odpocząć – może to zły pomysł tak czytać na stojąco w czasie jazdy? Oparłam się mocno o barierkę i jeszcze raz panicznie rozejrzałam za miejscem siedzącym. Cudów nie ma – wszystkie w dalszym ciągu miały swoich szczęśliwych lokatorów.

Wtedy książka upadła na podłogę pojazdu, a w chwilę po niej miękko osunęłam się ja.

Otwarłam oczy. Zdziwiona skąd ci ludzie dookoła, dlaczego ja siedzę na podłodze w autobusie? „Co się stało?”. „Zemdlała pani” – odpowiedziała miła blondynka. „Czy upadłam?” – zapytałam nerwowo. „Nie, tylko osunęła się pani na ziemię” – powiedziała, a ja odetchnęłam z ulgą.

Czy wszystko w porządku? Jak się pani czuje? Jest pani na coś chora? Może jest pani w ciąży? Może mam zadzwonić do kogoś z rodziny?” – zasypała mnie gradem pytań, jednocześnie podnosząc mnie z podłogi i sadowiąc bezpiecznie na miejscu siedzącym, które teraz cudownie się zwolniło. Staliśmy na poboczu drogi. Kierowca otworzył drzwi, by do dusznego wnętrza wpuścić nieco powietrza, pasażerowie spoglądali ze współczuciem.

P115 (436) P115 (452) P115 (460)

„Bo oni grzeją teraz jak wariaci” – dodał ktoś w tle. „W zimie pewnie opału im nie starczy, a teraz jak jest dziesięć stopni, to tak grzeją, że nic dziwnego, że można zasłabnąć”. Minęło parę minut, podczas których dochodziłam do siebie, jednocześnie pozostając pod opieką miłej blondynki. Dalej staliśmy na poboczu drogi, a lewym pasem mijały nas całe sznury samochodów, pędzących w stronę miasta.

„Czekamy na pogotowie” – oznajmił kierowca. „Takie są procedury, gdy coś się stanie, nie możemy jechać dalej, najpierw musi pani zostać zbadana”.

Mijały kolejne, coraz cięższe minuty, aż w końcu pojawiły się protesty. „Dlaczego nie jedziemy? Dlaczego stoimy? My jedziemy do pracy, nie możemy tu tak stać! Ile to wszystko potrwa?? A nie można by tej pani wysadzić? Albo.. zawieźć do miasta, to my sobie wysiądziemy, a karetka może ją zabrać stamtąd. To przecież logiczne! Czy my naprawdę wszyscy musimy się spóźnić do pracy przez tę panią?”

Blondynka jest oburzona: „Proszę nie wprowadzać takiej atmosfery, no przecież pogotowie musi przyjechać. Boże, co za znieczulica!” – rzuca w moją stronę.

„Przecież ja też jadę do pracy, ta pani też jedzie do pracy!”. Ale pasażerowie nie chcą słuchać. Niektórzy postanawiają wysiąść, choćby tu i teraz, na środku drogi, awanturują się. Kierowca tłumaczy że prawnie odpowiada za moje zdrowie. Że jak coś się stanie między miejscem zdarzenia, a miejscem docelowym, to on pójdzie do sądu, do więzienia może trafić. W końcu ulega jednak presji i podjeżdża na najbliższy, niewielki przystanek. Chyba dzwoni też do centrali, bo po chwili zjawia się inny autobus, który zabiera pasażerów. Blondynka chce ze mną zostać, ale gwałtownie protestuję. Czuję się słabo, ale w miarę dobrze, nie ma potrzeby, by spóźniła się przeze mnie jeszcze bardziej. Po kolejnych kilku minutach przyjeżdża karetka, kierowca prowadzi mnie do niej troskliwie, wsiadam do środka i przez niewielkie okienko obserwuję jak autobus znika za horyzontem.

Standardowe badania, papierologia, siedzę w tylnej części ambulansu i próbuję ochłonąć. Rozmawiam z ratownikiem, podczas gdy drugi wypełnia dokumenty, opowiadam o tym co się stało, opowiadam też o reakcji pasażerów.

P115 (121)

„Bo ludzie, proszę pani, to są czasem straszne ciule” – mówi przyciszając głos przy ostatnim słowie.

A ja, na świeżo po zdarzeniu, w dalszym ciągu gotowa jestem usprawiedliwiać ich trochę, no bo pośpiech, poranek, początek tygodnia. To jakoś wzmaga nerwowość, podnosi ciśnienie. I może faktycznie procedury w autobusie są trochę niefortunne: co innego, gdy zdarzy się poważny wypadek, ktoś z nożem w plecach, z krwotokiem, udarem, czy porodem.. no ale zwykłe zasłabnięcie? Podjechanie do najbliższego przystanku może nie jest takim złym pomysłem, może kierowca powinien mieć taką możliwość po uprzedniej ocenie sytuacji?

Ale teraz, z perspektywy czasu, już nie wiem co myśleć. Czy można usprawiedliwić takie zdenerwowanie i brak empatii w stosunku do drugiego człowieka? Czy można sprawić, by poczuł się winny twojego opóźnienia, bo zdarzył mu się taki incydent i śmiał stracić przytomność w autobusie? Czy można być tak nieczułym w momencie, gdy akurat drugi człowiek jest słaby i wymaga opieki?

Sama nie wiem – może Wy mi powiecie.

P1140856 P1140861

P.S. Zdarzenie jest prawdziwe, chociaż zmieniłam kilka szczegółów, by utrudnić identyfikację – nie chciałabym, by przemiły kierowca miał jakieś problemy przez nagięcie procedur.

A zdjęcia.. oczywiście nie są z miejsca zdarzenia. To chyba jasne. Nie mamy tu Morza Irlandzkiego, Ha’ppeny Bridge, ani piętrowych autobusów :).

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

11 komentarzy

  • Reply cytrynna 29/10/2015 at 14:36

    Wracał raz Mąż późną nocą pociągiem podmiejskim z pracy do domu aż tu nagle między stacją przedostatnią a ostatnią pociąg stanął, bo człowiek na torach. Mieszkamy w Trójmieście i ludzie na torach się zdarzają, bo dobre na to miejsce- ale na ogól wybierają tory dalekobieżne. Wracał późno, a jednak wcześniej niż zwykle. I stanął ten pociąg kilkaset metrów przed celem i nie mógł dalej jechać, bo człowiek leżał na jego torze. Dwa kolejne pociągi przejechały po innym torze (gdyby więc wracał Mąż o czasie, to by wrócił o czasie, a tak wracając wcześniej wrócił później). A z pociągu Męża nie można było wypuścić nawet tych, którzy spieszyli się na PolskiBus, bo sytuacja przy samobójcy musiała pozostać nienaruszona. Ludzie się bulwersowali, ale smierć- sprawa poważna. Konsekwencje niezdążenia na PolskiBus też- zwłaszcza że ostatni tego dnia. My strat nie ponieśliśmy, więc mogliśmy szczerze współczuć.

    Następnego dnia na stronie PKP znaleźliśmy informację, że nie było samobójstwa, a jedynie zapił i przysnął. Szczęściem na naprawdę powolnym odcinku, więc nawet go nie drasnęło. I nasuwa się pytanie: czy nie mogli tych na PolskiBus wypuścić, przecież chyba wiedzieli, że facet przeżył?

    Trudno pewno było ludziom współczuć widząc Cię przytomną- konsekwencje spóźnień bywają różne.

    • Reply Agata / Ruby Times 29/10/2015 at 14:55

      No jasne, zgadzam się. Też jeżdżę do pracy, ruch jest duży, czasem jakiś wypadek na trasie i muszę świecić oczami przed szefostwem, że jestem pół godziny po czasie, chociaż z domu wyjeżdżam 1,5 godziny przed rozpoczęciem pracy. To jest frustrujące! Ale mimo wszystko wystarczyło zachować trochę więcej spokoju, nie zachowywać się aż tak skandalicznie, zwłaszcza że cała sytuacja nie trwała nawet 20 minut.

  • Reply Helen 29/10/2015 at 22:32

    Kilka lat temu jadąc tramwajem ulicami dużego miasta w Polsce (pominę szczegóły lokalizacji), byłam świadkiem sytuacji, w której ludzie namawiali motorniczego, by ten przejechał po źle zaparkowanym samochodzie. Samochód był piękny nowy, osobowy (pominę markę), a pasażerowie nie wyglądali (chociaż przecież mogę się mylić), by było ich na takowy stać. No i był tak zaparkowany, że tramwaj nie mógł przejechać, czekał na kierowcę, ale ten nie nadchodził. Pasażerowie z takim zaangażowaniem krzyczeli, by go zarysować (przeciągnąć w rezultacie), że przesiadałam się w inną część tramwaju, by nie być w razie czego posądzoną o udział w grupie podżegającej :P (nie, nie – nie broniłam go, bo jestem małą kobietką i nie chciałam po prostu dostać w „łeb”). Pan motorniczy nie stracił jednak zimnej krwi i do linczu auta nie doszło. Panowie pasażerowie spięli się i własnymi rękoma hej-ho, hej-ho, hej-hoooooo auto przesunęli i pojechaliśmy. Czy ktoś pomyślał, że może ktoś się spieszył, coś się stało, a może gapa po prostu za długie auto źle zaparkował i wystawało na tory… może to miły zapracowany człowiek, a może wcale nie był miły… ale żeby tak zaraz mu po aucie jechać? :( tak się chyba po prostu dzieje, gdy ludzie się spieszą, nerwy im puszczają, bo nie zdążą, a ktoś im jeszcze opóźnia. Smutne czasy pełne nerwów i pośpiechu. Pozdrawiam i życzę dużo siły.

    • Reply Agata / Ruby Times 30/10/2015 at 06:53

      Rety, co za historia! Nawet jeśli ten kierowca popełnił błąd, albo po prostu gapa, jak napisałaś, złość jaka rodzi się w ludziach w takich sytuacjach mnie przeraża. Dzięki, pozdrawiam również!

  • Reply Esencja 29/10/2015 at 22:56

    Niedawno zemdlała w autobusie 15-letnia córka mojej sąsiadki i od tej pory wiem, że procedury są takie, że środek transportu, którym się przemieszczasz nie może rzeczywiście ruszyć z miejsca do czasu nadjechania karetki. I słusznie. A ludzie, cóż, są różni. Szkoda tylko, że w krytycznym momencie nie trzymają buzi w ciup.
    Agata, uważaj na siebie! Mam nadzieję, że to chwilowe osłabienie i stres związany ze zmianą stylu życia – powrót do pracy, rozstania z dziećmi itd. Albo zbyt wysoka temperatura w pomieszczeniu. Ale badania zrób. Podpisano: Dobra Ciocia ;-)

    • Reply Agata / Ruby Times 30/10/2015 at 06:50

      Jasne – badania już w toku :***

  • Reply FrenchKate 30/10/2015 at 11:33

    I prawdę rzekł ten przyciszony głos w karetce. Pamiętam z czasów studenckich, jak kolega dostał ataku padaczki podczas zaliczania semestru. Pracownik naukowy (przez grzeczność nie wspomnę nazwiska) w stopniu doktora, który akurat egzaminował kolegę, opowiedział nam potem o tym na następnych zajęciach. A mianowicie stwierdził, że niektórzy to się posuną do wszystkiego aby nie zdawać w terminie i nawet ataku padaczki dostają. Specjalnie! I że on biedak MUSIAŁ udzielać studentowi pierwszej pomocy i wzywać karetkę! Normalnie oburzony był tą całą sytuacją. Pamiętam nasze miny jak to usłyszeliśmy. No ale nikt mu nie wygarnął, bo facet miał nas w garści jeszcze przez następny semestr. A kolega zaliczył potem zajęcia na 5, co doktora utwierdziło w przekonaniu, że ten atak padaczki to był sabotaż.

    • Reply Agata / Ruby Times 30/10/2015 at 12:25

      Speechless..

  • Reply Ola 30/10/2015 at 22:56

    Smutne to wszystko. Empatia to pojęcie abstrakcyjne dla większości społeczeństwa w naszym kraju. Wcześniej do pracy jeździłam tramwajem, gdzie każdy wpatrzony w okno lub telefon, nie zauważa drugiego człowieka. Nawet jak byłam w ciąży, zaawansowanej i widocznej, rzadko kiedy miałam miejsce siedzące a i tak często jeszcze ustępowałam starszej osobie bo wydawało mi się że ona bardziej potrzebuje niż ja.
    Od ponad 2 miesięcy dojeżdzam codziennie ok 25 km do pracy z „bonusem” parkowania w ścisłym centrum Katowic. Agresja i zwyczajne chamstwo na drodze to codzienność. Zajeżdżanie drogi, trąbienie, mruganie swiatłami, odgrażanie… Wierzę, że energia którą wysyłamy – wraca do nas. Uśmiecham się więc pod nosem i zwiększam głośność radia.
    Agato, zdrowia życzę!
    PS. Dobrze, że jeszcze się czasem znajdzie w tłumie taka życzliwa blondynka :)

    • Reply Agata / Ruby Times 31/10/2015 at 01:01

      Życzliwa blondynka, i życzliwy kierowca, i jeszcze kilka osób.
      Gdzieś tam jednak są, chociaż mniej widoczni niż krzykacze :)
      Dziękuję serdecznie!

  • Reply Matko Zabawko 31/10/2015 at 20:54

    Wiesz, ja bym ich nie usprawiedliwiała. Niestety panuje ogromna znieczulica, ludzie myślą tylko o sobie i najchętniej przeszliby po trupach do celu….nie wiem skąd to się wszystko bierze? Wiecznie za czymś gonimy…

  • Napisz, co o tym sądzisz