Codzienność

Prześwit w chmurach.

Zapięłam pas bezpieczeństwa, a potem delikatnie ułożyłam na kolanach termiczną lodówkę. Lodówka była otwarta, a z jej wnętrza spoglądały na mnie równiutkie, wypieczone na złoto rogale drożdżowe, każdy z nich wypełniony rabarbarowo-truskawkowym dżemem usmażonym dzień wcześniej.

Jak wszystkie drożdżowe specjały wywodzące się z naszej kuchni, tak i te rogale upiekł mąż. Ledwo zdążył przed planowanym piknikiem, stąd ta otwarta torba w aucie, by wypieki mogły odetchnąć po wizycie w piekarniku. Skutkiem ubocznym był oczywiście zapach, niebiański aromat roznoszący się po całym samochodzie, włażący bezceremonialnie prosto do nozdrzy, drażniący puste żołądki. Najwidoczniej dotarł również na tylne siedzenia:

„Och, kiedy wreszcie będziemy na tej plaży!” – usłyszałam zniecierpliwiony głos pierworodnego.

„Jak dojedziemy to zjemy sobie takie słodkie rogaliki..” – dodał rozmarzony dziewczęcy głosik ze środkowego fotela.

„Będziemy mieli cały piknik!” – odpowiedział ten pierwszy, po czym obydwoje wykrzynęli radośnie mało cenzuralny wiwat, który nie zmienia się mimo upływu lat, bo w dalszym ciagu oboje nie wymawiają „r”:

„HUJJJJAAAA!!!”

Pytacie czasem gdzie jestem. Niepokoicie się jak o starą znajomą, która nagle gdzieś się zapodziała i nie daje znaku życia. Jak o właścicielkę ulubionej knajpki, którą odwiedzacie i nagle kilka razy pod rząd trafiacie na tabliczkę „zamknięte”. To prawda, jeszcze żaden miesiąc w mojej blogowej „karierze” nie był tak mało zapisany słowem jak tegoroczny czerwiec.

Zapisany życiem.

„Czym więcej ciebie tym mniej” śpiewała kiedyś łzawą piosenkę pani Kukulska, i ja bym to sparafrazowała na swoją modłę: „Czym więcej mnie” (w życiu prawdziwym, codziennym, namacalnym, przy rodzinie, przy stole, bez komórki w dłoni), „tym mniej mnie” (we wpisach, na Facebook’u, w świecie wirtualnym, jako czytelniczki innych blogów, na imprezach branżowych, etc.).

Wygląda na to, że obecnie jest mnie więcej w życiu. Tu właśnie tkwi konflikt interesów, bo czytając tego bloga zapewne oczekujecie opisów sielankowych wiejskich chwil, ciast w altanie i malin prosto z krzaczka, pikników nad wodą, rezolutnych odzywek dzieciaków, szczypty romantyzmu i pochylenia się nad codziennym pięknem. Nie wiem czy dobrze to opisałam, ale chyba głównie dlatego tu uporczywie wracacie.

Paradoks jest taki, że czasem trzeba wybrać – czy wolę prowadzić takie życie, czy..

Czy wolę o nim pisać.

Obecnie częściej wybieram bycie tu i teraz, na luzie. Tak – robię zdjęcia, ale każdy kto mnie zna wie, że robię je od zawsze, niekoniecznie na potrzeby social media.

Za to zmęczona już jestem wielce tym przestylizowanymi fałszywym światem współczesnych blogów i Instagrama, który tak ma się do rzeczywistości jak pięść do nosa. Można raz w roku zmusić męża i dzieci, wynieść ciężki jak cholera i nieporęczny wiklinowy kosz do parku, spakować totalnie niepraktyczne przekąski – szaszłyki z miękkich owoców i naleśniki z czekoladą (serio!), do tego całą zastawę stołową i udawać że to standard. Można? Można!

Rozumiem, że po takim wyczynie i po obfotografowaniu swego dzieła (gdy pod pachą ma się jeszcze stadko dzieci), człowiek przez kolejny rok będzie się przygotowywał psychicznie do następnego perfekcyjnie zaaranżowanego pikniku, z ulgą że w tym roku już nie musi dzielić posiłku z mrówkami i otrzepywać go z piasku.

Zobaczyłam dziś moją trzylatkę jak z powagą ciągnie przedpotopowy, drewniany wózeczek z Ikei, a na nim załadowane klocki, kubeczki i pluszowe ciastka.

„Czy ja mogę się poczęstować ciasteczkiem?” – zapytał starszy brat.

„Tak, możesz” – odpowiedziała Kropka uprzejmie – „to jest też twój piknik. Twój i mój.” – dodała, po czym rozsiedli się oboje na skraju dywanu i zaczęli bardzo realistycznie mlaskać i zachwycać się smakiem pluszowych, drewnianych i plastikowych smakołyków. Żeby nie było tak kolorowo chwilę później odganiali swego najmłodszego brata od tych smakołyków, ale wiecie jak jest – nigdy nie może być idealnie uprzejmie tam, gdzie jest troje dzieci :D.

Piknik.

W lecie dla naszych dzieci to oczywistość. Atrakcja, święto, ale jednak codzienność. Raz pochłaniając ucztę jak królowie, przemyślaną, dzień wcześniej spakowaną do pudełeczek, by szybko z rana wyjechać na śniadanie: michę z hummusem, warzywa w słupki pokrojone, owoce, bułki z ziarnami, pyszne soki. Innym razem zamiast kolacji te rogale, świeżo upieczone, jakże fotogeniczne. Bywa też że rozkładamy nasz koc, by na chwilę odpocząć w ładnym miejscu, a za posiłek mamy tylko wafle ryżowe a do picia wodę.

Czasem w ramach plenerowej kolacji serwujemy frytki lub burgery z budek nad jeziorem, bo przecież coś trzeba zjeść, a lepiej kupić cokolwiek tutaj i posiedzieć jeszcze, niż do domu jechać i nabrudzić w kuchni #priorytety.

Dzieci zjadają lody, Lolek chrupie sam wafelek w ramach kompromisu. A my siedzimy w bezruchu, na jezioro sobie spoglądamy. Na chmury sunące leniwie po niebie, na grę wieczornych świateł, przelatujących przez owe chmury, co zawsze przypomina mi liceum, gdy pani od angielskiego próbowała nam wbić do głów urocze słówko „cloudburst” – prześwit w chmurach.

Mają w sobie coś niebiańskiego, nadprzyrodzonego te prześwity, nie bez powodu artyści sakralni przez całe wieki z lubością ozdabiali nimi sklepienia świątyń. Chociaż Młody oznajmił mi dzisiaj, że ta wielka szara chmura to Monstrox (zły bohater z Lego Nexo, pozdro dla kumatych;).

Siedzimy więc nad jeziorem. Małe wgłębienia w piasku wypełniają cienie i światła na przemian. Nasz koc odcina się swym błękitem od złocistych refleksów, spowijających świat w tej najlepszej godzinie dnia. Właśnie dlatego nie chcę jechać do domu, lubię, tak bardzo lubię ten moment, kiedy upalny letni dzień dobiega końca, gdy wreszcie pojawia się wytchnienie i lekka bryza ciepłego wieczoru. No i ten „teatr świateł” jakby powiedziała Lucy Maud Montgomery, która najwyraźniej totalnie byłaby moją pokrewną duszą, gdyby nie dzieliło nas stulecie.

Nasz work-life balance dryfuje w stronę „life”, bardzo kosztem „work”. Dryfujemy więc i my na naszym kocu piknikowym w błękitne pasy, za bardzo nie znamy kierunku, czasem nas zniesie na jakąś niezbyt przyjemną mieliznę, ale mam nadzieję, że w końcu obierzemy sensowny i odpowiedzialny kurs. Może między podświetlonymi, siwymi chmurami pojawi się wreszcie prześwit i wskaże nam drogę jak w biblijnych opowieściach?

Materialnie nie inwestujemy nic, za to inwestujemy w doznania, wspomnienia, magię codzienności, w szczęśliwe dzieciństwo naszej trójki, dzieciństwo spędzone wspólnie z rodziną. Nie od święta, nie dwa tygodnie w roku, choćby na najpiękniejszej plaży na Bali, z białym piaskiem, drobniutkim jak mąka pszenna tortowa (a nie takim żółtym, prosto z wyrobiska w Kuźnicy Warężyńskiej:).

Za to codziennie, każdego dnia.

Lepiej to, czy gorzej – tego nie wiem. Najlepiej jak potrafimy.

P.S. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione na dąbrowskiej Pogorii 3 (pisałam o niej tutaj), gdzie przesiadujemy nałogowo tego lata. News jest taki, że w naszej ulubionej kawiarni mobilnej Cafemobil zrobiło się całkiem stacjonarnie! W ramach update’u do wspomnianego wpisu spieszę donieść, że w okolicy pojawiły się też nowe fajne foodtrucki (obok pseudopodhalańskiej karczmy). Jeden z koktajlami (żółty), drugi z prawdziwymi burgerami (zielony – ale burgery tam to prawdziwe mistrzostwo).

P.S. 2. To nie jest tekst sponsorowany. Nie piszę tekstów za burgera (a z pewnością nie za jednego!).

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

12 komentarzy

  • Reply Monika 29/06/2017 at 08:45

    Agatko, dawno tu nie byłam, muszę uzupełnić braki. Tak jak napisałaś. Przesyt internetu. Uśpiłam instagram i cieszę się życiem. Prawdziwym. :) Wróciłam do pracy. Teraz każdą wolną chwilę poświęcam dzieciom, obowiązkom domowym. Ale jest świetnie.

    • Reply Agata / Ruby Times 29/06/2017 at 10:56

      To bardzo mądre podejście, ja już od dawna nie czytam blogów, wolę książki! Czasem wpadam na 3-4 wartośiowe blogi i pochłaniam zaległości, reszta mnie nie interesuje, łącznie ze skandalami i hot-tematami, na które każdy musi się wypowiedzieć.

      Ale rezerwuję sobie prawo do zachowania instagrama – mam tam swoje ublubione profile – podróżnicze, architektoniczne, albo np. taki przedstawiający drewniane domki w głuszy lub drugi z historycznymi zdjęciami. Albo jeszcze jeden z fotografiami Nowego Jorku, i inny z retro fotami Brigitte Bardot. Lubię czasem przejrzeć ten insta, zdarza się że trafię na jakieś zdjęcie wypełnione mocą i prawdziwą inspiracją. Poza tym to taki niezobowiązujący kontakt, nie wymagający wiele czasu. Lubię go po prostu, aż tak radykalnie to się nie zmienię, by całkiem z niego zrezygnować :) :)
      Pozdrawiam Cię serdecznie :)

  • Reply Pola-Odpoczywają 29/06/2017 at 15:59

    Jak ja się z Tobą zgadzam kochana! I jak dobrze ze jednak wracasz czasem i piszesz bo jest tu tak normalnie, choć sielsko i pięknie to niewymuskanie i nieperfekcyjnie. Coraz wiekszy to rarytas w dzisiejszej blogosferze.

    • Reply Agata / Ruby Times 01/07/2017 at 00:18

      Dzięki <3

  • Reply Zu 30/06/2017 at 18:00

    Kocham, uwielbiam. Każde słowo, każde zdjęcie, wszystko. A w życiu nie-blogowym i nie-insta chyba jeszcze bardziej. Choć nie wiem czy się da bardziej 💚 #soulmatesareforever

    • Reply Agata / Ruby Times 01/07/2017 at 00:18

      <3!!!!!

  • Reply e-milka 02/07/2017 at 17:42

    Tak to jest z work-life-balance, ze to taka miejska legenda. W moim zyciu podobnie – albo duzo czasu i malo pieniedzy (ale jak to dziala na kreatywnosc, czlowiek wykorzystuje maksymalnie zasoby i zapasy zgromadzone w latach tlustszych) albo bardzo malo czasu i niewiele wiecej pieniedzy. Jakos tak mi sie q zyciu plecie na zmiane (ale z mojej winy niejako, bo kiedy robi sie za wygodnie zaczynam sie wiercic). I czesto jest tak, ze moj apetyt na zycie rosnie odwrotnie propocjonalnie do finansowych mozliwosci. Nawet ostatnio sobie pomyslalam, choc za wczesnie na podsumowania, ze mam ciekawe zycie, choc czesto bez opcji All inclusive.

    • Reply Agata / Ruby Times 02/07/2017 at 20:43

      Coś w tym jest. Siedem lat tłustych, a potem siedem chudych :) Najpierw mieliśmy chude (studia), potem mieliśmy te na wypasie (emigracja), a teraz Polska-dzieci- znowu jest chudo, ale kto wie, może już niedługo? Tylko jak to zrobić by ten czas jednak zachować, bo jednak wspaniale jest go spędzać razem :) :)

  • Reply mamamagda 02/07/2017 at 22:56

    Piekne zdjecia i wspaniale opisane Wasze wspolne chwile😊 Ja biegla w blogosferze nie jestem, nie czytam jakos specjalnie bo zwyczajnie szkoda mi czasu i z tego co piszesz mam sluszne podejscie 😉 czas z dzieciakami jest najwazniejszy, jak uda sie go.spedzic jeszcze cala rodzina to juz w ogole super. U nas tez tluste lata sa zamierzchla przeszloscia ale usmiechnieta buzka naszego starszaka jak mówi ze jedziemy gdzies całą rodzina jest bezcenna 😊 dlatego korzystaj z lata, z czasu spedzonego z dziecmi, nami sie nie przejmuj, poczekamy.cierpliwie na kolejne wpisy 😉 a ten koc piknikowy macie przepiękny!!!

    • Reply Agata / Ruby Times 03/07/2017 at 00:34

      Dziękuję :)

  • Reply Asia 06/07/2017 at 18:31

    Krótko. Uwielbiam Twojego bloga :) Tez mam 3 małych dzieci wiec ciezko wygospodarowac wolna chwile ale na Twoj blog warto :) pozdrawiam ! ( zdjecia jak zwykle swietne )

    • Reply Agata / Ruby Times 10/07/2017 at 14:12

      Dziękuję Ci serdecznie Asiu! Takie komentarze mobilizują do dalszej pracy <3

    Napisz, co o tym sądzisz