Na temat

Przestrzeń

Człowiek jest zwierzęciem stadnym, które dość często postrzega samotność jako coś złego i podejrzewa poważne defekty u osób dotkniętych tą przypadłością. Dlatego też statystyczny egzemplarz dąży do jak najszybszego odnalezienia  swej drugiej połówki, by połączyć się z nią w nierozerwalny byt i zamknąć przed światem za drzwiami prywatności. A na drzwiach wywiesić tabliczkę ze wspólnym nazwiskiem.

Zadziwiający jest fakt, że był sobie człowiek przez kilkanaście-kilkadziesiąt lat, miał jakiś swój dorobek życia, marzenia, wspomnienia i nagle.. nie ma go! Zamiast „ja” powstaje „my” i brak miejsca na cokolwiek więcej.

Już za szczenięcych lat ze zdumieniem spoglądałam na koleżanki, które „chodziły” wytrwale ze swoimi lubymi, upajając się dorosłością i stanem przynależności do drugiej osoby. Zamiast młodości, przyjaźni, poznawania nowych ludzi, zamiast marzeń i szczypty szaleństwa promieniowała od nich taka mieszczańskość, nieuchronność losu na wielkim, szarym blokowisku, przekonanie, że przecież młodość trwa sekundę, a potem już ślub-dzieci-robota aż do emerytury.

Zupełnie zapominając o niezwykle istotnej umiejętności bycia samemu ze sobą, zdefiniowaniu siebie jako odrębnej, samodzielnie myślącej jednostki, budowaniu własnej tożsamości i niezależności. No bo jak bez tego wszystkiego stworzyć wartościowy związek?

Muszę się przyznać, że w czasach liceum byłam dość bezkompromisowa w tym względzie i czułam głęboką pogardę do wszystkich par, które nawet w knajpie zawsze trzymały się za rączki, podkreślając że to już zajęty rewir, mój oznaczony człowiek, do którego lepiej nie podchodźcie. Pary rozmawiające tylko ze sobą, gapiące się sobie w oczy, wprawiające resztę towarzystwa w zakłopotanie. I siedzące..

Cały. Czas. Razem.

Och, jak ja wówczas wywracałam oczami! I to wcale nie z zazdrości, na serio :).

Pamiętam te wszystkie dziewczęta, które urywały kontakty towarzyskie, gdy tylko na horyzoncie pojawiał się książę z bajki. I które zapuchnięte i nieszczęśliwe natychmiast dzwoniły do dawnego grona przyjaciół, gdy książę z bajki okazywał się zwykłym ogrem.

Powiedziałam sobie wówczas, że nigdy nie chcę się taka stać. To tak jakby przyznać, że przyjaciele przez cały czas byli substytutem, poczekalnią na „prawdziwą miłość”, a po wykonaniu swojej roli mieli już trafić na śmietnik historii.

Przyszedł wreszcie moment, gdy rozpoczęliśmy ten jedyny, najważniejszy związek. Od początku ważną jego częścią były „solowe występy” – powroty na weekendy ze studiów do rodzinnych miejscowości, gdzie spędzaliśmy czas z przyjaciółmi z wcześniejszego życia. Potem stęsknieni gnaliśmy do siebie gorączkowo na skrzydłach rozpędzonych pekaesów. Opowiadaliśmy milion wrażeń i historii, utrzymując wzajemną ciekawość właśnie dlatego, że tworząc swój mikrokosmos nie zrezygnowaliśmy z zewnętrznego świata.

Studiowaliśmy na tym samym kierunku w mieścinie o wspaniałej, wyluzowanej atmosferze. Filistrów było tu jakby mniej, ale mimo wszystko i tak dało się słyszeć wielkie oburzenie, gdy w Walentynki on szedł oglądać mecz z kumplami, zamiast zabrać dziewczynę do knajpki, by pogapić się sobie w oczy nad świeczką i klapniętą różą. I te wszystkie plotki o naszym rozstaniu, gdy pojawił się kiedyś na sylwestrowej imprezie beze mnie. Ja wtedy balowałam z ekipą z liceum w zupełnie innym miejscu.

Miałam sprawdzonych kumpli, takich naprawdę do rany przyłóż. Po imprezie odwozili mnie pod blok, patrzyli jak wchodzę do klatki, by mi się nic nie stało – mój ówczesny chłopak, a obecny mąż totalnie akceptował ten stan rzeczy. A gdy on zaprosił mnie do swojego miasteczka i przedstawił koleżankom, to mi szczęka spadła, bo to były trzy absolutnie przepiękne dziewczyny! Czy byłam zazdrosna? Nie, jakoś nie. Bardziej zachwycona :).

Zwyczajnie postanowiliśmy sobie zaufać, dać odrobinę wolnej przestrzeni dla własnego „ja”, tak żeby „my” nie zjadło całkowicie tych dwóch osób, które się w sobie zakochały.

Niedawno pojechałam na Hel w towarzystwie mojej studenckiej przyjaciółki i co najbardziej mnie, a w zasadzie nas obie zdziwiło, to reakcje znajomych.

Zdumienie!

Niedowierzanie.

To mąż cię tak puści?

A co na to mąż?

Ale jak to – tak bez rodziny jedziesz?

Mężowie się nie boją, że same jedziecie?

Ja się dziwię mężowi, że na to pozwolił!

Niby staramy się być nowocześni i światowi, ale koniec końców żona i tak okazuję się własnością męża, której można pozwolić lub nie. Małym, głupiutkim stworzonkiem, niepoczytalnym, albo niesamodzielnym jak roczne dziecko. Na domiar złego egoistycznym, no bo jak matka może mieć życie, które nie jest życiem rodzinnym?

Tymczasem u nas nie ma mowy o pozwalaniu lub nie, za to staramy się po prostu ustalać ze sobą różne rzeczy, wspólnie planować i decydować – również o samodzielnych eskapadach każdej z połówek pomarańczy. Dojrzałość tego wymaga w końcu. Bo to nie byłoby fair, gdybym spakowała torbę, zostawiła pustą lodówkę i ruszyła w nieznane.

To prawda, że chwilowo nie prowadzimy rockandrollowego życia, ale bardziej ze względu na trójkę dzieci niż brak chęci. Jestem przekonana, że za kilka lat, gdy dzieci zrobią się trochę bardziej samodzielne, każdemu z nas będzie łatwiej wyrwać się na solowe występy, wersja „mature”+40 (z niecierpliwością czekam też na nasze wspólne wypady bez potomstwa, mam nadzieję, że nie będziemy musieli na nie czekać aż do czterdziestki:).

Zdrowo jest zachować w związku przestrzeń. Zostawić pole nie tylko na miłość, ale też na partnerstwo, zaufanie, zrozumienie potrzeb drugiej osoby, zaakceptowanie faktu, że potrzebuje ona trochę własnego życia.

To fajnie, gdy ten wyjątkowy Ktoś doceni Twój codzienny trud i uzna, że tak – absolutnie należy ci się chwila przerwy, kontrolowanej ucieczki od rzeczywistości, moment głębokiego oddechu. Takiego Człowieka można kochać całym sercem i przez całe życie. I z każdej wyprawy chce się do niego wracać.. tak samo gorączkowo jak piętnaście lat temu na skrzydłach pekaesów.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

6 komentarzy

  • Reply Perwersja le Boucher 05/06/2017 at 21:41

    Czy mąż Cię puści? Myślałam, ze takie historie już sie nie zdarzają 😒🤣🤣🤣

    • Reply Agata / Ruby Times 05/06/2017 at 22:53

      Na serio! Zdziwiłam się jak wiele osób W NASZYM WIEKU zachowuje się tak jakbyśmy żyli co najmniej dwa wieki wstecz! :D

  • Reply Pola-Odpoczywalnia 06/06/2017 at 14:55

    bardzo mądre podejście:):):)

    Fajnie jest CHCIEĆ do siebie wracać. I fajnie jest być dla siebie ciekawymi ludźmi, którzy mają oddzielne swoje światy i żywią do tych swoich światów życzliwe zainteresowanie.

    My mamy sporo wspólnej przestrzeni i zainteresowań (podróżowanie, muzyka, gry planszowe, filmy) i dużo czasu ze sobą spędzamy, bo chcemy i się lubimy zwyczajnie. Ale każde z nas ma też jakiś własny świat i swoje sprawy. I taki układ jest super

  • Reply Marta 07/06/2017 at 13:20

    Ja na szczęście też mam swój pokaźny bez-mężowy świat, podobnie jak on i dobrze nam z tym. Na co dzień staramy się jak najwięcej przebywać razem, bo mój mąż mniej więcej połowę miesiąca spędza poza domem, ale mimo to potrzebujemy oddechu od siebie co jakiś czas. On przepada w garażu przy różnych starociach, ja latam na kursy foto, do koleżanek, jeżdżę z chłopakami w moje rodzinne strony.
    Jeszcze nie zdecydowałam się wyjechać sama, bez dzieci, bo nie byłam i chyba nadal nie jestem na to gotowa, ale jeśli odetnę pępowinę to kto wie? Marzy mi się weekend w spa, nie mam dużych wymagań ;) Tylko o towarzystwo trudniej, bo obie przyjaciółki mają maleństwa w domu…

  • Reply e-milka 09/06/2017 at 14:26

    Mysle,ze gdyby nie „solowe wystepy” dawno bysmy sie rozwiedli. Ja tez jezdzilam sama, teraz z dziecmi, do rodziny, przyjaciol, on zabiera je raz w roku (moglby czesciej) do swojego brata. I mam dwie przyjaciolki i kilka kolezanek, ktore, tak jak ja, nie zawiesily tabliczki „Wyszlam za maz, zaraz wracam”, ale stracilam tak wiele znajomosci. Dosc pozno weszlam w powazny zwiazek i rozumiem od tego czasu, jak to jest okopac sie w sensie doslownym w lozku przed calym swiatem. Ale nawet wtedy, w tej intensywnej fazie, potrzebowalam, jak to pieknie ujelas, przestrzeni. Ale powiem Ci, ze teraz czasen patrze z lekka zazdroscia na nierozlaczne pary, choc wiem, ze nie lezy to w mojej naturze.

  • Reply Asia W. 10/06/2017 at 21:37

    Ale to wspaniałe, że masz taką przestrzeń dla siebie. Mimo małych, naprawdę malych dzieci. Ogromnie zazdroszczę, ale w pozytywnym znaczeniu. Dodaje to nadziei, że mając nawet trójkę można nie spędzić młodości w czterech ścianach. Też tak chcę. :-)

  • Napisz, co o tym sądzisz