Na temat

Organizuję, więc nie zwariuję. Część 1.

Gospodarstwo domowe, składające się z dwójki dorosłych i trójki małych dzieci jest jak niewielka manufaktura pracująca na pełnych obrotach. Cały czas coś się dzieje, taśma nie zatrzymuje się we dnie i w nocy, a majstrowie nadzorują prawidłowy podział pracy i planowanie.

Każdy majster wie, że organizacja jest kluczowa w funkcjonowaniu tej małej fabryczki, bez niej po prostu zginiesz pod stertami starych rachunków, zasikanych piżamek, zabłoconych spodni, zużytych pieluch i połamanych zabawek. Trzeba więc zakasać rękawy i..

Zorganizować się!

Jestem zdania, że każdy, absolutnie KAŻDY, może coś poprawić w funkcjonowaniu swojego domu. Nie ma znaczenia, czy mieszkasz w rezydencji o czterocyfrowym metrażu, czy klitce wielkości łazienki. Każdy może niedużym kosztem (lub większym, w zależności od możliwości i wyobraźni) sprawić, by mieszkało się wygodniej i estetyczniej.

Pierwszy krok.

Rozejrzyj się dookoła świeżym spojrzeniem, tak jakbyś znalazł się w obcym miejscu. Dokonaj brutalnie szczerej oceny – jak to miejsce wygląda? Czy mieści się w ogólnych standardach? I nie mam tu na myśli mody czy trendów wnętrzarskich, bo te zmieniają się co chwilę i wcale nie muszą odpowiadać naszym gustom. Chodzi mi raczej o rzeczy, o których szybko zapominamy we własnych pieleszach: sterty prania początkowo zostawiane gdzieś na wierzchu, co zastanawiająco szybko wchodzi w nawyk, Kordyliery książek wysypujące się z regałów, Himalaje lekarskich recept i karteluszek z notatkami nieaktualnymi od pół roku jako ozdoba stołu lub lodówki, stosy kurtek na wieszakach. Różne „rozwiązania tymczasowe”, które według definicji okazują się być najtrwalsze i już nikt nie pamięta, że byle jak miało być tylko na kilka miesięcy.

Jeśli nie potrafisz spojrzeć obiektywnie – weź aparat, zrób zdjęcia, spójrz na znajome kadry. Czasem dopiero na zdjęciach razi kaloryfer z odłażącą farbą, brudna ściana, niedokończona szafka, rozpadający się regał i inne mieszkaniowe swojskości :).

Jesień i wiosna to naturalni sprzymierzeńcy w domowych porządkach i mikro-remontach.

Przyznam szczerze, że w lecie ignoruję bałagan, z zimną krwią zamykam na siłę szafy dziecięce, z których wysypują się dżinsy i koszulki zwinięte w trudne do rozdzielenia kłębuszki. Kurz na szafkach i schodach ledwie zaszczycam pogardliwym spojrzeniem podczas pakowania piknikowych toreb, a domowe porządki sprowadzam do okazjonalnego odkurzenia. Staram się zachować względną higienę w łazience i kuchni, pozostałe pomieszczenia traktując iście po macoszemu, jedynie upychając rzeczy po szafkach, by nie leżały na wierzchu.

Nie czynię sobie jednak wyrzutów z tego powodu, przyjmuję do wiadomości, że słoneczna pora roku to nie jest czas na prace domowe. Przyjdzie wrzesień to wszystko poukładam, poorganizuję – tak sobie mówię.

I rzeczywiście. Gdy tylko zaczynają się jesienne deszcze i słoty, a my ogrzewamy się w ciepełku domowego ogniska, wtedy zaczynam się rozglądać po kątach i pojawia się motywacja do pracy i odgruzowania domu z letnich naleciałości.

Ustalam umowny deadline, czyli Święta Bożego Narodzenia, bo to zawsze trochę mobilizuje, i zaczynam moje porządki. Nie spinam się jakoś bardzo, bo przecież mam dużo czasu. Nie są to spanikowane i energiczne prace na ostatnią chwilę w stylu „Wywalę wszystko na środek, a potem w ciągu jednego dnia w panice poupycham z powrotem”.

Moje porządki są powolne i metodyczne. Plan jest taki, żeby zajrzeć w każdy kąt jaki tylko znajduje się w tym domu, otworzyć każde pudło, obejrzeć każdą sztukę odzieży. Wytrzeć kurze na najwyższych szafkach w garderobie, zajrzeć do toreb, o których istnieniu dawno zapomnieliśmy i odkryć sukienkę ze studniówki i pierwsze skarpetki, w których chodził nasz pierworodny. Mam na to kilka miesięcy, więc nie muszę się spieszyć, wystarczy, że zmobilizuję się raz na tydzień, by wykonać jakieś zadanie, a jedno zadanie to na przykład jedna komoda z ciuchami, szafka w kuchni, albo chociaż jedna szuflada.

Co mi to daje?

Po co się tak męczyć, zapytasz, po co zaglądać do tych starych pudeł, zamiast legnąć na kanapie z ulubioną herbatą i sernikiem, włączyć sobie serial i zapomnieć o całym świecie? Sęk w tym, że daje mi to bardzo dużo. Każde takie porządki raz na pół roku (wiosną i jesienią) oczyszczają dom z nadmiaru rzeczy. Sprawiają też, że mam poczucie panowania nad przestrzenią. Wbrew pozorom nie chodzi tylko o to, by zetrzeć ten kurz.

Bardziej od porządku – który jak wiemy jest stanem nietrwałym i ulotnym – interesuje mnie poprawa organizacji, sensowniejsze rozwiązania w przechowywaniu i rozmieszczeniu różnych przedmiotów w domu.

Czasem są to drobiazgi – niewielkie nalepki na komodzie w garderobie, by było wiadomo, w której szufladzie są leki, w której pościel dla gości, gdzie ręczniki. Podobnie opisane są szafki z pościelą dla dzieci. Znalezienie odpowiedniej pościeli było kiedyś dla męża prawdziwą czarną magią, więc niczym dobry manager w firmie musiałam zorganizować to tak, by było logicznie, sensownie, łatwo do zapamiętania dla wszystkich. Dzięki temu nie ma osób niezastąpionych, można delegować zadania zamiast robić wszystko samemu, a nawet wkręcać małe dzieci w obowiązki domowe, o czym napiszę niebawem.

Samo pozbycie się nadmiaru rzeczy ma zbawienne skutki – zyskujemy nową przestrzeń do życia, jakość przebywania w domu poprawia się. Wyczarowujemy miejsce w szafkach na to, co potrzebne, nie tracimy energii na zajmowanie się tym, co zbędne.

Nie macie pojęcia ile stówek zyskałam sprzedając na Olx różne rzeczy, które od lat zbierały tylko kurz! Książki, sprzęty po dzieciach, nawet ubrania. Szpilki i garnitury z czasów, gdy pracowałam w banku, w tym elegancka, wełniana spódnica typu „syrena”, w której wejście do autobusu wysokopodłogowego było nie lada wyczynem :). Fasony zdążyły się mocno zdezaktualizować, ale porządne marki przyciągnęły kupców i zasiliły mój budżet. Te mniej wartościowe powędrowały do MOPS-u, może komuś przydadzą się używane zabawki, śpioszki i moje za duże ubrania z czasu ciąż i połogów.

Zamiast trzymać jak rekwizyty muzealne w zakurzonych gablotkach lepiej wysłać gdzieś w świat, niech zyskają nowy sens, niech zaczną być znowu użytkowane. A nasze mieszkanie może odetchnąć i wyzwolić się z warstwy gruzu – wszyscy zyskują!

To była pierwsza część jesiennego wpisu  o organizacji przestrzeni.

W części drugiej (i ostatniej) pojawi się dużo konkretów i przykładów z naszego domu, opowiem w jaki sposób usprawniliśmy jego funkcjonowanie i jak w dalszym ciągu pracujemy nad tym, by było u nas schludniej, logiczniej, dzięki czemu jakość naszego życia mogła wzrosnąć niczym te Kordyliery z prania i Himalaje z rachunków. Zapraszam już niedługo!

 

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

8 komentarzy

  • Reply Pola-odpoczywalnia 03/10/2017 at 18:24

    Seria dla mnie, czekam zwłaszcza na o sprawnej organizacji życia gdy w domu dzieci mają przewagę liczebną nad dorosłymi;)
    Co do porządków sezonowych i panowania nad materią, mam to samo. I regularnie pozbywam sie zbednych rzeczy i walczę o organizację przestrzeni pt miejsce na wszystko i wszystko na miejscu. I bardzo często przygladam się naszemu mieszkaniu metodą „na gościa”, czyli tym świeżym spojrzeniem, zgadzam się ze jest bardzo pomocna:)

    • Reply Agata / Ruby Times 09/10/2017 at 19:07

      Tak, metoda „na gościa” jest świetna, by nie zagruzować domu całkowicie :)

  • Reply Martyna 05/10/2017 at 08:37

    U mnie też pełno zmian, szafa odmieniona zakupami zrobionymi Z organizacją i porządkiem trochę trudniej ale zawsze wszystko się da.

  • Reply Marita 05/10/2017 at 08:55

    Dobra organizacja to podstawa. Jest to idealna seria dla mnie! Sama ostatnio robiłam porządki obuwia które kupiłam. Co do porządków to wydaje mi się, że trzeba robić je regularnie. A później z sezonowymi pójdzie nam o wiele szybciej :)

  • Reply Ola 08/10/2017 at 17:59

    Gorzej jest wbrew pozorom dysponując większą przestrzenią. Jest pełno miejsca na te „przydasie” i na przykład kosze z praniem do prasowania. Rzeczy po córce trzymam dla młodszego rodzeństwa, ale po drugim dziecku wszystko oddaje. Pół strychu się zwolni 😂

    • Reply Agata / Ruby Times 09/10/2017 at 19:08

      To prawda, że większa przestrzeń wymaga czasem dodatkowych rozwiązań, bo do każdego miejsca w domu jest zwyczajnie.. daleko :)
      Mam to obcykane, mieszkałam zarówno w małych pokoikach w akademikach, jak i metrażach powyżej setki, także wszystkie plusy i minusy obu rozwiązań znam :)

  • Reply iwo 09/10/2017 at 10:48

    Skąd szafa? robiona na wymiar?

    • Reply Agata / Ruby Times 09/10/2017 at 14:41

      To Ikea Pax. Można sobie samemu dobrać taką, że niemal jak na wymiar :)

    Napisz, co o tym sądzisz