Na temat, Retrospekcje

O pieniądzach. Na emigracji i w Polsce.

Dawno, dawno temu wierzyliśmy, że wszystko jest w naszych rękach, że możemy zdobyć świat, jeśli tylko będziemy chcieli. Po studiach wyjechaliśmy na owiane legendą „wyspy”, gdzie błyskawicznie się usamodzielniliśmy. Za pierwsze na poważnie zarobione pieniądze mogliśmy się nie tylko utrzymać, opłacić rachunki, mieszkanie i liczne przeloty do kraju.

Mogliśmy też spełniać małe marzenia.

Podróżować. Wydawać na błahostki. Mogliśmy się poczuć swobodnie jeżdżąc po całym starym kontynencie. Na równych prawach – nie jak ubogi krewny z dziwnego postkomunistycznego kraju, lecz jak każdy zwyczajny, średnio zamożny Europejczyk. Mogliśmy po prostu godnie żyć.

Zachłysnęliśmy się tym jak łatwo nam poszło i naiwnie myśleliśmy, że już zawsze tak będzie. Na szczęście mimo głów w chmurach nogami stąpaliśmy dość mocno po gruncie i dużą część zarobionych środków wkładaliśmy w adaptację pustostanu poddaszowego na nasze przyszłe, polskie mieszkanie. Umówiliśmy się, że co miesiąc, gdy dostaniemy wypłaty, będziemy robić jeden konkretny przelew do Polski. Przelew na tysiąc euro.

Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat i pracowałam jako szeregowy pracownik w instytucji finansowej. W biurze spędzałam 35-40 godzin tygodniowo, czasem brałam kilka nadgodzin, ale nie za dużo.

Reszta zarobionej gotówki miała wystarczyć na:

Czynsz i rachunki.

Zakupy żywieniowe w Marks and Spencer na początku miesiąca.

I w Tesco pod koniec.

Na ciuchy i torebki.

I buty, rzecz jasna. Głównie szpilki.

Na biurowe lunche.

Na kawy na mieście (i ciasta).

Na piwo w pobliskim pubie (i frytki – wiadomo, te rzeczy idą w parze).

I awaryjną flaszkę whisky do kuchennej szafki.

Na kino i kolacje.

Na loty Ryanairem na ciepłe południe.

Na nowy podkład od Guerlain dla mnie.

Na zestaw Lego Technics dla Niego.

Na wiele innych (w tym zbędnych) rzeczy, kupowanych głównie po to, by odreagować stres w pracy, permanentnie kiepską pogodę i tęsknotę za bliskimi, pozostawionymi w kraju.

I nie powiem, nie było to wcale aż takie idealne życie, jak by się teraz mogło wydawać. Cechowała je ze wszech miar tymczasowość. Nie opłacało się nam kupować rzeczy na lata, bo i tak wiadomo było, że za 3-4 lata wszystko zostaje tam. Dla kontrastu mieliśmy więc również:

Niebrzydkie, małe mieszkanko w dobrej lokalizacji, ale z cuchnącą klatką schodową.

Tanią pościel z Primark.

Rozklekotaną suszarkę na ubrania od Pakistańczyka na rogu.

Mikro deskę do prasowania za 4 euro od tegoż.

Najtańsze żelazko, które prasowało siłą woli.

Plastikowy kolorowy kubek z ogrodowej kolekcji Tesco zamiast cukiernicy.

Komplet najtańszych talerzy Tesco Value zamiast porcelany jako takiej.

I dalej w tym klimacie.

Jeśli chodzi o sprzęty do domu, to nie wybieraliśmy jakości, trwałości i porządnej estetyki, tylko chwilowe substytuty. Pod wieloma względami jakość naszego codziennego życia była więc niższa niż obecnie.

Ale rozumiem, że dla większości Polaków nie ma tu żadnego dramatyzmu, bo wbrew temu co serwują nam przekazy z seriali telewizyjnych, z kont instagramowych i poczytnych blogów, większość rodaków takich wyborów musi dokonywać na co dzień i to nie dlatego, że dokądś się wybiera, lecz z braku pieniędzy na coś porządniejszego.

Wreszcie wróciliśmy do kraju, do wyremontowanego lokalu, trochę pustego, no ale hej – z gotową łazienką, kuchnią i garderobą, z materacem do spania, z pożyczoną kanapą i stołem. Wprowadziliśmy się z myślą, że super jest, Polska nie może być taka zła!

Przygotowaliśmy się przecież, odrobiliśmy lekcję, byliśmy ODPOWIEDZIALNI. Zarobiliśmy pieniądze, nie musieliśmy brać kredytu, wykorzystaliśmy lokal, który już jest, bo to dom wielorodzinny, zbudowany przez moich rodziców. Czyli poprzednie pokolenie urabiało się po łokcie, byśmy my nie musieli zaczynać od ugody z diabłem vel bankiem, krępującej nas na kolejne trzydzieści lat.

Dołożyliśmy naszą cegiełkę, władowaliśmy oszczędności, dodatkowo pomogli nam rodzice jedni i drudzy. W efekcie mieliśmy lokal, jak na tamten moment w 2010 roku, całkowicie oszałamiający u dwudziestokilkulatków. I to bezrobotnych.

Tymczasem ja, w moim pięknym płaszczu i z porządną torebką znalazłam się w cuchnącym przegubowcu z lat siedemdziesiątych (tak, takie jeździły jeszcze w 2010), wiozącym mnie do Katowic, do nowej pracy.

Wiele było takich dysonansów, ale największym była mikroskopijność polskiej biurowej pensji.

Bo niby wszystko pięknie. Ładne biura, elegancko ubrani ludzie, porządne biurka i komputery. Tylko jak do cholery ci ludzie są w stanie się ubrać i wyżyć za te pieniądze? Zajęło mi trochę czasu zanim doszłam do smutnych wniosków, że niemal nikt z nich nie był tak samodzielny, jak byliśmy my podczas naszej wyspiarskiej przygody. Większość pomieszkiwała niczym studenci w wynajętych mieszkaniach na spółę z innymi korpo-ludkami. Część mieszkała z rodzicami, niektórzy wynajmowali w akademikach pokoje.

Brzmi znajomo? Tyrają w korporacjach, z czasem wiążą się w pary, biorą śluby, a chwilę później o wiele bardziej wiążące śluby z bankiem. Usamodzielniają się mieszkaniowo w okolicach trzydziestki.. albo później.

Naiwnie myślałam, że wystarczy dobrze zacząć – mieć już mieszkanie, może samochód. I te polskie dwa tysiące, o których już Osiecka śpiewała, o okularnikach nota bene, wystarczą na życie. Może nie na „devolaje”, może nie na „Paryże i Szanghaje”, ale przynajmniej na normalną, niezależną egzystencję.

Nie wzięłam jednak pod uwagę, że:

W życiu czasem się pierdoli.

Auto może się zepsuć,

Podobnie jak lodówka,

I zęby.

Czasem trzeba kupić płaszcz na zimę,

A dla auta opony.

Chciwe są niespodziewanych wydatków

Szpony.

(wiersz napisany na potrzebę chwili, pardon my french:).

***

Przede wszystkim nie wzięłam też pod uwagę jak to jest, gdy masz na utrzymaniu rodzinę. A z rodziną w Polsce jest dużo trudniej, niż solo.

Pamiętam ten moment, gdy informowałam bliższych i dalszych znajomych o tym, że już niedługo wyjeżdżamy z Dublina. Pamiętam przerażenie w oczach niektórych Polaków. I słowa:

„Ale jak to? Jedziecie tam.. NA ZAWSZE?” „Do TEGO kraju?” „Przecież TAM SIĘ NIE DA ŻYĆ!”.

Śmialiśmy się, że tam też da się żyć i to pełną piersią. Że tyle jest wspaniałych, prostych polskich przyjemności, których nie uświadczysz na „Wyspach” za żadne pieniądze. Śmialiśmy się, że co tam – najwyżej będziemy jeść ryż z fasolą przez pół miesiąca i kartofle z ziemniakami przez drugie pół. Jakoś to będzie. Ale młodzieńczo i naiwnie wierzyliśmy, że nasz standard życia aż tak bardzo się nie obniży! Nie sądziłam też wówczas, że moja całkiem nieźle rozpoczęta kariera (od kasjera w oddziale bankowym po specjalistę w dziale płatności międzynarodowych) okaże się równią pochyłą, gdy tylko przeniosę ją na polski grunt.

Wróciliśmy do Polski siedem lat temu i żyjemy.. jakoś. Mamy przeciętne prace i jeszcze przeciętniejsze wypłaty. Dorobiliśmy się cudownych dzieci, ale również długów. Zdecydowanie nie odkładamy nic na lokatę. Nie jeździmy też na wakacje, próbujemy więc wyciągnąć jak najwięcej z tego codziennego życia, które mamy. Nasze życie jest szczęśliwe, ale powiem Wam, że czasem ogarnia mnie frustracja – że jak to możliwe, że będąc tam, pracując tak samo, można było normalnie żyć, nie martwiąc się o to, za co kupić szczepionki, czy ciuchy na jesień, a obecnie wyjście do Rossmanna po chemię domową i pieluchy to niemal jak wizyta w Brown Thomasie niegdyś (to taki dubliński Harrods, przyp.aut.). I podróżowania brakuje mi najbardziej, oglądania nowych miejsc, dreptania nowych ścieżek. Nie sądziłam, że mając trzydzieści kilka lat będę czasem tankować za pięć dych, bo więcej nie znajdę w portfelu, że będę pożyczać kasę do pierwszego.

A gdy na dodatek pojawia się kwestia powrotu do pracy po macierzyńskim i okazuje się, że w żaden sposób wypłata nie zrównoważy kosztów poniesionych na żłobek i dojazdy, to.. to robi się trochę przykro. I wściekłość też się pojawia na ten polski łez padół, w którym może się da, ale trzeba „work extra hard” (nadgodziny, weekendy w pracy i „fuszki” po robocie) żeby się dało.

Nie piszę tego tekstu, by się użalać nad swoim losem, więc absolutnie nie musicie mnie pocieszać w komentarzach :).

Uważam, że i tak jesteśmy szczęściarzami i ogólnie jest nam dobrze – jesteśmy zdrowi, kochamy się, nie głodujemy, mamy dużą przestrzeń domową, którą uwielbiam i ogólnie fajną jakość życia, nie można tego nazwać biedą bynajmniej. Mamy też olbrzymie wsparcie od dwóch zestawów naszych rodziców i świadomość, że w razie czego nie jesteśmy sami. po co więc ten tekst?

Gdy kilka lat temu poznałam Zuzię (Itsmillyme) dowiedziałam się, że zanim mnie poznała myślała, że jestem, cytuję, „blogową szlachtą”, jedną z tych matek, która tylko leży, pachnie, kasy ma jak lodu. Takie wrażenie zrobiło mieszkanie, ogród i ogólnie różne sprzęty które posiadamy (jestem dobra w wyszukiwaniu rzeczy, które wyglądają na droższe niż są w rzeczywistości :). Ten wpis pokazuje po prostu jak to u nas jest naprawdę. Nasi przyjaciele wiedzą z jakimi zmagamy się problemami (głównie brak stabilizacji zawodowej), nie jest to żadne tabu, ani wstyd.

Taki mamy etap w życiu, że pracowanie poza domem od świtu do zmierzchu nie mieści się nam w głowach – koncentrujemy się na naszych małych dzieciach, a trudno w tym samym momencie planować podbój świata. Ja wierzę, że jeszcze go podbijemy.. gdy już się porządnie wyśpimy.

Wydaje mi się, że niektórzy Czytelnicy zmagający się z podobnymi problemami muszą odczuwać olbrzymią frustrację przeglądając internety. Na blogach panuje dobrobyt, a puste konto w okolicach połowy miesiąca i czekanie na „pięćset plus” (którego ogólnie nie popieram patrząc na to ekonomicznie, ale jednak muszę przyznać, że ratuje nam tyłki) uchodzi raczej za obciach. Albo kupowanie dzieciom butów w markecie, bo przecież wiadomo, że wszystko musi być super jakości, inaczej jesteś wyrodną matką. To ja Wam wszystkim mającym podobne problemy piszę dzisiaj – nie jesteście sami! Przelewanie ostatniej stówy z konta oszczędnościowego na bieżące w kolejce do kasy w Lidlu to „story of my life”. Piąteczka!

Ciekawa jestem jakie Wy macie doświadczenia porównawcze w życiu w różnych miejscach na świecie? Czy w Polsce faktycznie żyje się trudniej?

P.S. Zdjęcia jak się pewnie domyślacie zrobione w Irlandii. Kolejno – Zatoka Dublińska, Howth, Ardgillan Castle i piękne klify Slieve League w Donegal.

P.S. 2. W związku ze wspomnianym przejściem na urlop wychowawczy rozważam pisanie tekstów na zamówienie. Przyznaję, że jestem zupełnie zielona w temacie zawodu copywritera i zdobywania zleceń, za to potrafię pisać – a to podobno cenna i poszukiwana umiejętność. Jeśli cokolwiek wiecie, lub znacie kogoś, kto potrzebuje dobrych jakościowo treści na własne strony i płaci sensownie – piszcie na skrzynkę: ruby@rubytimes.pl. Dziękuję!

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

19 komentarzy

  • Reply mamamagda 25/10/2017 at 18:38

    Ja mam bliska osobe ktora jest w Irlandii juz kilkanaście lat i widze ze nie ma porownania. Zyje sie zdecydowanie latwiej pod wzgledem ekonomicznym. O innych wzgledach to juz kazdy musi sam zdecydowac, jednak cos musi byc na rzeczy bo zdecydowana wiekszosc moich znajomych wrocila do Pl. Powiem tylko tyle-zdecydowanie za czesto w kolejce do kasy robie szybki przelew z oszczędnościowego (tylko ze ja czesciej w biedrze niz lidlu 😉), a buty dzieciece z lidla ratuja nam tylki co zime. Takze tyle w temacie ode mnie 😊 piateczka !! 😀

    • Reply Agata / Ruby Times 25/10/2017 at 21:56

      Piąteczka! :) :)

  • Reply DonnaL 25/10/2017 at 21:07

    Moim zdaniem masz świetne pióro i bez problemu mogłabyś działać w tym obszarze. Na różnych blogach freelancerskich są informacje o tym, jak pozyskać pierwszych klientów (może Ula Łupińska też coś na ten temat pisała), może interesuje Cię też prowadzenie fanpage’y? Dobrze jest przygotować też swoje portfolio i powysyłać do różnych firm, z którymi chciałabyś współpracować. Jeśli trafię na jakąś fajną ofertę dam znać. Powodzenia!

    • Reply Agata / Ruby Times 25/10/2017 at 21:56

      Dzięki serdeczne!

  • Reply Indicativusperfectiactivi 25/10/2017 at 21:18

    Powiem tak: Miałam kupić, jak co sezon mrugały (mniejsze wyrzuty portfela, bo córki są dwie, urodzone tego samego dnia w odstępie dwóch lat i zawsze jest gdzieś z tyłu głowy, że te same ładne buty oblecą obie dziewczyny), ale kupiłam w lidlu. Mamy nowy dom i wydatki typu „okno”, „farby” itd. Z lidla mamy też spodnie narciarskie i takąż kurtkę, rękawiczki sprzed dwóch lat. Rewelacyjne ciuchy do przedszkola i tyle. Przynajmniej nie denerwuję się wiedząc, że po przedszkolnym placu zabaw szlaja się tysiak z okładem tylko solidne szmatki za dwie stówki. A młodsza pluje marchewką i nie tylko na bodziaki z tesco po siostrze. :)
    Za to mamy własny „ogjudek”, kominek, garaż i większy metraż. A diory i szanele to nie dla mnie. Ostatnio stawiam na ekokosmetyki!

    • Reply Agata / Ruby Times 25/10/2017 at 21:55

      I słusznie! Ja po powrocie z emigracji przestawiłam się na apteczne hypoalergiczne kremy (u mnie sprawdza się polski Iwostin) i uważam to akurat na zmianę na lepsze. Tańsze i lepsze niż diory i szanele w moim wypadku :)

      • Reply Indicativusperfectiactivi 25/10/2017 at 22:04

        I gdzieś z tyłu głowy mi się kołacze wizyta naszych przyjaciół, którzy po studiach uderzyli na wyspy. I owszem – zwiedzają, żyją i w ogóle, ale z drugiej strony ich wynajmowana kawalerka ma powierzchnię naszego salonu. Może i salon z kredytem hipotecznym, ale jakoś taknzawsze bardziej u siebie niżoni jesteśmy.
        A zarobki wiadomo, że mogłyby być lepsze. Czuję o co cho. Trzymam kciuki za zlecenia! Kontaktów do podrzucenia niestety nie mam :/

  • Reply e-milka 26/10/2017 at 06:39

    Nie wrocilam, nie zderzylam sie z polska rzeczywistoscia bezposrednio.
    Powiem Ci, ze i tu nie zawsze jest rozowo. Mamy spore mieszkanie, w fajnej zadbanej i zielonej okolicy, ale na wynajem, bo zakup lokalu w naszym swiatowym i od niedawna bardzo modnym miescie nie jest mozliwy przez zaporowe ceny. Wydajemy mase na czynsz, a moglibysmy splacac nasze.
    Pojawienie sie dzieci tez nas zubozylo. Dwa okresy bez drugiej pensji daly sie odczuc, mimo ze dostawalam wychowawczy.
    Tez nam sie zdarza przelac z oszczednosciowego na biezace. Ale moze tez to troche moja wina – np. teraz robie nostryfikacje i zarabiam znowu jak na stazu, choc z nadzieja na lepsze zarobki wkrotce. Moze gdybym sie trzymala tego, co mam? Ale mam wiecej czasu – duuuuuzy plus.
    Buty z Lidla – why not? Przynajmniej sa testowane na obecnosc szkodliwych substancji. W szkole mojej corki na podworzu (a maja wspanialy, taki „zapuszczony”, cudny do zabaw) jest takie podloze, ze po jednym wyjsciu buty jak po pielgrzymce. A te z Lidla daja sie szybko wyczyscic. :)
    Ale co jest na plus – tu mozna kupic wiele rzeczy uzywanych (dla dzieci do lat wczesnoszkolnych najlepsze wyjscie moim zdaniem), dobrej jakosci i w swietnym czesto stanie (jesli ciuszki, to tylko od Polki, sa najlepiej „utrzymane”), wiele, jak meble, po prostu dostac. Rzeczywiscie nie oszczedzamy na jedzeniu, chociaz czesciej Lidl niz powiedzmy Edeka, ale zakup np. malin, bo dzieci uwielbiaja, najczesciej nie jest problemem. Rzeczywiscie udawalo nam sie, jak na razie, wyjezdzac raz w roku na duzy urlop z dziecmi.
    Zeby kosztuja tu wiecej, ale robie tu, bo w te krotkie wypady do ojczyzny brak mi czasu. Tak, zeby to zdecydowanie najdrozsza rzecz, jaka posiadam, choc niestety tak wcale nie wyglada. ;) I staly punkt w naszym budzecie, bo zawsze cos splacam na raty.
    Nie zderzylam sie z polska rzeczywistoscia bezposrednio, nie wiem. Ale cos mnie ciagnie do Twojego bloga. Mysle, ze jest to rowniez, a moze przede wszystkim Twoja umiejetnosc, jak sama piszesz, celebrowania zycia.

    • Reply Agata / Ruby Times 26/10/2017 at 12:03

      Dziękuję Ci serdecznie za ten głos.
      Wiem, że na emigracji nie jest tak różowo jak nam się tutaj czesto wydaje. Dlatego też postanowiłam przypomnieć sobie wszystkie minusy bycia za granicą, i dobrze pamiętam te zakrawające na zakupoholizm rundy po Debenhamsach, by wydać pieniądze, po prostu by odreagować jakoś stres w pracy i ciągle brzydką pogodę. Albo wynajęte mieszkanie, które zawsze było jednak obce. I inne rzeczy, o których pisałam w tekście. Różnica jest taka, że gdy tutaj przelewam stówę z oszczędnościowego, to bardzo często jest to.. ostatnia stówa jaka znajduje się na oszczędnościowym :( Tam nigdy nie było tak źle!

      • Reply e-milka 26/10/2017 at 13:58

        Fakt, jest roznica. Tu sie na to mowi „lament na wysokim poziomie”, jesli ktos narzeka, choc de facto nie ma na co (to o mnie czasem). Mialam kiedys taka kopertke z napisem „Disneyland”. I na drugim wychowawczym ta kopertka zaczela chudnac, az zmarla na suchoty i to bynajmniej nie dlatego, ze zobaczylam „na zywo” Myszke Miki. Ale zdaje sobie sprawe, ze w innych domach sa takie kopertki jak „na leki”, „na komunie” czy „na czarna godzine”, ktore chudna tez przed realizacja celu, w jakim zostaly zalozone i to jest naprawde przykre. A jak przyjaciolka mowi, ze jednak nie przyjedzie, bo np. kamulec w szybe i warsztat wyskoczyl niespodziewanie w miejsce wizyty, to smutno mi sie robi, szczegolnie ze wiem, ze ona nigdy by ode mnie pozyczki powiedzmy na podroz koleja nie przyjela. Wtedy ta roznica robi sie bardzo namacalna.

        • Reply Agata / Ruby Times 26/10/2017 at 14:03

          To wszystko prawda, po prostu skala jest inna.
          Ale wiesz, ja też analogicznie uważam, że nie mam prawa lamentować w swoim dużym mieszkaniu, wśród moich zdrowych dzieci i kochającego męża. I nawet jeśli konto puste, ale przecież np. na jedzeniu nie oszczędzamy, bo to priorytet. Warto pamiętać, że są domy, w których i na to brakuje. Zawsze jest tak, że nasza podłoga jest czyimś sufitem. I chyba każdy powinien o tym pamiętać.
          Buziaki! <3

  • Reply Pola-odpoczywalnia 26/10/2017 at 08:52

    No cóż, piąteczka kochana! :D
    Dobrze, że o tym piszesz, bo patrząc na internety serio można odnieść wrażenie, że świeczki za kilkadziesiąt złotych są totalną normą we wszystkich polskich domach..
    My w Francji żyliśmy z jednej pensji i nie było jakoś super różowo, bo b tam jedzenie jest bardzo drogie. Ale jak już się udało cis odłożyć, to ta kasa, stosunkowo niewielka, przeznaczona na ciuchy, płyty czy sprzęt domowy miała zupełnie inną siłę nabywczą

    • Reply Agata / Ruby Times 26/10/2017 at 12:04

      Piąteczka! :)
      Nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie, że jednak Wasza Francja to była dość dobrą finansowo opcją.
      Ale fakt – z jednej pensji i to z dziećmi nigdzie nie będzie różowo.

  • Reply Algo 26/10/2017 at 12:00

    Heh momentami się wzruszyłam. To chyba znaczy że musisz pisać. Oprócz wspanialego domu i dzieci macie też fajne wspomnienia. My z meżem całe życie na zapyziałym osiedlu. Pensje mocno bez szału. Ja dwa lata siedziałam z córcią w domu, bo uznaliśmy, że ten czas dla dziecka jest cenniejszy niż wakacje w spa i lepsze buty. Teraz pracuje, żeby troche podbudować budżet, ale jestem zwolennikiem teorii że człowiek powinien spędzać w pracy max 7 godz i to 4 dni w tygodniu ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 26/10/2017 at 13:41

      To jest rewelacyjna teoria! :)
      Faktycznie mamy dużo dobrych wspomnień razem, zanim dorobiliśmy się dzieci, byliśmy ze sobą.. jakieś 10 lat :) Dużo czasu – studia, emigracja, podróże. Naprawdę fajne chwile.

  • Reply Ola 06/11/2017 at 12:03

    Nigdy nie pracowałam za granicą. Byłam przekonana, że w naszym kraju też się da zarabiać dużo, dojść do czegoś i jak się jest ambitnym i pracowitym to popłaca. Po studiach pokornie podejmowałam prace za grosze, zależało mi na zdobywaniu doświadczenia i wykazywaniu się, bo mogłam liczyć na pomoc od rodziców i nie miałam rodziny, domu, samochodu, psa i innych tego typu zobowiązań. Z roku na rok jednak moje rozczarowanie narasta. Doświadczenie w pracy mam, dodatkowe kursy i szkolenia, certyfikaty językowe (wszystko z własnej nieprzymuszonej woli i chęci doszkalania się), mam też pracę „na stałe” w której wypłata jest śmiesznie niska. I wkurza mnie niesamowicie fakt, że gdyby nie to, że z mężem mieliśmy mnóstwo szczęścia do „mieszkań po dziadkach” i łeb na karku – nie mielibyśmy tego co mamy czyli domu z ogródkiem nad którymi wisi kredyt na 30 lat :) Mówi się o Polakach, że są kombinatorami, ale jak nim nie być?

    • Reply Agata / Ruby Times 06/11/2017 at 15:18

      To prawda, ciężko nie być kombinatorem w tym kraju :)
      Wszystko o czym piszesz jest mega frustrujące, i myślę, że wielu z nas zna to z autopsji.

  • Reply Olga 22/11/2017 at 06:55

    Mogłabym Cię wesprzeć analogicznym przykładem. Jak to jest, że za stypendium 360 Euro wynajmowałam pokój w genueńskim centro storico i jeszcze zaliczałam wszystkie turystyczne atrakcje w obszarze kilkuset kilometerów? Włącznie z tygodniem na Sardynii czy weekendem we Florencji? Imprezowałam bez ograniczeń i rozkoszowałam się wszystkim, co włoskim supermarketom dała ziemia ogrzana południowym słońce. A tymczasem za moją wypłatę z dwójką z przodu, w Polsce, z dwójką dzieci i 500+ (tak, 500+ to po prostu integralna część naszego budżetu) pod koniec roku limit mojej karty kredytowej jest już wyczerpany? Karty dodam wziętej z banku w latach szalonej młodości bo Citibank we współpracy z Wizzairem oferował tańsze połączenia… Taki choćby ot, listopad: urodziny syna – kilka stówek na wyżerkę dla rodziny i salę zabaw dla dzieci, prezenty mikołajkowe dla własnych i pobliskich (50zł siostrzenicy do ręki wciśnięte ukradkiem bo ma już 10 lat, prezent dla drugiej chrześnicy za nie mniej, bo ma 5 lat, dla własnych, dla dzieci kuzynek), kalendarze adwentowe (i to te tanie za 4 zł z nomen omen Lidla!), prezent dla ciotki na Barbórkę (bo wypłata przyjdzie po 4 grudnia). Więc wieczory spędzam na kalkulacji jak do cholery z Pszczyny dojechać do Sosnowca na tereny przemysłowe (czyli w domyśle: in the middle of nowhere) bez samochodu i czy aby na pewno pociąg wychodzi taniej? I get it. Chodziłabym za tymi wszystkimi politykami (odpowiedzialnymi za te gówniane relacje finansowe w Polsce) z dzwonkiem jak w Grze o Tron i krzyczała na cały parlament „SHAME!”

    • Reply Agata / Ruby Times 22/11/2017 at 13:53

      No dokładnie :)
      Właśnie tak jest, totalnie się wczuwam, wieczorne rozkminienia budżetowe to moja specjalność :)
      A najlepiej jest, gdy wiesz że kasa przyjdzie za tydzień, ale w notatniku już jest rozpisana na czynniki pierwsze, rozdysponowana tak skrupulatnie, że dzień po przelewie nie zostanie na koncie nawet okruszek.. Eh,życie :)

    Napisz, co o tym sądzisz