Codzienność, Na temat

O matce, o życiu.. przemyślenia o czwartej nad ranem

Działo się to pewnego sierpniowego (jeszcze) wieczora, kiedy to szykując dzieciaki do snu (około ósmej) miałam głowę pełną błyskotliwych myśli i interesujących – w moim mniemaniu – zagadnień, gotowych by przelać je na bloga. Niektóre były już nawet sformułowane w zgrabne i dopracowane zdania-perełki, opatrzone trafnymi tytułami. Gdy dwie i pół godziny później odrywałam wklęśnięte czoło od balustrady dziecięcego łóżeczka i skonstatowałam, że mój syn wreszcie usnął, a w drugim łóżeczku subtelnie posapuje córka, stwierdziłam boleśnie jeszcze coś. Że moja głowa jest pusta, że nie ma tam już nic.. a szczególnie nic, co można by określić mianem: „błyskotliwe”.

Po prostu – zwyczajne wieczorne karmienie, tulenie (Kropki) oraz czytanie książeczek i kreatywne opowiadanie bajek (Młodemu), mające na celu nie tyle utulenie synka do snu, co unieruchomienie go na chwilę i powstrzymanie od dzikich wrzasków, by nie obudził śpiącej siostry.. to wszystko wyssało ze mnie całą energię, którą cały dzień magazynowałam z nadzieją na produktywny wieczór.

Z ciężkim westchnieniem powlekłam się – bezszelestnie, na ile te cholerne skrzypiące parkiety pozwalają – do sypialni i w świetle lampki nocnej zasiadłam do komputera. Zerknęłam na bloga tylko po to, by dowiedzieć się, że konspekt do tekstu o żywieniu dzieci (odtworzonego z mozołem dzień później.. czy ktoś go w ogóle przeczytał?) się nie zapisał. Do repertuaru ciężkich westchnień doszło jeszcze kilka cięższych przekleństw, wypowiedzianych pod nosem.
Jedyne, co mogłam zrobić w tej sytuacji, to oddać się bezmyślnemu przeglądaniu stron internetowych i zdjęć na facebook’owych fan page’ach. Nie wiem dokładnie gdzie znalazłam te zdjęcia i historie, bo jak się tak siedzi i przegląda, to wpada się w różne światy i miejsca, które potem ciężko odnaleźć. Za to wiem, że i tak nieźle skończyłam – wszak mogłam wylądować na jakimś plotku, a tymczasem czytałam inspirujące, czasem wzruszające, czasem piękne, a czasem straszne historie i przemyślenia ludzi mieszkających w różnych częściach Afryki. Każda z opowieści opatrzona była zdjęciem, każda pisana w pierwszej osobie. Był tam chłopiec, który chciał zostać inżynierem i budować .. biblioteki, bo książek jest zawsze za mało, a on nigdy nie miał nowej, tylko ciągle te używane i popisane przez inne dzieci. Byli ludzie, którzy widzieli śmierć lub cierpienie swoich bliskich, były też zupełnie prozaiczne historie osób, które – tak jak my – mają jakieś aspiracje, marzenia, chęć polepszenia swojego bytu. Tylko ich sytuacja wyjściowa jest dużo gorsza. Czytałam i czytałam.. i stwierdziłam, że te opowieści dają człowiekowi olbrzymią, nieznaną wcześniej perspektywę. Po pierwsze dlatego, że – wybaczcie, że pojadę banałem – zaczynamy doceniać to, co mamy: w moim przypadku kochanego męża, zdrowe i cudowne dzieciaki, serdeczną rodzinę, fajny przytulny dom, jakąś małą (chociaż w naszym przypadku chwilową) stabilizację. Zazwyczaj te dobre rzeczy są gdzieś na drugim planie, a ja biadolę, że od czterech lat nie byłam na wakacjach – no bo nie byłam, bo marzę o wakacjach i nie widzę w tym nic złego.. a jednocześnie trochę się czuję niewdzięcznie, gdy przeczytam, że są gdzieś ludzie tacy jak ja, tylko że ich dylematy życiowe są o wiele trudniejsze.
Po drugie dlatego, że większość z nas (nawet jeśli się do tego nie przyznajemy, uważamy się za cywilizowanych i światłych) widząc zdjęcie czarnego dziecka z wypukłym brzuszkiem i muchami na buzi odczuwa współczucie, ale jednocześnie podświadomie przypuszcza, że to dziecko – wprawdzie nie ze swojej winy – jest bezwolnym stworzeniem, które myśli wyłącznie o tym jak przetrwać kolejny dzień. Tym większe zaskoczenie dla nas, ludzi z tak zwanej „bogatej północy” (nawet jeśli my akurat jesteśmy z tej troszkę mniej bogatej części:), gdy przeczytamy, że właśnie to dziecko z muchami na buzi ma marzenia, aspiracje, że chce się uczyć, że potrafi się sensownie wypowiedzieć na tematy związane – na przykład – z techniką budowania, i ogólnie.. że nie różni się od nas niczym, poza sytuacją życiową. Chociaż po przeczytaniu tych cytatów odnoszę też wrażenie, że te dzieciaki są w pewnym sensie lepsze – nie są zblazowane, bardzo chcą się kształcić, czytać, poznawać – podczas gdy ich odpowiedniki z „pierwszego świata” marzą głównie o tym, by naciągnąć rodzica na nowego tableta. Powiecie zaraz asekuracyjnie, że to może ja jestem zdziwiona, że oni są tacy mądrzy, że Wy absolutnie się tego spodziewaliście.. jednak komentarze pod zdjęciami potwierdzają moją ryzykowną tezę – większość czytających była zaskoczona i wzruszona inteligentnymi uwagami, wypowiadanymi przez dzieciaki patrzące ze zdjęć, zrobionych w anonimowym miasteczku przy anonimowej kupie dziadostwa.
Wśród tych historii była jedna wyjątkowo piękna, opatrzona zdjęciem młodej kobiety. Kobieta wspominała swoją matkę, mniej więcej takimi słowami: „Byliśmy bardzo biedni, więc moja matka codziennie wychodziła z domu, by znaleźć dla nas jakieś jedzenie. Czasem wracała jednak z pustymi rękami i tego dnia wszyscy byliśmy głodni. Mama wymyślała różne gry i zabawy, a także śpiewała dla nas, byśmy zapomnieli o głodzie”. Koniec historii. Zmienia perspektywę, prawda? Przytoczę jeszcze – znów w parafrazie, wybaczcie, ale nie mogę odnaleźć tej strony – wypowiedź jednego z komentatorów. Napisał tak: matka to taki człowiek, który w sytuacji, gdy jest pięć głodnych osób i cztery kawałki ciasta na stole, powie: „nigdy nie przepadałam za ciastem!”. Tu natchniony nastrój i całe wzruszenie nieco mnie opuściły i poczułam lekki niepokój. Hm.. oddać ciasto?
A propos mojego podejścia do kwestii ciasta mam małą anegdotkę na koniec. Ostatnio Młody siedział sobie w piaskownicy w ogrodzie, a ja z kubkiem termicznym wypełnionym aromatyczną herbatą próbowałam łapać ostatnie letnie promyki słońca. Oprócz tego miałam ze sobą książkę i nawet udało mi się przeczytać kilka stron, tylko dzięki temu, że ignorowałam poczynania dziecięcia wysypującego cały piasek na trawnik (noo.. nie tak, że zupełnie ignorowałam – ukierunkowałam go tylko by sypał na pokrywę od piaskownicy, co chyba było pedagogicznym zagraniem:). Poza książką i herbatą miałam też ukryte karmelowe wafelki i kawałek strudla śliwkowego produkcji mężowej. Pora była wybitnie nieprzekąskowa – między śniadaniem, a obiadem przecież nie podjadamy, ale przekąska nie była bynajmniej przeznaczona dla dziecka, które swój kawałek strudla dostało dopiero w porze podwieczorku. Musielibyście uruchomić wyobraźnię, by zwizualizować sobie matkę siedzącą przy ogrodowym stole, trzymającą z niewinną miną kubek, pochłaniającą łakocie ukradkiem, by dwulatek nie widział. I mogę się tłumaczyć, że to dla jego dobra robiłam.. ale w kontekście powyższych rozważań i tak wiem, co pomyślicie :).
poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

5 komentarzy

  • Reply tynka 03/09/2014 at 08:33

    nic nie pomyślę…
    a relacje takie, na jakie Ty trafiłaś miałam niedawno praktycznie na żywo u siebie w domu, mój przyjaciel jest Misjonarzem w Kamerunie…nawet razem z jego bratem zakonnym u innego naszego znajomego na weselu byliśmy…rozmowa z nimi zawsze wprowadza mnie w taki stan „czuwania”…i tak staram się doceniać na co dzień co mam…ale przy zetknięciu się z ich opowiadaniem i relacją tego jak tam jest sprawia, że DOCENIAM jeszcze bardziej…a nasze wyobrażenia o Afryce są bardzo dalekie od tego jak tam jest faktycznie…
    pozdrawiam ciepło błyskotliwą mamuśkę :)
    ps. Kropka tak fajnie wygląda jak tak próbuje wyjrzeć przez kraty łóżeczka :)
    :)

    • Reply Ruby Soho 03/09/2014 at 21:08

      To prawda, nasze wyobrażenia są bardzo dalekie. a mówiąc wprost to są bardzo płytkie, oparte na stereotypach i mało komu zależy by dowiedzieć się coś więcej.

  • Reply radoSHE 03/09/2014 at 08:41

    O rany! Bardzo mądre te przemyślenia jak na czwartą rano! Wyobraź sobie, że Twój post o żywieniu jest u mnie otwarty już od dwóch dni, ale no właśnie…trzydniówkę mamy i wszelkie przyjemności internetowe bardzo ograniczone…ale przeczytam na pewno! Dziś rano będąc w przychodni nasłuchałam się tyle ciężkich o chorobach dzieci, że wierz mi, optyka też mi się bardzo zmieniła i dzisiaj już biadolić nie będę.

    • Reply Ruby Soho 03/09/2014 at 21:09

      słusznie! nie biadolimy i już!

  • Reply Zuzi Clowes 03/09/2014 at 15:25

    Rany, Ruby…. Dajesz do myślenia, mocno! Szczęściary z nas! PS.Ja też przeczytałam post o żywieniu! W kawiarni i z Mill domagającą się, nomen-omen, jedzenia, więc nie zdążyłam skomentować, ale zaraz nadrobię! PS. 2. Ale fajne macie ochraniacze naszczebelkowe!

  • Napisz, co o tym sądzisz