Na temat

Nie chcę być fighterem

Ten moment, gdy zapada cisza. Nagle zupełnie wyraźnie słyszę delikatne tykanie zegara, po chwili ucho łapie dyskretne szumy zmywarki, a co jakiś czas rozlega się suchy trzask. To normalne na poddaszu, drewno tak pracuje i bywa głośne.

Siedzę w tej ciszy. Rozkoszuję się momentem wyostrzonych zmysłów, a następnie ruszam na obchód rewiru, by schować wszystkie wystające z łóżek stopy, mięciutkie, cieplutkie, bezładnie zwisające niczym u pacynek. Młody już rozkopany, trzeba go wturlać z powrotem do łóżka, bo zaraz wypadnie. Kropka leży nieruchomo na wznak, stopy ma bose, a na dłoniach założone skarpetki niczym rękawiczki (zawsze tak robi!). Lolek pochrapuje w swoim łóżeczku, nos ma chyba zatkany.

A potem oddycham z ulgą, zapadam się w fotel, pewnie mam jakąś godzinę zanim najmłodszy obudzi się albo przez ten nos, albo przez zęby, które atakują jego dziąsła całymi stadami (dwa tygodnie temu miał trzy, a obecnie siedem, także wiecie..). Najpierw usłyszę małe fuknięcia i prychnięcia, a potem niespokojne westchnienia, zakończone płaczliwym wezwaniem mamy, która natychmiast ma się pojawić przy łóżeczku. Póki co mam jeszcze chwilę, odpalam więc komputer, by pooglądać trochę świata. Liznąć go przez szklany ekran, zobaczyć ludzi, przykleić się na chwilę do fascynujących przeżyć, podróży i osiągnięć innych. Przeczytać coś bardziej lub mniej mądrego.

Tego wieczoru trafiam na kilka „motywujących” kont. Znani, piękni ludzie – sportowcy, wyczynowcy, biegacze, rowerzyści, atleci.  Oglądam z zainteresowaniem i podziwem, bo to przecież wspaniałe, żeby tak życie podporządkować jednej idei. Ja nie jestem w tym zbyt dobra. Interesują mnie rozmaite rzeczy, nie lubię wpadać do szufladek, stawiać wszystkiego na jedną kartę, iść tylko jedną drogą – że tylko zdrowe jedzenie, albo tylko fotografia. Że tylko ciuchy, tylko muzyka, wystrój wnętrz, czy wspinaczka.

Tymczasem oni mają całe życie ukierunkowane na swoją konkretną pasję, gotowi są do poświęceń i wyrzeczeń na wszystkich innych polach.

I mam trochę problem – bo z jednej strony podziwiam ich zapał, ale z drugiej.. sceptycznie podchodzę do takiego super-zmotywowania. Do ortodoksyjnego, jednotorowego podejścia do własnego życia. I patrzę na piękne zdjęcia, i czytam ich teksty, że wszystko zależy od Ciebie, że wystarczy wybiec z domu, nie ma ograniczeń, że one tylko w naszych głowach!

W moim odczuciu to piękne słodkie kłamstwa. Bo ograniczenia istnieją, realne, duże, ciężkie do zlekceważenia.

Mój mąż ledwo zipie, oboje nie śpimy po nocach, a nasze zegary biologiczne są totalnie rozregulowane. Ucinamy sobie drzemki w wolnych chwilach. Nasze życie jest pełne małych, domowych, nieciekawych wyzwań, zazwyczaj usiłujemy utrzymać nasze dzieci w ryzach, powstrzymać je przed zrobieniem sobie trwałych uszczerbków na zdrowiu. Nigdy nie mamy wolnego od tej pracy, wolnych sobót, świąt, weekendów, czasem pracujemy też nocami. Nasze dzieci – 4,5 latek. 3latka. 10 miesięczniak.

W moim idealnym świecie jestem mamą, mam czas na dbanie o siebie, pielęgnację, nie zapominam o randkach z mężem raz na jakiś czas, bo przecież to kluczowe dla relacji, a tym samym dla rodziny. Mam czas na realizowanie swoich pasji, spotkania z przyjaciółmi, podróże, życie kulturalne.

Ale prawda bywa okrutna. Gdy mąż w pracy, czasem mam dosłownie pięć minut na prysznic. Pielęgnacja? Olejki, długie kąpiele, wklepywanie balsamów? Po prostu ochlapuję się szybko wodą, przebieram w piżamę/dres w zależności od pory dnia i błyskawicznie smaruję twarz kremem, jedną ręką już otwierając drzwi od łazienki.

W 2016 roku chciałam częściej chodzić z mężem do kina. I poszliśmy pierwszy raz.. 28 grudnia, na Gwiezdne Wojny. Mieliśmy dość mało czasu, jechaliśmy na pełnym gazie, ledwo wpadliśmy na seans, a tuż po nim biegiem na parking i do domu, bo czas położyć Stwory do łóżek. To była nasza randka, po której wróciłam do domu dość zdołowana i z wielkim niedosytem. Bo marzy mi się takie niespieszne włóczenie bez patrzenia na zegarek. W tym momencie życia nieosiągalne.

Tymczasem pewna znana trenerka napisała, że każdy, absolutnie każdy może znaleźć czas na ćwiczenia. Te 30 minut dziennie wygospodarować z doby. Tak, zapewne. Pytanie kosztem czego?

Ćwiczyłam, niemal całą trzecią ciążę, dzieci przyzwyczaiły się do biegania rano w samopas i bez śniadania. Ja robiłam mój program, potem brałam prysznic i dopiero potem szykowałam jedzenie. Funkcjonowało to całkiem fajnie, pod warunkiem, że nie mieliśmy rodzinnych planów na dany dzień, bo w takim wypadku moje ćwiczenia opóźniały poważnie wyjazd i jego ogranizację.

A gdy urodził się najmłodszy to wszystko zmieniło się diametralnie. Postanowiłam, że wrócę do ćwiczeń niespiesznie, dokładnie wtedy, gdy będę gotowa i w miarę wypoczęta..

Kiedy to będzie?

Dam Wam znać, dalej czekam.

Na razie najczęściej padam na twarz, „ćwiczeń” mam całą masę, głównie podnoszę ciężary. Mam porządne bicepsy, waga ciągle spada, niedługo osiągnie piórkową, a na krzywiźnie prawego biodra zrobiło mi się takie wytarte miejsce, z delikatną zaróżowioną skórą. Tam zwykle siedzi mały Lolek, gdy coś robię w domu, on sobie obserwuje ze swojego centrum dowodzenia.

Dlatego, gdy czytam, że „WSZYSTKO MOŻESZ!” to mam ochotę trzasnąć drzwiami.

Nie, nie  każdy może to samo. Nie każdy jest taki sam. Nie każdy ma takie same okoliczności.

Pani trenerka proponuje mi regeneracyjną kąpiel i odkrywczo oznajmia, że wszystko poczeka. Że mogę zaangażować męża, rodzinę, może znajomych, że świat się nie zawali. Cholera, no może się nie zawali. Tylko mam wrażenie, że żyjemy w świecie egoistów, w czasach braku empatii, że wszystko jest skierowane na „ja”. Ja powinnam olać rodzinę, posiłki, plany, stan zdrowia pozostałych domowników, mam obarczyć dodatkowymi obowiązkami ludzi, którzy są równie zapracowani i niedospani, by podbudować własne ego, by ujędrnić tyłek i poprawić nogi.

Jasne, że chcę wreszcie móc zrobić coś dla siebie! Ale nie tak na siłę, nie kosztem wszystkiego. Wolę poczekać na odpowiedni moment, bo to również wymaga jakiejś dojrzałości, by powiedzieć sobie: „teraz muszę częściowo odpuścić, zrezygnować. Za jakiś czas będzie zwyczajnie łatwiej zacząć myśleć o sobie – wtedy ruszę z kopyta”. A teraz? Teraz próbuję przetrwać.

Mam powyżej uszu tekstów o tym, jakie to wspaniałości rozciągają się poza strefą komfortu. Że wystarczy tylko wytaszczyć cztery litery z kanapy, zawiązać sznurówki i ruszyć w drogę, poczuć wiatr we włosach i zacząć oddychać naprawdę. Że będzie krew, pot i łzy, ale masz być fighterem, zdobywać, walczyć, nigdy się nie poddawać!!

Tylko, że ja nie chcę być fighterem. Każdy rodzaj ortodoksyjności wzbudza we mnie podświadomą podejrzliwość, przywodzi mi na myśl neoficki zapał, popadanie w skrajności i ogólnie – brak równowagi wewnętrznej. Wolę zwyczajnie fajnie żyć. Względnie zdrowo, ale krew, pot, łzy, codzienna walka nie są mi do tego potrzebne.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

17 komentarzy

  • Reply mamamagda 14/02/2017 at 09:30

    Brawo!! Zgadzam sie w 100%. Też kiedys sie zafiksowalam ze musze byc super fit pomimo dwójki malutkich dzieci u boku i strasznie mnie frustrowało, że nie daje rady… W końcu odpuściłam, na cale szczęście dalam sobie luz, czas na dojście do formy i olalam swoje nierealne plany. Rzecz jasna ja byłam szczęśliwsza, rodzina tez. Ja się uczę, choc wolno mi to idzie 😉 ze na wszystko jest miejsce i czas. Ćwiczenia zaczelam później niż zamierzalam, swiat sie nie zawalił a ja przynajmniej juz calkiem nie straciłam równowagi psychicznej. Pozdro! I trzymaj się dzielnie 😊 ps. Tekst rzecz jasna świetny 😊

    • Reply Agata / Ruby Times 14/02/2017 at 11:41

      Dziękuję <3

  • Reply Mama 4,5latka i 9 cio miesieczniaka 14/02/2017 at 10:31

    Podpisuję się wszystkimi kończynami;-)

    • Reply Agata / Ruby Times 14/02/2017 at 11:39

      :)

  • Reply Kasia od Bliźniaków 14/02/2017 at 11:29

    Dokładnie :) Myślę tak samo. Ja Mama niemal 3letnich bliźniaków. Wiem już że nie wszystko teraz mogę. .. I tak jest ok :)

    • Reply Agata / Ruby Times 14/02/2017 at 11:39

      Jasne, na wszystko przyjdzie czas

  • Reply e-milka 16/02/2017 at 05:26

    Tak – przetrwac. Wiesz, gdybym miala bloga napisalabym tekst pt. „Szczesliwa matka to… szczesliwa matka”. Znasz ten slogan? A ja nie lubie dopisywania ideologii. Bo szczesliwa matka rozumiana jako matka spelniona, myslaca o swoich potrzebach to wcale niekoniecznie szczesliwe dziecko. Moje dzieci np. sa szczesliwe, kiedy jestem z nimi. Stoi to w oczywistym konflikcie z moja potrzeba pobycia sam na sam z soba, ktore dla mnie sa jednym z warunkow poczucia szczescia. Szczesliwa matka w tym sensie to tylko szczesliwa matka, nic wiecej.

    • Reply Agata / Ruby Times 16/02/2017 at 10:39

      Bardzo słuszna uwaga. Chociaż pewnie lepsza spełniona, uśmiechnięta matka, poświęcająca dzieciom 2 h dziennie, ale uważnie, naprawdę wsłuchując się w ich potrzeby, niż zarobione zombie, które teoretycznie jest obok 24h na dobę. Ale tylko teoretycznie, bo nawet z dziecmi nie rozmawia, ugrzęźnięta w garach i praniach, zaniedbana, pokazująca taki wzorzec dzieciom na przyszłość.. no też niezbyt dobrze. Chyba że temu nadać ramy czasowe. Jak najmłodsze dzieci są w wieku przedszkolnym, to matka już może coś więcej, bo dzieci nie potrzebują jej obecności non stop. Ale w tym momencie, w którym jestem teraz, moje dzieci są faktycznie szczęśliwe (zwłaszcza te młodsze), gdy nie uciekam na zbyt długo, gdy jestem z nimi. Taki czas w życiu. Minie, i to zbyt szybko!

      • Reply e-milka 16/02/2017 at 14:20

        Wlasnie: lubie Ciebie czytac, bo propagujesz, ze tak to nazwe „Madre rodzicielstwo”. Co to dla mnie znaczy? Swiadomosc, ze ten etap „kiedy dzieci sa male” jest krotki, choc potrafi ciagnac sie jak guma. Ze priorytety zmieniaja i powinny sie zmieniac z wiekiem dzieci. I choc to moze oksymoron, ze dzieci sa ludzmi i co z tego wynika.
        Sama ciagle walcze o proporcje. W ostatnim roku poczulam, ze dalej tak byc nie moze. Poniewaz pracuje na caly etat, wygladalo to tak, ze jedynym czasem, w ktorym bylam sama, choc przeciez nie do konca, byla droga do i z pracy. Reszte poswiecalam dzieciom (jak juz mnie caly dzien nie ma) i ogarnianiu domu. Poniewaz maz pracuje na zmiany i czesto w weekendy, zeby moc odbierac dzieci w tygodniu, wiec standardowo w weekendy ja sie nimi zajmuje. I ostatnio zauwazylam, ze w ogole mnie to nie cieszy, a wiekszosc niedzieli konczyla sie moja litania zali. Teraz jestem w trakcie zmiany pracy i czasem rozkoszuje sie powrotem do pustego domu. Gdzies zapedzilam sie wierzac, ze mozna miec wszystko (oraz ze wszystko trzeba). Teraz probuje powrocic do wzglednej rownowagi.

  • Reply Asia W. 16/02/2017 at 08:12

    Życie jest tylko jedno. Może to wyświechtane, może banalne, ale jeśli nie chcesz być fightetem to nie bądź. Szkoda pędzić cały czas, goniąc nie wiadomo jakie ideały, tylko po to, żeby na koniec powiedzieć sobie jestem super. Czasem spełnienie tkwi w byciu tu i teraz z tym małym człowiekiem. Niekoniecznie fit, w super modnym skandi boho mieszkaniu, z perfekcyjnym makeupem, kupą hajsu i setką voyageów na koncie. Nie wiem skąd ta moda na pogoń. Ja też tak nie chcę.

    • Reply Agata / Ruby Times 16/02/2017 at 10:41

      Moda na pogoń, perfekcję i osiągnięcie wszystkiego natychmiast. Dorosło pokolenie, na które mówię „I want it all”

  • Reply Joaleks 16/02/2017 at 20:42

    Uff, dziękuję za ten tekst, ulżyło mi… niby mam jakos te sprawy poukładane w głowie, swoje wiem, ale czasem przychodzi myśl: może jestem leniwa? źle zorganizowana? No bo jak to: nie mieć czasu na ćwiczenia? Hobby? Naukę języka? Masz rację, że to kwestia wyboru, priorytetów, i zawsze coś jest kosztem czegoś. Fajnie byłoby znaleźć jakąś równowagę, ale mimo wszystko wolę żeby szala przechylała się w stronę dziecka, rodziny niż moich ambicji (przynajmniej na razie;). A swoją drogą – mam teorię, że nic nas nie zmusza do ciężkiej pracy nad sobą (i nie doskonali zarazem) tak, jak macierzyństwo;)

    • Reply Agata / Ruby Times 17/02/2017 at 11:05

      Bardzo dobra teoria!

  • Reply ania 17/02/2017 at 16:42

    To jak z „miłością dobrą, jak chleb”. Piękno prostoty, takiej „normalności”, to chyba jest największą sztuką, by wytrwać w trudach codzienności i jednocześnie tę codzienność doceniać, cieszyć się nią, choć czasem trudno. Jeśli komuś ciężko odnaleźć cel, sens, musi chyba walczyć, by go stworzyć…? Trzymajcie się ciepło :)

  • Reply Pola-Odpoczywalnia 17/02/2017 at 19:56

    Bardzo fajny tekst, jak dobrze że jest coraz więcej takich głosów :)

    Przedziwne ale umiejwtnosc odpuszczania zrobiła się jakąś deficytowa umiejętnością, a już szczególnie mówienie o tym głośno. Nie jesteśmy cyborgami i nie możemy robić i mieć wszystkiego, po prostu.

  • Reply Ola 21/02/2017 at 22:16

    Agato, trafiasz jak zwykle w punkt! Współczesny świat coraz bardziej chce narzucić nam ramy postępowania i to jacy mamy być, wszyscy, teraz-zaraz. A natura nie lubi skrajności i zawsze dąży do tzw. złotego środka chociaż mam wrażenie nigdy go nie osiąga. Życie polega na tym żeby balansować i dostosowywać się do warunków, a nie na siłę je zmieniać. Ja się osobiście boję ludzi totalnie skoncentrowanych na osiągnięciu określonego celu, wiem, że wszystko ma swoją cenę. Wierzę w hasło „mierz zamiary na siły”.

  • Reply kejt 23/02/2017 at 13:03

    O tak, w dniu, w którym biorę prysznic z myciem włosów czuję się bardzo zadbana

  • Napisz, co o tym sądzisz