Retrospekcje

Murawa

Dom stał prawie na końcu wsi. Był drewniany, zbudowany z pociemniałych desek, a jakby się mu przyjrzeć z bliska to można było zobaczyć miliony malutkich dziurek w drewnie, dziurek pieczołowicie wierconych przez niewielkie żyjątka zwane kołatkami (wbrew powszechnemu przekonaniu to nie korniki – one stołują się jedynie na żywych drzewach).

Ramy okienne pomalowano ceglastoczerwoną farbą i najwidoczniej trochę jej zostało na ogrodzenie. W oknach pyszniły się pelargonie i białe mocno krochmalone firany. Dach był pokryty blachą, obok domu kilka młodych śliwek, furtka zamykana na łańcuszek, a przed metalowym płotem w esy-floresy stała prowizoryczna ławeczka z dwóch pustaków i deski. Ławka ta organizowała życie społeczne mieszkańców, bo wystarczyło tylko przysiąść na niej by spotkać wszystkich sąsiadów i znajomych, by uciąć sobie niejedną pogawędkę, wysłuchać plotek.

Asfaltową wąską drogą czasem przemknęło jakieś auto, czasem przejechał PKS do Tomaszowa. Dużo częściej jednak furmanka, ciągnik Ursus a w czasie żniw kombajn typu Bizon. Murawa znajdowała się po drugiej stronie drogi, nie zaraz na przeciwko domu, bo trzeba było najpierw przejść koło zagrody z owcami, a po lewej stronie od jej płotu zaczynała się wielka łąka.

Czy w rzeczywistości była tak wielka jak w moich wspomnieniach? Nie, zdecydowanie nie, ale jednak była dość duża. Z jednej strony zamknięta asfaltową szosą, bok przylegał do wspomnianej zagrody z owcami, z drugiej strony był płot od czyjegoś gospodarstwa, przy tym płocie wyrastał rząd smukłych, wysokich topoli. Najodleglejszą stronę łąki zwieńczały rozległe pola, na których złociło się żyto, falowało przy każdym podmuchu wiatru, zachwycało swoim ogromem, a daleko na horyzoncie ciemna, trochę złowroga (przynajmniej dla małej mnie) linia lasu.

Wkraczałam na murawę nieśmiało i natychmiast przenosiłam się do innego świata. Świata wibrującego od dźwięków, wypełnionego brzęczeniem, szumem, szelestem.

Roślinność była tam bujna, czasem Dziadek lub któryś z wujków wkraczał z kosą, najczęściej jednak trawy i polne kwiaty panoszyły się radośnie nie zważając na wszelkie konwenanse. Kłosy, źdźbła rozmaitych traw, których nazwy poznaję właśnie teraz dzięki potędze internetów: krupówka pospolita, kostrzewa łąkowa, śmiałek darniowy, tymotka, wyczyniec, wiechlina, komornica zwyczajna. Znacie je wszystkie, jestem pewna, że nie raz przesuwaliście palcami po łodygach wiechliny, by cały jej kwiatostan został Wam w dłoni.

Jestem pewna, że dokładaliście je czasem do gigantycznych bukietów, tak jak panie w kwiaciarni dokładają przybranie do róż. Ale nigdy nie zwróciliście uwagi, bo były tylko tłem dla dramatycznie czerwonych maków i śmiejących się margarytek, dla chabrów tak niewyobrażalnie chabrowych, nawet dla koniczyn czerwonych, białych i łąkowych groszków.

Wieś była wprawdzie tuż obok, ale na murawie toczyło się równoległe, równie pracowite życie, istniał alternatywny świat pulsujący kolorem i dźwiękiem. Szło się nabożnie szeleszcząc zielonością, a trawy i kwiaty sięgały aż do pasa. Dookoła latały pracowite pszczoły i pocieszne trzmiele, w cieniu liści odpoczywały biedronki, koniki polne uskakiwały spod stóp na wszystkie strony. Te niewielkie, szare i te olbrzymie, jasnozielone, czasem tak duże że niemal galopowały po łące.

Nie wiem jak długo potrafiliśmy siedzieć na murawie, ale to musiał być kawał naszych wakacji. Zastanawia mnie co też tak naprawdę tam robiliśmy. Nie mieliśmy ze sobą koca, książek, zabawek, nowoczesnych technologii. Mówimy przecież o czasach, w których mianem „komórka” określało się drewnianą szopę na różności.

Nie nudziliśmy się jednak. Gdy już zrobiłeś sobie małe udeptane miejsce wśród traw, mogłeś się rozejrzeć wśród roślin tak wysokich, że dziecko spokojnie się w nich skrywało wraz ze słomkowym kapelusikiem. Mogłeś zrywać, pleść wianki, z kłosów robić warkocze, pierścionki, opaski. A potem, jak już podnosiłeś się z trawy to tyłek był cały zielony, a na nogach, ubranych w krótkie letnie ciuchy przecież, widać było liczne ślady odbitych traw. Mam to wszystko w głowie, nie pamiętam jednego konkretnego wspomnienia, tylko wiem, że zdarzyło się przecież jakiś milion razy, właśnie tam, na łące.

Murawa to jedno z tych miejsc. Moich magicznych wspomnień z najwcześniejszych lat życia.

Takie powolne chłonięcie świata z pewnością wpływa na człowieka. Na jego wrażliwość, poczucie piękna, odbieranie otoczenia, więź z przyrodą.

Dlatego też myślę, że nicnierobienie jest cholernie ważne, gdy jest się dzieckiem. Bo tak naprawdę nigdy nie jest tak, że naprawdę nic nie robisz. Gdy nie masz żadnych rekwizytów, a Twój czas nie jest odgórnie rozplanowany przez kogoś, to wreszcie masz czas, by się rozejrzeć.

By zobaczyć świat dookoła.

By go poczuć.

Współczesny świat ma w sobie truciznę, która jak kawałek lodu w oku małego Kaja zabiera małym i dużym ludziom te wszystkie wrażenia. Przylepieni do magicznych, fosforyzujących ekranów w mig zapominamy o otaczającym świecie, z całym jego bogactwem. My dorośli potrafimy się dać pochłonąć, a co dopiero dzieci, które dopiero się uczą, poznają. Nagle wszystko traci całą swoją soczystość, przestaje być atrakcyjne, bo przecież nie może się równać z cyfrową wersją świata, przepuszczoną przez milion filtrów i graficznych programów.

Z tym, że ta wirtualna nie ma kształtów, zapachów, struktur. Jest jałowa, sterylna, odległa. Nie można jej dotknąć ręką.

Na razie mamy jeszcze wpływ na to jak spędzają czas nasze dzieci. Nie wiadomo jak to będzie za kilka lat. „Jeszcze dwa lata temu, gdy się spotykaliśmy w domu słychać było gwar” – odpowiada mi przyjaciółka – „dzieci znajomych biegały, wrzeszczały, skakały, teraz siedzą obok siebie. Nie rozmawiają, nie widzą się. Każde z grupki  ośmiolatków patrzy w swój telefon”.

Odsuwam tę wizję jak najdalej i pozwalam, by moje dzieci były dzikie. Póki jeszcze tego chcą.

Niech usiądą na trawie, niech się ubrudzą. Niech przyjrzą się liściom krzewów w trybie makro, jak wyglądają z bliska, gdy pod oko się je podetknie? Niech uplotą wianki, niech z koniczyny pierścionki piękne zrobią. Niech im ramiona ozłocą się od słońca, a skóra zapachnie latem. Niech bosą stopą wejdą w kałużę, niech biegają, wrzeszczą, niech pobędą sobie dziećmi, bo to przecież tak krótki czas, trzeba się więc spieszyć, by wykorzystać go jak najpełniej. Tylko trochę odwrócić sens tego spieszenia – nie że więcej zajęć i obowiązków! Zamiast tego możliwość popatrzenia na świat z bliska. Owady, kwiatki, chmury nad nami.

Zatem niech ich tyłki zielone od siedzenia na trawie będą, a na nogach odbije się cały zielnik łąki.

 

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

4 komentarze

  • Reply Magda Z. 13/07/2017 at 00:42

    Jakże podobne obrazy do tych opisanych przez Ciebie zapisały się w mojej pamięci… Wakacje spędzane u Dziadziów na mazowieckiej wsi to dla mnie synonim szczęśliwego dzieciństwa. Mojego dzieciństwa. Do dziś śpiew skowronka, który niekiedy słychać w polskich filmach sprzed lat, uruchamia u mnie lawinę „łąkowych” wspomnień, gdy leżałam na trawie, wpatrywałam się w chmury i zajadałam ziarna dojrzałego zboża, wysypane wprost z zerwanego w drodze na łąkę kłosa. Dziękuję Ci Agatko za obudzenie tych i wielu innych pięknych wspomnień.:) Ściskam wakacyjnie!:)

    • Reply Agata / Ruby Times 13/07/2017 at 14:28

      Ściskam również! <3

  • Reply Pola-odpoczywalnia 13/07/2017 at 10:12

    Tak,tak, tak!jak ja sie zgadzam z każdym słowem! Nicnierobienie i twórcza nuda sa dla dzieci zupełnie cudowne!
    I pozwolenie na najprostsze doświadczanie świata, myślę że to duża odtrutka na współczesne problemy typu nadaktywnosc czy zaburzenia SI.

    • Reply Agata / Ruby Times 13/07/2017 at 14:28

      Najprostsze doświadczanie świata jest takie kojące :)

    Napisz, co o tym sądzisz