Retrospekcje, Styl życia

Miesiące, tygodnie, dni.

Gdy już wyskakała się na łóżku rodziców, klapnęła na twarz i tak leżała przez chwilę oddychając głęboko. Zmęczyła się.. nie zdążyłam skończyć myśleć zdania, gdy zregenerowana błyskawicznie ruszyła do kolejnego ataku. Wspięła się na toaletkę, przycupnęła na parapecie. Podciągnęła niezdarnie opadające gacie od piżamy (białe w złote gwiazdki) i opierając rączki o parapet spojrzała za okno.

Ogarnęła wzrokiem krajobraz. Brzydki, zimowy widok, rozciapane kałuże, błoto, dużo błota, cały odwilżowy brak uroku. Formy architektury małe i duże, domy, przybudówki, ogrodzenia. Bure, zużyte, nieremontowane, prowizoryczne. Psy na podwórkach, na zszarzałej trawie, dym wydobywający się z kominów. Trujący smog. Blade słońce usiłujące przebić się przez tę krajobrazową depresję. Spojrzała na to wszystko z zachwytem, jaki tylko trzyletnie dziecko może mieć.

„Jati piętny, wesoły świat!” – wykrzyknęła radośnie.

Dziś chciałam Wam napisać o roku. Każdy kolejny mija w coraz szybszym tempie, zupełnie jakby ktoś podkręcał prędkość na karuzeli. A odkąd mieszkamy na poddaszu, odkąd co dwa lata przybywa nam po dziecku, to zaczynam wreszcie doceniać pewne rytuały, atmosferę każdego miesiąca i niewielkie wyjątkowości, na które czeka się dwanaście miesięcy.

Budowanie wielkich igloo w styczniu, Dziadek zawsze konstruuje najbardziej imponujące budowle, wzmacnia deskami stropy, tak by dwoje dzieci mogło spokojnie zmieścić się w środku. Smaki zupy brokułowej, żurku z dużą ilością kiełbasy, aż wykrzywiającego buzię od chrzanu, gorącego rosołu, które pochłaniamy po powrocie ze spacerów (o ile da się iść na spacer, bo wiecie: smog). Gorące śniadania – szakszuka, fasola na ciepło, soczewica w pomidorach albo full english breakfast. Oj tak, zimą lubimy sobie dogodzić i nie zważamy na kalorie.

W lutym Kropka ma urodziny, zjeżdżają się goście, po domu biegają stada dzieci, bo rodzice chrzestni również mają swoje gromadki potomstwa. Tort bezowy też jakoś mi się z lutym kojarzy, wtedy zazwyczaj pojawia się na stole. Gdy trafi się Tłusty Czwartek, to mąż piecze najlepsze w świecie pączki z piekarnika (z Kwestii Smaku), a w oczekiwaniu na wiosnę pojawiają się też często czekoladowe suflety, brownie i tiramisu.

Nieśmiały, wiosenny wiatr zwiastuje marzec. Nagle, tak jak wszystkim innym ludziom rozsianym po domach, poukrywanym przed zimnem, mnie również zaczyna chcieć się żyć. W ogrodzie jeszcze wszystko bure i nijakie, farba złazi z drewnianych elementów małej architektury, ale już myślimy o kupnie sadzonek, już oglądamy z dziećmi pąki na drzewach. Czas zamontować moskitiery w oknach, bo świat zaczyna bzyczeć i trzepotać skrzydełkami.

Znoszę do domu tulipany i żonkile, sadzimy rzeżuchę. Ktoś już gdzieś widział pierwsze zielone szparagi, przez następne miesiace będziemy je nabożnie konsumować maczane w jajku, zawijane w szynkę, zapiekane, grillowane.

Najbardziej w kwietniu lubię to całe budzenie się świata do życia, zaczyna się od żółtych forsycji, które rozkwitają optymistycznie na tle szarzyzn i burości przedwiośnia. Ten moment, sam początek, kiedy wszystkie wiosenne przygody jeszcze przed nami jest moim ulubionym.

Coraz częściej rezydujemy w altance ogrodowej. Gdy tylko nocne przymrozki ustaną będzie trzeba zająć się ogródkiem warzywnym. Dzieciaki wraz z Dziadkami posadzą zioła i małe krzaczki pomidorów, a potem będą doglądać i podlewać. Moja misja na ten miesiąc to odgruzowanie balkonu – wyszorowanie warstwy sadzy i smogu, powieszenie lampionów oraz donic z nieśmiertelnymi pelargoniami, których i tak nikt nie będzie podlewać, więc będą się owe rośliny zapewne modlić o regularne deszcze.

Wyciągnę ramoneskę z szafy, pojedziemy na pustą plażę, na której zainaugurujemy sezon na pikniki. W tym roku pojawi się też nowy powód do świętowania kwietnia – Lolek skończy wtedy roczek! Już wiem, że będę ronić słodko-gorzkie łzy, za odchodzącym niemowlakiem, a nadchodzącym małym chłopczykiem.

W maju szaleję. Jeśli przypadkiem nie jestem w ciąży lub w połogu, to zyskuję nagle całkiem znośną lekkość bytu. Nie chcę tracić czasu w domu i gdy tylko mam okazję to wyrywam się gdzieś bez dzieci. Uwielbiam spacery i pikniki, albo jeszcze lepiej – wino w plenerze! Tak jak to kiedyś bywało, na zamku, lub na plaży, takie z gwinta wypite, na to chyba nigdy nie będę za stara. Do łagodnej odmiany pedantyzmu domowego wracam zwykle w połowie września. A teraz znów lubię jeździć autem, przejmuję obowiązki robienia zakupów żywieniowych, muzyki słucham bardzo głośno i intensywnie myślę o wakacjach. O wyrwaniu się z miejsca, o zmianie otoczenia. Wiosną potrzebuję tego najbardziej.

Chłonę ogród, dosłownie wciągam wiosnę nosem. Migdałowiec kwitnie na różowo, magnolia ostrożnie rozwija swoje olbrzymie płatki. Śliwka, czereśnia, jabłoń! Moje ukochane konwalie. Wynoszę do ogródka pierścienie makro, jednym okiem zezuję na dzieci, drugie utkwione mam w wizjer aparatu, próbując uchwycić pręciki wewnątrz kwiatowych kielichów.

Czerwiec witamy sadzeniem truskawek przy Domku Ogrodnika, truskawki są dosłownie wszędzie, Dziadkowie niestrudzenie dostarczają nam kolejne kobiałki „od chłopa”. Na śniadanie dorzucamy je do sałatki Caprese (jeśli nie wiecie – pomidory z truskawkami fajnie pasują), wciskamy do ciast, wypijamy niezliczone koktajle truskawkowo-bananowe. A w tym roku planuję też wreszcie przekonać się do takich bez jogurtu naturalnego, na bazie owoców i warzyw.

To również urodziny Młodego. Zawsze z tortem z masą truskawek i bitej śmietany, z tartami rabarbarowymi (robię taką pod warstwą bezy) i truskawkowym kompotem. Jeśli pogoda pozwala to przyjęcie robimy w ogrodzie, połączone z grillem. W tym roku pewnie będzie chciał zaprosić kumpli z przedszkola, taki jest duży!

W lipcu dzieci żywią się w ogrodzie. Niemal codziennie wraz z Dziadkiem plądrują wisienki, truskawki, poziomki oraz maliny z pnącej rośliny koło ogródka. Myją ubłocone ręce przy wężu ogrodowym, tam też następuje płukanie owoców, które następnie z namaszczeniem pochłaniają na drewnianych schodkach. Gdy urzędujemy w altance ogrodowej przynoszą mi niezliczone bukiety z polnych kwiatków i traw.

Pomidory są coraz bardziej soczyste. W warzywniaku pojawia się bób, który wkracza przebojem do menu. Bobo-spaghetti na obiad, a na śniadanie sałatka z bobu ze świeżą miętą, fetą i sokiem z cytryny. W niedzielę zdarza się nam urządzać balkonowe przyjęcia przy letnich plackach i kawie. Przebywamy ile się da poza domem. Parki, place zabaw, zamki, wizyty w górach u Dziadków.. czasem aż do późnej nocy siedzimy nad jeziorem i po powrocie śpiące, brudne dzieci (niejednokrotnie z zaschniętymi zaciekami po lodach czekoladowych) przenosimy z auta prosto do łóżek.

Sierpień kojarzy mi się głównie z morderczymi upałami, gdy na poddaszu nie da się przebywać w ubraniu. Łazimy wszyscy w japonkach lub boso, ubrani w szorty i mikroskopijne koszulki. Mamy całe przemyślne sposoby nocnego wietrzenia i wychładzania mieszkania, ale najczęściej staramy się po prostu zmykać z domu. To czas pikników śniadaniowych rozkładanych na kolorowych kocach. Jemy dużo śliwek, pełno letnich owoców, poziomek i wiśni. Do ogrodu wynosimy garnki z leczo, a najulubieńszy łatwy obiad to ziemniaki z koperkiem i ze zsiadłym mlekiem.

Czasem pada deszcz, a po deszczu to ja lubię autem wjechać na leśne ścieżki. Nie wiem dlaczego mnie tam gna, by chociaż na parę minut, chociaż na chwilę postać i pogapić się na mokre, soczysto-zielone drzewa, podczas gdy mrożonki roztapiają się w bagażniku.

Od niedawna lubię słoneczny wrzesień. Na otarcie łez za odchodzącym latem mamy te wszystkie cudowne smaki i kolory. Dynie, cukinie, bakłażany, najpyszniejsze pomidory lima, które pieczemy w piekarniku, papryki nadziewane. Pesto z grubych pęczków pietruszki, pyszne lekkie makarony z lekkimi sosami. Wycieczki, jeszcze więcej wycieczek, by wykorzystać czas przed ciemną i zimną porą roku, gdy się da urządzamy wagary od przedszkola, bo pogoda wciąż bywa letnia, a w turystycznych i rekreacyjnych miejscach zupełne pustki.

W październiku jeździmy do Cieszyna zbierać kasztany na Wzgórzu Zamkowym. No bo.. w sumie dwa lata z rzędu to już jakby tradycja, nie? Świat zmienia kolory, tak jakby chciał wynagrodzić nam to, co stanie się z nim później, na spacerach zachwycamy się feerią barw i szuramy butami wśród liści. Lubię zaszyć się w zaciszu kuchni, zwłaszcza gdy na zewnątrz pada. Piekę marchewkowiec i muffiny dyniowe, gotuję zupę z dyni, przynajmniej raz jesienią musi być. Powoli wyciągamy z szuflad najcieplejsze koce i narzuty, pijemy więcej herbat i znów zaczynam rozglądać się po własnym domu. W szafach totalna rozwałka, czas to trochę ogarnąć przed zimą.

W listopadzie ratujemy się jak możemy przed sezonem chorobowym (ale bez szału nam wychodzi). Zakopujemy się w domu, w kocach, książkach, na antresoli z mężem oglądamy filmy przy herbacie (gdy akurat nie padniemy z dziećmi).

Już wtedy wyciągam lampki choinkowe, by rozjaśniały mrok chandry i szarości tego nieuprzejmego miesiąca. By go przetrwać i nie zwariować, koncentruję się na domu. Szukam sposobów, by go trochę zreorganizować, ulepszyć, usprawnić działanie tego, czy owego. Cały listopad mi schodzi na powolnych porządkach. Do tego dodajcie zapach chlebka bananowego o poranku. Albo drożdżowego kwiatka z czekoladą, jakie piecze mój mąż. Love po prostu.

Grudzień byłby bardzo nieznośnym miesiącem, gdyby nie myśl o Świętach. Z każdym rokiem staram się spędzać coraz mniej czasu w centrach handlowych i błogosławię internetowe zakupy prezentowe. Ostatnio po raz pierwszy mieliśmy kalendarz adwentowy, w którym były karteczki z pomysłami na każdy dzień, dzięki czemu dzieci naprawdę świadomie oczekiwały na Gwiazdkę.

Grudzień to pianki marshmallow wrzucane do dziecięcego kakao i naszej latte, liczne kawy wypite w łóżku o poranku i dużo przeczytanych książek. Zapach imbirowych pierniczków i szwedzkich kardamonowych bułek, które mąż wypieka zawsze o tej porze roku. Wszystkie rodzaje cytrusów w herbacie, w asyście imbiru, goździków i miodu. I Święta, oczywiście, odkąd mam małe dzieci znów widzę sens w ich obchodzeniu, z dziećmi są naprawdę magiczne. Na belkach zawieszamy śnieżynki, a ta radość, gdy do domu przynosimy choinkę nie ma sobie równych.

Gdy tylko spadnie śnieg, zaczyna się euforia w ogrodzie, w ciepłych kombinezonach, z rumianymi policzkami. Powstają bałwany (poniżej Żul-Bałwan, arcydzieło Dziadka), tory saneczkowe i nowe igloo. Poczciwy stary rosół wraca do menu, w którym całą zimę pojawia się z regularnością godną baru mlecznego.

A potem wraca styczeń, a potem luty. Kropka znowu skacze po łóżku, wygląda przez okno, i na ten krajobraz czarny, jakby wyciągnięty z dziewiętnastowiecznych osiedli górniczych spogląda z zachwytem. Ona i jej starszy brat wydłużeni, buzie już nie takie rozkosznie okrągłe, coraz bardziej rozumne spojrzenia. A najmłodszy, ten który rok temu był monochromatycznym pływającym rozkoszniakiem z ciążowego USG wygląda już prawie jak nie-dzidziuś.

Zapiernicza to życie cholernie szybko, za szybko! Tylko we wspomnieniach i na zdjęciach mogę je zatrzymać choć na chwilę. Każdy może. Chociaż to chyba oczywiste, że wśród tych pozytywnych myśli przeplata się niemal tyle samo obowiązków, problemów, rozczarowań i irytujących spraw codzienności, które wszyscy znamy. Ale.. gdy patrzę na te magiczne kwadraciki to myślę, że jednak szczęściara ze mnie.

Wszystkie kwadraty pochodzą z mojego Instagrama, pięknie ozdobiły ten wpis – moje konto znajdziecie tutaj.

Większość pyszności wymienionych w tekście znajdziecie w przepisach w górnym menu, w zakładce Kulinaria.

 

 

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

14 komentarzy

  • Reply Mama Oli i Alicji 05/02/2017 at 16:16

    Cudowny wpis i jednocześnie piękna pamiątka! Mnie też ostatnio nachodzą myśli jak ten czas ucieka, a widzę to po mojej 8,5 letniej córce (kiedy to minęło?)i jej młodszej siostrze niespełna 3 latce. Zaliczyłam też w styczniu taką nostalgiczną chandrę, ale już na szczęście przechodzi a ja staram się najlepiej jak potrafię przeżyć każdy dzień.

    • Reply Agata / Ruby Times 06/02/2017 at 19:46

      Nostalgiczne chandry to moja specjalność :) Piąteczka!

  • Reply Indicativusitd. 05/02/2017 at 19:06

    Piękny wpis! Też mi tak szkoda czasu, bo ucoela i przecieka pomiędzy zadaniami i obowiązkami i żeby mi dni nie uciekały w tym roku kupiłam papierowy kalendarz i zapisuję codziennie wieczorem choćby jedno zdanie o tym, co się wydarzyło, co spodobało, co było lejtmotywem dnia.
    Takie postanowienie noworoczne ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 06/02/2017 at 19:46

      Fajnie. Mam nadzieję, że w tym wytrwasz. Fajnie ocalać od zapomnienia małe codzienne sprawy.

  • Reply mamamagda 05/02/2017 at 22:42

    Jak zwykle pięknie napisane 😊 ten biegnący czas najbardziej widać właśnie po coraz „doroslejszych” buzkach dzieciaków. Jak patrzę na zdjęcia moich maluchów sprzed roku, pierwsza myśl to „ojej, Szymek jaki jeszcze malutki byl (2latka) a teraz…” Nie wspominając o coreczce-z niemowlaczka nagle wyrosła mi półtoraroczna panienka 😉 a teraz czekamy na wiosnę z utęsknieniem. Zeby juz skonczyly sie przedszkolne chorobska, siedzenie w domu i szarobura aura za oknem… A wiec, byle do wiosny!! 😊

    • Reply Agata / Ruby Times 06/02/2017 at 19:45

      Też tak mam, zdjęcia sprzed kilku miesięcy zawsze mnie zadziwiają wyglądem małych słodkich buziek (i zawsze wtedy myślę , jakie słodziaaaki, niemożliwe,że wtedy też miałam z nimi wycisk:)

  • Reply Joaleks 05/02/2017 at 23:49

    Zdjęcia dają dystans, człowiek zaczyna patrzeć na swoje życie jakby cudzymi oczyma… miły wpis, zdjecia z wiosny-lata dają nadzieję, ze już niedługo, jeszcze chwilka… :)

    • Reply Agata / Ruby Times 06/02/2017 at 19:44

      No właśnie – gdy patrzę na te zdjęcia zupełnie z boku to podoba mi się strasznie to nasze życie. Chociaż realnie patrząc nie ma tam fot jak jedziemy na szczepienie, odkurzamy i obieramy ziemniaki :D Same pikniki, kawki, kwiatuszki, zabawy itp. No cóż. Jednak do fotografowania człowiek wybiera zwykle przyjemności.

  • Reply Pola-Odpoczywalnia 06/02/2017 at 09:38

    Piekny wpis. Skojarzyło mi się z ” rokiem w lesie” też tak miło i dobrze i tak jak powinno być :)
    A swoją drogą właśnie dlatego tak lubię Twój instagram. To faktycznie zbiór łapanych momentów, takie okruchy Waszego życia, a nie jakieś przeestetyzowane stylizacje :)

    • Reply Agata / Ruby Times 06/02/2017 at 19:42

      Dzięki wielkie. Po to w sumie ten instagram jest, żeby złapać te okruchy. A przesadnie stylizowane konta mi już bokiem wychodzą. Chyba, że jakieś super artystyczne, gdzie przesada jest tak duża, że od razu widać że to taka kreacja, sztuka w zasadzie. Takie jeszcze czasem podejrzę, ale bukiet piwonii walnięty na łóżko, laptop i notatniczek, takie rzeczy to nie dla mnie.

  • Reply Mama dzika dzika mama 06/02/2017 at 12:27

    Piękny wpis – troszkę jak z „Doliny muminkow” ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 06/02/2017 at 19:40

      Mamy tu taką trochę Dolinę Muminków. Tylko chwilowo pod warstewką smogu :(

  • Reply Ola 06/02/2017 at 20:27

    Lubię takie podsumowania, u ciebie wyszły wyjątkowo smacznie :) Insta-foty uwielbiam <3

    • Reply Agata / Ruby Times 06/02/2017 at 20:42

      Dzięki serdeczne <3
      Smaczne, bo dużo o jedzonku :)

    Napisz, co o tym sądzisz