Na temat

Mamy problem

Gdy wiele lat temu uczyłam się jeździć autem przerażała mnie każda przeszkoda pojawiająca się na drodze. Przemieszczając się wsiowymi szosami z przejęciem wyrzucałam losowi, że DLACZEGO? Dlaczego akurat mnie musiało to spotkać? Dlaczego akurat tutaj musiała zatrzymać się śmieciarka, którą teraz JA muszę wyminąć?

Ach, czemuż ciągle spotykają mnie jakieś utrudnienia? A to znienacka wyłoni się powolny kombajn niczym gigantyczna krowa żujący zboże, i będzie wlókł się krok za krokiem tarasując dwie trzecie drogi. A to swym aromatem zaszczyci mnie szambowóz w upalny letni dzień i jeszcze sznur aut z naprzeciwka skutecznie uniemożliwi wyprzedzanie. Albo nieszczęsny rowerzysta na zakręcie, bo przecież na zakręcie ZAWSZE musi być rowerzysta!

Po latach wysnuliśmy nawet z mężem spiskową teorię, według której jednośladowi mają płacone za jazdę na zakrętach. Oni tam spędzają całe dniówki, jadą w jedną stronę, a następnie zawracają gdy ich nikt nie widzi i śmigają z powrotem. To chociaż trochę tłumaczy ich stałą obecność w tych akurat miejscach, więc teraz gdy na zakręcie widzimy cyklistę zazwyczaj któreś z nas komentuje:

„Patrz, pracowity człowiek na swoim posterunku, zaraz pewnie będzie zawracał”

Tak. Początki mojej motoryzacyjnej przygody pełne były stresów, kurczowego trzymania kierownicy i zaklinania losu, by nie trafić przypadkiem na jakieś utrudnienie. I zadawania sobie samej naiwnie retorycznych pytań.

Dlaczego to zawsze mnie musi się przytrafić jakiś problem? Czy kiedykolwiek trafię na prostą drogę bez żadnych przeszkód?

Czułam się wręcz jak bohaterka gier komputerowych z czasów Amigi, w których nie dało się spokojnie przejść wypikselowaną uliczką bo zawsze ktoś musiał wyskoczyć z lewym sierpowym i bazooką.

Wiem co sobie myślicie – to przecież oczywiste, że będąc kierowcą musisz być przygotowany na pewne niedogodności. Komplikacje drogowe to część procesu jeżdżenia. Jednak trochę mi zajęło, by to zrozumieć, zaakceptować i przestać rzucać „k*wami” za każdym razem, gdy coś szło nie po mojej myśli. Wprawdzie dożywotnio już chyba pozostanę motoryzacyjnym inżynierem Mamoniem, który lubi tylko te drogi, które zna oraz jednostką drogowo-aspołeczną, która unika poruszania się wśród innych moto-jednostek.. Ale przynajmniej obecnie zachowuję spokój, stoicko czekam gdy należy czekać i z tolerancją wymijam rowerzystę, który w pocie czoła zarabia na chleb na swoim zakręcie.

Uznaję, że niespodzianki na drodze po prostu są. Naiwnością by było się ich nie spodziewać, prawda?

Ale, ale.

Zapewne odnosicie wrażenie, że ten wpis traktuje o motoryzacji i ruchu drogowym, a on jest na zupełnie inny temat. Tylko nie do końca wiem jak zgrabnie dojechać do meritum, bo nie chcę by zabrzmiało patetycznie i „motywująco”, w stylu w jakim zwykle przemawiają rozmaici kołcze od życia na wielkich salach sprzedając ludziom sztuczny entuzjazm..

Ten wpis jest o życiu.

Bywa ono naprawdę nieznośne, gdy rzuca nam pod nogi przeszkody, przy czym nie mam tu na myśli wielkich dramatów – wojen, ubóstwa, nieuleczalnych chorób i innych prawdziwych nieszczęść. Chciałam napisać właśnie o tych prozaicznych i małych, niczym szambowóz na przednim zderzaku.

O niewielkich niedogodnościach. Upierdliwych kłopotach. Codziennie wkurzających sprawach, pojawiających się z zadziwiającą regularnością zupełnie jak te zawalidrogi podczas jazdy. I dopiero to motoryzacyjne porównanie uświadamia jak bardzo oderwane od rzeczywistości są nasze oczekiwania, by problemy przestały na nas spadać.

Znam taką jedną Bożenkę (imię bohaterki zostało zmienione), która totalnie nie może ogarnąć tego, że przeszkody są częścią życia. Że znowu trzeba jechać do cholernego urzędu i złożyć papiery, a na lodówce pełno karteluszek przypominających o zaległych spotkaniach, o wizytach lekarskich całej rodziny, że zeznanie podatkowe, że tynk odpadł nad gankiem, że znowu koniec roku i przegląd auta, cholera jasna! I badanie krwi trzeba zrobić, i jeszcze zepsuła się pralka, DLACZEGO TO WŁAŚNIE MNIE SIĘ COŚ TAKIEGO PRZYTRAFIA? Problemem bywa nawet pogoda, zupełnie jak na sympatycznym rysunku satyrycznym: „Nienawidzę zimy.. znowu te cholerne upały.. pierdolona umiarkowana temperatura!!”.

A zaraz potem zaczynają się naiwne pytania retoryczne.

„Kiedy wreszcie będę miała chwilę spokoju? Kiedy skończą się te problemy? Czy kiedykolwiek sobie odpocznę?”

I to jest ten właśnie moment, gdy przypominam sobie bardzo mądry i trafny cytat z Theodore’a Rubina, amerykańskiego psychoterapeuty, który rzekł kiedyś tak:

„Problemem nie jest to, że istnieją problemy. Problemem jest oczekiwanie, że będzie inaczej i myślenie, że doświadczanie problemów jest problemem.”

Podsumowując ten nieznośnie filozoficzny wywód (bo najwyraźniej taki mam dzisiaj nastrój, wybaczcie) wygląda na to, że lepiej zaakceptować codzienne upierdliwości, z pogodą ducha omijać cholerne ciężarówki i traktory, z finezją i odpowiednią rezerwą odnosić się do rowerzystów, uważać na motocykl we wstecznym i oczywiście nie zapominać o przeglądach i tankowaniu. Taki już nasz los na życiowej highway.

I zaakceptować, że ten problem jest. Nie dziwić się, że on się pojawia, bo przecież wiadomo, że zawsze jakiś musi być! Normalna sprawa!

I teraz kluczowe pytanie – czy świadomość nieuchronności ataku chorób wieku dziecięcego, pękniętych rur kanalizacyjnych i wizyt w skarbówce ułatwi nasze życie?

Prawdopodobnie nie. Ale przynajmniej pomoże znieść wiele przeciwności z dystansem i humorem, zamiast teatralnej rozpaczy i rozdzierania szat.

I pewnie spowoduje że człowiek będzie miotał się trochę mniej na przykład w piękny mroźnie słoneczny (kolejny) dzień, siedząc z dziećmi w domu, bo na zewnątrz smog, a wśród małoletnich krztusiec. Miliony mikstur, kropli, długie listy wskazówek co komu kiedy podać, syropki, łyżeczki i strzykawki… Ech.

Trochę spokojniejszy jest człowiek robiąc kolejne inhalacje, chociaż według człowieka obliczeń, to już siódma tego dnia inhalacja, bo niektóre z dzieci mają z rana po dwie i wieczorem po dwie, a jak to sobie człowiek pomnoży przez liczbę dzieci to wychodzi na to, że powinien siedzieć przy nebulizatorze przynajmniej dwie godziny dziennie, albo zatrudnić kogoś na 1/5 etatu.

Tak, świadomość nieuchronności problemów powoduje, że człowiek mniej się miota.

Bo przecież wie, że problem jest tylko problemem. Wiadomo, że się pojawi i w sumie może lepiej się cieszyć, że tylko taki.

P.S. Dzieci już zdrowe, dziękuję.

poprzedni wpis

Przeczytaj koniecznie

14 komentarzy

  • Reply pharlap 29/11/2017 at 00:57

    Bardzo dobra ocena sytuacji.
    Czasem dodawałem sobie ducha myśląc – hmm, jest problem. Jego kłopot w tym, że trafił na MNIE, a ja już z nim sobie poradzę.
    Radzę jednak nie nadużywać tej formuły.

    • Reply Agata / Ruby Times 29/11/2017 at 14:41

      Interesujące podejście do problemów :)

  • Reply e-milka 29/11/2017 at 04:13

    Miotanie sie, to jest wlasnie to slowo, ktore to oddaje. Tez jestem Bozenka, trudno mi zaakceptowac czasem, ze nigdy nie bedzie tak, ze lista odhaczona, a kosz na bielizne i biurko puste. Czasem mnie to przytlacza i stawiam opor. Zauwazylam jednak, ze najszybciej sprawy daja sie zalatwic, kiedy sie po prostu zakasze rekawy. Znam osoby, ktore listy „to do” przepisuja starannie z jednego kajeciku o pieknej okladce do drugiego. Tez mam takie sklonnosci, zeby podejsc „racjonalnie”, ale czasem po prostu lepiej jest wziac sie za widly i odwalac ten gnoj, nie zastanawiajac sie wczesniej, czy lepiej zaczac od tego kata czy innego.
    A propos „dlaczego” – wczoraj, bez zadnego ostrzezenia, w trakcie pracy, wysiadl mi pendrive. Oczywiscie sa na nim dane, i owszem niektore mam zabezpieczone, ale nie wszystkie, a wlasnie ostatnio tak sobie myslalam, ze musze zrobic kopie calosci. U mnie caly ten rok to jakas czarna seria, pelna wydarzen dziwnych i niekiedy absurdalnych, zmian, czesciowo chcianych, czesciowo nie, wylazacych z kazdego kata zobowiazan i „pierwszych razow”. Wtedy mysle sobie, ze to przeklenstwo „oby zyc ci przyszlo w ciekawych czasach” ma swoje uzasadnienie. To sie tak fajnie czyta o ludziach, ktorzy mieli „burzliwe” zycie, ale kiedy czlowiek sie wczuje w to zaczyna rozumiec, ze to wcale nie takie proste, wyjsc poza sfere komfortu. Ciekawe zycie i harmonia i chory anielskie najczesciej sie wykluczaja, choc moze to tez byc kwestia postrzegania. Czasami tesknie za emerytura, choc wtedy tez pewnie bede sie uzerac z ZUSem i lekarzami, a moze dzieci „ustawia” mi grafik i nadal bede ganiac jak ogar. Natomiast moj maz, ze spokojem typowym dla ludow Poludni a, wlasnie mowi mi czasem, ze takie jest zycie. Czasami trzeba wlaczyc autopilota i wylaczyc refleksje, niestety.

    • Reply Agata / Ruby Times 29/11/2017 at 14:43

      Ja dość często jestem Bożenką, ale to między nami :)
      Przynajmniej staram się z tym walczyć i uczyć się ciężkiej sztuki wzruszania ramionami, gdy się psuje kolejny sprzęt AGD, a dzieciom znowu trzeba kupić lekarstwa ..

      • Reply e-milka 29/11/2017 at 19:09

        Tak, trudna sztuka, ja to tez dlatego nie cierpie, ze cos sie zepsuje, bo mam straszny dysonans predecyzyjny, chcialabym oczywiscie najlepsza jakosc za rozsadna cene (co za postulat) i zawsze sie boje, ze podejme zla decyzje.
        Wiesz, ze lubie zbierac historie – w moim dosc bliskim kregu tez jest rodzina z trojka dzieci. I wprawdzie postawili domek, ale oczywiscie zadluzyli sie po uszy, poza tym, cos tam bylo nie tak z tym domkiem, ze oni i inni wlasciciele musieli wytoczyc proces temu, kto te domki sprzedawal, potem ona stracila prace i znalazla na krotko tylko, a on, zeby zarobic na rodzine musi sporo jezdzic, wiec wiadomo jak to wyglada. W kazdym razie, jak byla w trzeciej ciazy, to ich najblizsza rodzina byla srednio zachwycona, martwiac sie po prostu jak oni sobie poradza. I bylo sporo lat chudych, ale np. teraz jedno dziecko juz na studiach, a drugie zostalo wlasnie, jako licealista podwojnym stypendysta i sie smieja, ze ma najwiecej pieniedzy z calej rodziny. I oczywiscie trojki nie dostali „za pincset”, bo wtedy nawet tego w planach nie bylo. Ale postawili na rodzine i wychodza na prosta. Ona tez dostala w koncu stala prace, w zawodzie w ktorym konczyla studia. I tym optymistycznym akcentem…

        • Reply Agata / Ruby Times 29/11/2017 at 23:06

          Fajnie że historia ma happy end.
          Szkoda tylko, że po drodze tyle lat musieli żyć w niedostatkach i najlepsze rodzicielskie lata spędzić na martwieniu się za co kupić buty i tym podobne.
          Ale dobrze, że teraz jest dobrze :)

  • Reply Pola-odpoczywalnia 29/11/2017 at 08:57

    Heh, ano, tak to już jest na świecie. Niemowlęta płaczą, dzieci chorują, panie w dziekanacie są niemiłe, wstawanie rano zimą nieprzyjemne, a rowerzyści czatują na zakrętach… ;)
    Pasuje mi tu ten cytat z Irvinga,
    „U nas nie ma miejsca na takie marnotrawstwo ograniczonych zapasów energii i intelektu, jakim byłoby rozpatrywanie oczywistych faktów jako problemów”
    Ściskam!

    • Reply Agata / Ruby Times 29/11/2017 at 14:41

      Bardzo akuratny cytat :)

  • Reply mamamagda 29/11/2017 at 09:52

    A ja sie ucze takiego wlasnie podejscia do sprawy i coraz lepiej mi sie zyje 😊 ale Lolek juz duzy chlopak!😊 fajne masz te dzieciaki 😊

    • Reply Agata / Ruby Times 29/11/2017 at 14:41

      Z pewnością trochę to pomaga :)

  • Reply Ola 29/11/2017 at 16:46

    Im jestem starsza, tym mniej czasu poświęcam na biadolenie czemu to akurat mnie spotkało, a więcej na myśleniu jak sobie poradzić. Doświadczenie pokazuje też, że pewne problemy rozwiązują się z czasem same. A lista „to do” jest zawsze pełna. Mam wrażenie, że jest to kwestia niezależna od ilości czasu wolnego i różnych okoliczności życiowych.

    • Reply Agata / Ruby Times 29/11/2017 at 23:06

      Tak – ta lista po prostu samoistnie się zapełnia :)

  • Reply Askadasuna 01/12/2017 at 11:53

    Również doszukiwałam się wielu teorii spiskowych na temat wszelkich przeszkód nie tylko na drodze, ale przede wszystkim w moim życiu, aż pewnego razu, znienacka, nadeszło przebudzenie – ku*wa, laska, ludzie mają bardziej prze*ebane, weź się w garść i żyj mimo to. I żyję. Staram się z tym moim życiem tak lawirować, że nawet jak się coś zwali i zawali, to próbuję patrzeć na to jak na wyzwanie, a nie rozsiadać się obok, zwijać w embriona, owijać kocykiem i biadolić jak mi źle i niedobrze. To daje ulgę tylko na chwilę, ale nie chcę ciągle czekać aż wszelkie przeszkody znikną, bo skoro inni mają gorzej i mimo to żyją, to kim jestem ja aby się poddawać?

    • Reply Agata / Ruby Times 01/12/2017 at 12:35

      Właśnie tak!
      (Chociaż czasem dobrze się też na chwilę zwinąć w embriona i to jeszcze w kocu :)

    Napisz, co o tym sądzisz