Na temat

Jak zejść z poziomu, ale nie upaść? Zwierzenia re-emigranta.

Zdarzyło się to kilka lat temu, gdy dostałam swoją pierwszą polską pensję. Uradowana tym faktem ruszyłam czym prędzej do najbliższej galerii, bynajmniej nie po to, by oglądać obrazy. Chciałam kupić sobie jakiś miły niezobowiązujący ciuch na poprawę humoru, tak jak to zwykłam robić gdy jeszcze mieszkaliśmy za granicą. Przekroczyłam progi Zary, która nagle wydała mi się dziwnie lśniąca i nieprzyjazna. Niezrażona tym faktem zaczęłam buszować między półkami, dopóki nie znalazłam zadowalającej ilości ubrań do przymiarki. Świetne chabrowe chinos’y skomponowały się z jasną bluzką i kolorową chustą w naprawdę dobry zestaw. „Biorę wszystko!” – pomyślałam po staremu. A potem zaczęłam liczyć. 200.. 300.. prawie czterysta złotych to mniej więcej 1/5 całej miesięcznej pensji. I to był chyba ten moment, kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że Polska to jednak drugi świat.

100_3449 101_0467
Nie muszę chyba mówić, że wszystkie ciuchy zostawiłam pani ekspedientce, tej samej, która uprzednio sprawdziła mi torbę. Dwukrotnie. Szybko przestało mnie dziwić dlaczego polskie znajome mówiąc o Zarze używają określenia „muzeum”, właśnie przez tą dziwną napompowaną atmosferę. I pomyśleć, że w zagranicznych czasach kojarzyła mi się ona z jedną z tańszych sieciówek, w której panuje totalny rozgardiasz! Ale to było w innym świecie, w innym życiu. To było w czasach, gdy chodziłam na szpilkach, codziennie robiłam staranny makijaż i fryzurę od linijki. Kopertowe spódniczki, pomalowane paznokcie i klasyczne torebki były nieodłącznymi elementami mojego służbowego image’u. Pracowałam w biurze, jadałam „na mieście”, a po pracy wyciskałam z siebie siódme poty w eleganckiej siłowni urządzonej w przesadnie barokowym stylu. Wieczorami chodziłam do pubów, by wraz z przyjaciółmi świętować koniec korpo – tygodnia.
W tamtym życiu praca dawała nieźle popalić, stres i frustracja na bezduszny Mordor (jak określaliśmy w branżowym języku ukochanego pracodawcę) były na porządku dziennym, ale mimo wszystko dało się żyć. Byliśmy tuż po studiach, samodzielni, ustatkowani – w wynajętym mieszkaniu, w którym sam czynsz kosztował kosmiczne pieniądze, ale to nie był problem, bo pieniędzy nam nie brakowało. Nie musieliśmy brać kredytów, pożyczać od rodziców „do pierwszego” ani prosić nikogo o pomoc finansową. Od czasu do czasu mogliśmy odpocząć psychicznie od zawodowych problemów smażąc się na włoskiej plaży lub szalejąc w amsterdamskich knajpach. Cała Europa stała przed nami otworem, wszędzie czuliśmy się u siebie, bo mieliśmy coś, co otwierało wszystkie drzwi i serca. Pieniądze.
O powrocie do kraju nie zdecydowaliśmy nagle. Szykowaliśmy się do niego od samego początku, bo i trzeba się było szykować jak na wojnę. „Wiadomo, że będziemy musieli zejść z poziomu” – myślałam. Nie czułam, że to jakiś problem, bo w Polsce jest inaczej, ale też cudownie. Magicznie. Emigracja nosi w sobie jakiś ból, jakieś ciągłe poczucie straty. Bez względu na to ile nowych sukienek kupisz, ile par butów naznosisz do domu, ile wypijesz kaw w Starbuck’sie i tak czujesz tą stratę. Że pory roku mijają jakoś inaczej. Brakuje kasztanów spadających z drzew, brakuje świeżych malin w lecie, kompotu, ognisk z przyjaciółmi, smaku potraw gotowanych przez mamę, wyprawy na zwykły targ warzywny, a nie jakiś wysublimowany ‚food hall’, by kupić kurki w sierpniu. Brakuje pójścia w góry i głębokiego oddechu, brakuje nawet tej nieidealności – niespójności, dziwaczności polskiej. Wszystkiego brakuje.
Wróciliśmy więc. Wkrótce minie nasz piąty rok na ojczystej ziemi. Nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak ciężko, że będziemy się musieli utrzymać za jedną czwartą tego, co kiedyś.. ale nie we dwoje, tylko we czworo. Że zapomnimy co to podróże, a ostatnią złotą buteleczkę po podkładzie Guerlain zachowam sobie na pamiątkę przy nowej toaletce, bo przecież w Polsce to on kosztuje ponad dwie stówy! Po powrocie do kraju musiałam pożegnać wiele takich „wielkopańskich” przyzwyczajeń. Zmienić kosmetyki z diorów i clinique’ów na polskie marki. Schować głęboko VIP-owską kartę z Sephory, bo po co mi teraz ona? Wykreślić pedicure z listy ulubionych rozrywek, zamiast tego kupić sobie tarkę do pięt. Skasować strony typu ‚booking.com’ oraz wszelkie linie lotnicze ze swoich zakładek w komputerze. A zamiast nich dodać rozkłady jazdy autobusów miejskich i wiejskich. Teraz już jeżdżę autem, ale pamiętam swoje podróże trwające 1,5 godziny rozklekotanym autobusem do pracy, z pustymi kieszeniami, równie pustym kontem, ale w okularach od Prady na nosie w ramach kontrastu. Najbardziej brakuje mi tego uczucia, że jestem gdzieś w Europie, chodzę po knajpach, mieszkam w hotelach i nie czuję, że jakoś tu kurde drogo. Brakuje spontanu, takiego luzu europejskiego.. który jest ściśle związany z tym, że stać cię. On się z tego bierze, że nie musisz nic wyliczać, obliczać. Wiesz, że tam na karcie są środki, że ci nie braknie, nie zablokuje tej karty, nie będzie obciachu. Zasadniczo uważam, że jestem stworzona do dużych pieniędzy, świetnie sobie radzę je mając i potrafię je wydawać. Jak już mam. Niezależny ekspert w postaci Zuzi twierdzi, że byłabym świetnym personal shopperem, bo bezkonkurencyjnie wynajduję perełki w sklepach i idealnie kreuję potrzeby konsumpcyjne innym ludziom.
Ale wiecie co, nie piszę tego wszystkiego by narzekać na polską beznadzieję. Chciałam Wam powiedzieć, że.. nasz styl życia zmienił się bardzo, ale wcale nie na gorsze – zmienił się na inne. Bo są rzeczy, których tam nie moglibyśmy mieć za żadne pieniądze. Wprawdzie dość często czuję wewnętrzny sprzeciw – że jak to? Jak to możliwe, że po jednych dużych zakupach na początku miesiąca jedno z nas zostaje niemal bez wypłaty? Wciąż pamiętam jakie proporcje wydatków są gdzieś indziej i trudno mi o tym zapomnieć, że TAM tych praktycznych zakupów  w ogóle się nie odczuwa. I jestem głęboko przekonana, że u nas powinno być podobnie. Tak myślę, a potem przychodzi lato. Idziemy do ogrodu z koszykami, zrywamy owoce prosto z drzew i pomidory z krzaczków. Pomidory są żółte i czerwone, zielone i prążkowane, podłużne, gruszkowate.. takie jak w najlepszych delikatesach, a smakiem biją na tamte na głowę. Wygrzewamy się w altance w słoneczne popołudnia zajadając domowe ciasta i popijając pyszną domową kawę. A własne gniazdko, budowane gałązka po gałązce, jest naprawdę nasze, przytulne i spersonalizowane do bólu, czego nie można powiedzieć o tych wszystkich emigracyjnych nudnych mieszkaniach pod wynajem. To wszystko są rzeczy, które składają się na ogólną jakość życia, nawet jeśli uparcie nie chcą napełnić mi portfela. I mimo heroicznej comiesięcznej walki na wzburzonych falach budżetu domowego i ciągłego braku stabilizacji zawodowej wiem, że podjęliśmy dobrą decyzję. I podoba mi się ta alternatywna tańsza, ale bardziej wartościowa jakość życia.
poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

20 komentarzy

  • Reply Matko Zabawko 06/02/2015 at 15:48

    Niestety jakoś życia na zachodzie Europy jest dużo lepsza niż u nas :( trochę to smutne.
    Pocieszające jest to co napisałaś – nie kasa jest najważniejsza. Grunt, mieć w sobie chociaż odrobinkę pozytywnego nastawienia, a życie będzie lepsze. Nawet takie gdy pensje dostajesz „pierwszego” a „drugiego” konto świeci pustkami.

  • Reply Zuzanna Szulist 06/02/2015 at 18:21

    Doskonale rozumiem to, o czym piszesz. U mnie nie była to korporacja ani nic stałego, ale 7 lat temu (funt kosztował 8 zł i był to okres kiedy wyjeżdżali tzw. „wszyscy”) spędziłam z moim mężem (wtedy jeszcze nie mężem) 3 miesiące wakacji pod Liverpoolem. Ja pracowałam w fabryce; codziennie przez 8 godzin pakowałam plastry szynki do plastikowych pudełek, on rozwoził ulotki. Zarabialiśmy najniższą krajową, ale żyliśmy w dostatku. Po opłaceniu mieszkania i zrobieniu zakupów zostawało mnóstwo kasy na przyjemności nadobowiązkowe (na dosłownie wszystko, czego chciałam) i drugie tyle można było zabrać do Polski.
    Dla mnie był to czas całkowicie bezstresowy. W fabryce była przyjemna atmosfera, przy pracy wszyscy śpiewali, trzeba było tylko bezrefleksyjnie pakować szynkę, „odświeżać” tę „drugiej świeżości” i naklejać nowe daty przydatności do spożycia (dla Asdy, nie polecam ;) ). Nie byłam za nic odpowiedzialna, nie musiałam o niczym pamiętać, po pracy graliśmy w golfa na plaży i traciliśmy drobne w automatach w salonach gier. W Polsce, po 3 kierunkach studiów jedyne, co mi zaproponowano, to harowanie w czyjejś kancelarii za 1500, zabieranie stosu papierów do domu na weekendy i odpowiadanie własnym podpisem za napisane kogoś głupoty.
    U mnie konkluzja jednak inna niż u Ciebie. Żałuję, że nie mieszkam w U.K. Wtedy było to niemożliwe (nie skończyłam jeszcze liceum), potem chyba zabrakło odwagi. Nie mamy źle w Polsce, mamy swój dom (ale to tylko zasługa moich rodziców), więc nie śledzimy z paniką kursu franka, mąż zarabia przyzwoite pieniądze, ale to stanu „angielskiego” bardzo nam daleko. Wiem, że to były tylko wakacje, prawdopodobnie po 5 latach pakowania wędlin siadłoby mi poczucie własnej wartości, ale mimo wszystko trochę żałuję, że swego czasu nie postanowiliśmy postawić wszystkiego na jedną kartę.

    • Reply Zuzanna Szulist 06/02/2015 at 18:26

      O boże, nie wiedziałam, że ten komentarz będzie taki długi. :D

    • Reply Ruby Soho 06/02/2015 at 22:45

      Dla doprecyzowania tekstu dodam, że byłam zwykłym, szeregowym korpo – pracownikiem, z zupełnie przeciętną pensją. I właśnie to jest tam cudowne, że zwykli ludzie mogą sobie pozwolić na odrobinę luksusu, na dobre produkty i porządne wakacje. Ale żyjąc tam wciąż miałam niezdrowe poczucie że kupując dobra materialne rekompensuję sobie wszystkie tęsknoty i nostalgie. To było trochę niezdrowe, ciągle zastanawiać się czy zostać czy jechać, bo prawda jest taka, że pieniądze to jedyna rzecz, która nas tam trzymała. Dużo, ale jednak mało.

  • Reply Instytut Doświadczeń 06/02/2015 at 22:13

    Fajnie to napisałaś, czytało się najlepiej, ale kurczę, nie zgodzę się! Może „La Bella Italia” to nie UK, ale tam nauczyłam się innego standardu życia, to fakt, ale za żadne skarby (sic!) nie zrezygnuję z niego tutaj. Poza tym polskie pomidory nie smakują jak włoskie, no po prostu nie. Warzywa, owoce, wyhodowane na pięknym, przedwiecznym słońcu smakują jak nigdzie indziej i marzę, żeby można było DHL’em sprowadzać stamtąd spożywkę bo nawet wyhodowane na moim ogródku pomidorki smakują przy tym jak podła podróbka (jak te torebki od Prado kupowane przez turystki na plaży od Marokańców, tak smakują mi polskie rarytasy). I nie uważam też, żebym odnajdywała w naszym kraju jakąkolwiek rekompensatę za konieczność (przykrą) mieszkania tu. Gdyby nie profesja mojego męża, który najwyraźniej bez polskiej filologii nie może się obejść, brałabym choćby podłą, ale jednak robotę we Włoszech. Swoje, polsko-filologiczne wykształcenie wyrzuciłabym do kosza w mgnieniu oka i bez wahania wyjechałabym tam już, teraz, natychmiast. Jest rodzina, super, ale będąc na obczyźnie relacje mieliśmy lepsze o jakieś szalone miliony procent. Więc moja antypolskość się nie zgodzi z Twoim umiłowaniem lokalnej sielskości. No i też komfort (tu się akurat zgadzam, że nie ten, wiadomo) – ja nie mogłabym zrezygnować z dobrych kosmetyków. Włochy, czy tam Włosi skutecznie uczą szacunku dla ciała i koniecznego oń dbania. Dermatologiczny wychów w takim przekonaniu utwierdza. Bywa, że kasa się kończy i na krem z wyższej półki brakuje kasy, ale wtedy trwam jakoś na próbce z Sephory i zbieram na ulubiony Lancome. Aż mi się nóż w kieszeni otwiera, jak widzę ceny kosmetyków w ich relacji do naszych pensji (bo w przeliczeniu na Euro nie odbiegają zasadniczo od cen włoskich). Tym bardziej wyje we mnie jak syrena niezgoda na drugokategoralność naszego kraju. No nie, po prostu nie!

    • Reply Ruby Soho 06/02/2015 at 22:36

      Przypuszczam, że gdybym była emigrantem w którymś z krajów śródziemnomorskich miałabym spojrzenie podobne do Twojego. Fakt, że zwykły pomidor, ser i kawał świeżego zielska we Włoszech bardziej zachwyca smakiem niż najbardziej wyszukane polskie dania, ale.. jednak emigracja na Wyspach Brytyjskich to inna bajka. We Włoszech faktycznie estetyka krajobrazu, spójność architektoniczna.. no wszystkie te rzeczy są cudowne. A cóż mogę powiedzieć o estetyce krajobrazu w mojej wsi? Cóóóż. Szału nie ma :) Nie posądzaj mnie jednak o przesadne umiłowanie sielskości. Co najmniej kilka razy w miesiącu klnę na tą sielskość i marzę by mieszkać gdzieś indziej. Ale.. czy gdzieś gdzie zawsze będę gościem? Obcą osobą, która musi się tłumaczyć skąd się tu wzięła? Chyba niekoniecznie.. bardziej marzę, by u nas coś drgnęło.. no i jeszcze marzę, by przeprowadzić się w jakieś bardziej sielskie miejsce, ale w Polsce.

      A co do drogich kremów, to wierz mi że dopiero po powrocie do Polski odkryłam najlepsze kosmetyki (apteczne, hypoalergiczne), które robią mojej skórze o wiele lepiej niż wszystkie moisture online clinique’a i inne drożyzny. Znalazłam doskonałe zamienniki do wielu ukochanych i ‚niezastąpionych’ mazideł. Jedynie Guerlain Parure Aqua nie doczekał się godnego następcy. Także nie zrezygnowałam z DOBRYCH kosmetyków. Zrezygnowałam tylko z DROGICH. Dzięki mądrzejszym i bardziej przemyślanym decyzjom konsumenckim mam o wiele zdrowszą cerę i włosy, niż wtedy, gdy wydawałam na nie fortunę. Jedynie droższych ciuchów mi żal, bo tutaj nie ma zmiłuj. Można się ubierać w jednosezonowe szmatki, ale to nigdy nie będzie to samo, co kiedyś. Ale tak naprawdę, to najbardziej ze wszystkiego brakuje mi podróżowania. Inne rzeczy mogę przeboleć, ale tego bólu portfela przy sprawdzaniu cen biletów i hoteli gdziekolwiek w Europie już niestety nie.

    • Reply Instytut Doświadczeń 07/02/2015 at 08:18

      Kosmetyki trudna sprawa. Do każdego typu cery inne i każdy ma swoje problemy i powinien dobierać inne mazidla. Jest kilka z wyższej polki, które dla mnie sa niezastąpione, kilka z niższej. Ale lepsze jest dla każdego indywidualne.

      Nie zrozum mnie złe, nie próbuje Cie przekonywać do czegoś tylko subiektywnie stwierdzam, ze mnie wieś spokojna, wieś wesoła jara tylko u Rejmonta bo dawno skończyly sie czasy sianokosów i dożynek jak z magazynu „Rolnik polski” (na takie bym chetnie poszła). A teraz wszystko po prostu bez wyrazu i pomiędzy tym kilka dobrych jabłonek. Gdyby nie dobre kakdrowanie wyszłoby badziewie u sąsiada za płotem, jakiś beton tu czy tam i jabłonką wcale nie byłaby jak znad rozlewiska. Tak to odbieram.

    • Reply Ruby Soho 07/02/2015 at 11:14

      I ja się z tym zgadzam. Dlatego chętnie mieszkałabym w bardziej sielskim miejscu, bo takie też w Polsce przecież są. U mnie bez kadrowania widoki z ogródka zupełnie leżą. Badziewi u sąsiadów naprawdę są całe stosy! :) Ale wiesz.. ja też uważam że jest wiele miejsc w Europie, na świecie, gdzie jest dużo, dużo piękniej. Gdybym się tam urodziła nie miałabym obecnych dylematów. Jasne, że lepiej by się żyło gdzieś w Toskanii, gdzie sąsiad za płotem też ma pięknie. Albo w Szwajcarii na przykład. Ale już przerabiałam bycie obcym mimo że płacisz podatki, „zabierania pracy miejscowym”, dramatyczne pożegnania na lotniskach i inne tego typu rzeczy. I dlatego też wolę utknąć tutaj niż być gdzieś indziej, nie u siebie. Chociaż klnę na ten wybór w miarę regularnie :)

    • Reply Ruby Soho 07/02/2015 at 11:15

      Sprawę rozwiązałaby gruba kasa i na przykład dom wakacyjny na południu Europy, a drugi w polskich górach lub gdzieś nad jeziorem ;)

    • Reply Instytut Doświadczeń 07/02/2015 at 22:41

      Gruba kasa generalnie rozwiązałaby wiele problemów :) Klnij, to uwalniające!

  • Reply tynka 07/02/2015 at 02:54

    Świetny tekst.
    Razem z mężem mieliśmy kilka podejść do pozostania gdzieś tam, aż za oceanem. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy STOP…w Polsce nie spróbowaliśmy nawet naszych sił, nie staraliśmy się dość…i choć też już 5 lat minie odkąd na dobre wróciliśmy to niekiedy tylko zastanawiamy się jakby TAM było…
    ale ZASADA jest prosta…wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma ;)
    Więc wraz z Tobą wychwalam „sielskość” naszą polską klnąc na nią także niejednokrotnie ;)
    Pozdrawiam!

  • Reply Domi Z 07/02/2015 at 13:09

    Ach ! Aż się rozmarzyłam ! Marzę o dniu kiedy nie będę musiała pilnować się z wydatkami do pierwszego, wierzę że taki nadejdzie, jestem na początku drogi do jakiejś kariery, M tak samo bo teraz w UK, ciężko mi wyobrazić sobie życie za granicą, przyszłość wiążę raczej z Polską chociaż nie jest to kraj mlekiem i miodem płynący ;)

  • Reply Panna Oceanna 07/02/2015 at 13:43

    Jak mieszkaliśmy u teściów mieliśmy kupę kasy na własne przyjemności. Nowe sprzęty, gadżety, w weekendy wszystkie lokale były nasze…
    Potem poszlismy na swoje i się pogorszyło.. a teraz jest Antek to już w ogóle – trzeba kontrolować wydatki cały czas, niestety ;)

  • Reply radoSHE 07/02/2015 at 22:27

    Bardzo interesujący tekst. Trochę się zgadzam i trochę się nie zgadzam (człowiek środka jakby to określiła Zuza) :) O emigracji wiele do powiedzenia nie mam, ale w owczym pędzie wyjazdów podczas studiów trzy miesiące spędziłam w UK na taśmie. Mimo zarobionej kasy, która w Anglii ma bajkowe przełożenie na dobra materialne, nawet na najniższych stanowiskach, to jednak nic mnie tak nie frustrowało jak tamta robota. Wiesz, intelektualystka na taśmie się znalazła. Ale tak serio, naprawdę byłam w szoku, że tyle poznanych tam osób (po studiach, czasem dwóch kierunkach, z fachem w ręku) siedzi w tych fabrykach od lat! Zapomnieli już do czego dążyli, o czym marzyli, dlaczego chcieli się rozwijać. Przyjechali na kilka miesięcy, a zostają na zawsze. I dlaczego to wszystko? dla kasy? dla tych wyjść i kawek na mieście? ciuchów nowych? socjalu dobrego? tej względnej materialnej stabilizacji? Człowiek się tak zatraca w tej konsumpcyjnej galopce, smutne to. Wkurza mnie też ten wszechobecny hejt na Polskę, no wkurza mnie, ale to też inny temat. Reasumując. W uk średnio się czułam, przede wszystkim czułam się jak emigrant, jak ktoś drugiej kategorii, jak ktoś nie u siebie i nie na swoim miejscu (choć może gdybym wtedy miała super rozwojową pracę zgodną z moimi zainteresowaniami, byłoby inaczej). Tego doświadczenia nie chciałabym jednak powtórzyć, mimo niezaprzeczalnego faktu, że potencjał zarobkowy jest zacny. Ja wiem, że w Polsce na swoje mieszkanie pracuje się sto lat dłużej, stresu o wiele więcej. Ale kurde, no jakoś mnie ta nasza polska jabłonka wzrusza najbardziej.

    • Reply Ruby Soho 08/02/2015 at 22:57

      Ja się czułam podobnie, mimo stałej pracy, dobrych warunków życiowych i tych wszystkich finansowych korzyści.
      Będąc tam non stop zastanawiałam się jakby to było wrócić tu.
      Będąc tu tylko czasem (jak już mnie wszystko wkurzy) zastanawiam się czy nie lepiej byłoby tam.
      Ale jednak tylko czasem, nie cały czas.

  • Reply zuza-e.liza 08/02/2015 at 21:39

    Po 2 latach w Irlandii wróciliśmy do Polski z podobnych powodów jak Wy. Jak nam się tam mieszkało i pracowało? Dobrze, spokojnie, (prawie) beztrosko. Ale tęskniliśmy: za rodziną, znajomymi, smakami, krajobrazami, zmiennością pór roku. Od 6 lat mieszkamy znów w Polsce. Jak jest: trudno. Jest pięknie, jest rodzina, są znajomi. Ale nikt nie ma na nic czasu. Żyjemy w wiecznym biegu. Po pierwszym zachłyśnięciu się Polską, zatęskniliśmy za normalnym przecież poziomem na jakim żyliśmy tam. Jakoś tak wyszło, że nam się udało. Zmieniliśmy: samochód, mieszkanie, w ubiegłym roku byliśmy nawet na zagranicznych wakacjach (mieszkanie 50 na 100m, samochód 20 letni na 8latka, a wakacje w Chorwacji). Dla nas to wystarczająco, Ale tylko my wiemy ile nas to kosztowało :( Praca na dwóch etatach (bo założyliśmy działalność), czasem 7 dni w tygodniu. W międzyczasie urodziła się dwójka dzieci, dla których kompletnie nie mieliśmy czasu :( Albo jakość tego czasu nie była dobra, bo przerywana służbowymi telefonami itd. Ostatnio uświadomiliśmy sobie, że nie chcemy tak dłużej żyć. Na razie działalność zawieszona, mąż pracuje tylko na etacie a ja zajmuję się dziećmi. I jesteśmy szczęśliwsi. I my i dzieci. Ale z coraz większym niepokojem myślę o naszych finansach :( Coś za coś. I wcale mnie nie dziwi, że wykształceni ludzie wolą fabryki w UK, niż „dobre” stanowiska w Polsce. Tam pracujesz kilka godzin i żyjesz godnie, a u nas?

    • Reply zuza-e.liza 08/02/2015 at 21:43

      Jeszcze tylko dodam, że pamiętam kiedy pierwszy raz trafiłam na ten blog i się nim zachłysnęłam :) Potem jakoś coraz bardziej nie mogłam się tu odnaleźć, aż chciałam anulować subskrypcję. A od jakiegoś czasu twój blog znów staje mi się coraz bardziej bliski, porusza ważne dla mnie tematy. Dziękuję i pozdrawiam :)

    • Reply Ruby Soho 09/02/2015 at 13:12

      Dziękuję Ci bardzo! Niestety tak to jest, że subiektywne spojrzenie na świat blogera powoduje, że jego blog stale przeżywa wymianę czytelników. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą. Jednym podoba się to, co robię teraz, innym to, co było rok temu i nie sposób tego pogodzić. Cieszę się jednak, że znów się tu odnajdujesz :)

  • Reply Kaps Love 09/02/2015 at 17:38

    Pamiętam ten okres z dzieciństwa kiedy ktoś miał rodzinę w Stanach ten rządził na podwórku. Byłam w tej grupie szczęśliwców dostających mega paczki zza oceanu. Moi rodzice żyli częściej za granicą, niż w domu z nami. Dlatego przyzwyczaiłam się do rozłąki, do pracy za obcą walutę, do latania kilka razy w roku w różne części świata. Na studiach w czasie wakacji pracowałam w Anglii i starczało mi oszczędności na cały rok, a do tego zawsze mogłam się obkupić w ubrania i kosmetyki czyli życie na wysokim standardzie zwłaszcza w porównaniu z przeciętnym studentem. Byłam pewna, że po skończeniu edukacji także wyemigruje ale w pewnym momencie poznałam męża i moje plany uległy zmianie. Bo wiedziała, że tylko w Polsce chce założyć rodzinę i wychować syna. Mimo, że czasami zazdroszczę siostrze kiedy opowiada mi o swoich bonusach do wypłaty i zmianie kolejnego auta jak rękawiczek to cieszę się, że zostałam. Bo tylko tutaj czuję się jak w domu:)

  • Reply Pola 09/02/2015 at 19:54

    Ciekawy tekst Ruby, dobrze sie czytało:)

    Od siebie dodam, że choć życie we Francji bywa bardzo przyjemne, i korzystam z mieszkania tutaj jak mogę, to i tak zdecydowanie dobrze działa myśl, że to tylko na trochę, że jednak wrócimy na ojczyzny łono. Emigracja podoba mi się na zasadzie przygody.

  • Napisz, co o tym sądzisz