Codzienność, Styl życia

Deszcz. Powrót z Warszawy.

Wycieraczki pracowały usilnie nie przynosząc zbyt dużego efektu. Jechałam w czymś, co określa się zazwyczaj jako „strugi deszczu”. Owe strugi oplatały samochód ze wszystkich stron niczym mokry kokon, spływały po nadkolach prosto w jeziora dwupasmówki.

Jechałam do domu. Oko podkrążone, czerwony zawadiacki paznokieć lekko wyszczerbiony na koniuszku, włos wczorajszy, zmierzwiony, a w głowie pełny relaks.

„Wind cries Mary” zaintonował Jimi Hendrix, a plumkanie jego legendarnej gitary zespoliło się w jedno z chlupotaniem deszczu i monotonnym ruchem wycieraczek.

 

Tego dnia wróciłam z Warszawy, gdzie spędziłam babski weekend. Wysiadłam z pociągu i przeniosłam się do własnego samochodu. Po dłuższej chwili scrollowania ekranu komórki skonstatowałam, że auto wciąż nie jedzie. No tak, trzeba jeszcze odłożyć telefon, zapiąć pas i przekręcić kluczyk! – pomyślałam zdziwiona. Odzwyczaiłam się od robienia rzeczy.

Rozleniwiona ulubionym towarzystwem*, hedonizmem, relaksem i dobrym jedzeniem.

Tymczasem na trasie pojawiły się światła, skręciłam w lewo. Hendrix zaczął „Little Wing”. Jeszcze kilka metrów i moja brama, jeszcze kilka metrów i cała moja wolność zniknie jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.

„Well she’s walking through the clouds
With a circus mind
That’s running wild
Butterflies and zebras and moonbeams
And fairly tales,

That’s all she ever thinks about

Riding the wind”

Wyrywam się na chwilę, by rozprostować pogniecione nieco skrzydła. Rzadko używane, schowane w pokrowcu wyglądają jak zeszłoroczna kurtka zimowa wyciągnięta z szafy, wymagająca odświeżenia. A potem już lecę. Wspaniale jest poczuć się znowu człowiekiem, sobą, podmiotem.

Podczas powrotu zawsze następuje ten symboliczny moment, gdy wjeżdżam przez bramę i już będąc w środku naciskam na guziczek pilota. Zatrzymuję się na chwilę i masochistycznie wpatruję się w lusterka wsteczne, patrzę jak dwie części cieżkiej, kutej bramy zamykają się dostojnie za moimi plecami. Strugi deszczu nie przestają spływać, wiatr smaga samochód jak z bicza, wycieraczki zapierniczają ile sił. Zamyka się za mną brama, całkiem dosłownie zamyka się za mną świat zewnętrzny. Zaraz wejdę po schodach na ciepłe poddasze, skrzydła troskliwie zapakuję do pokrowca i zdejmę z siebie całą niezależność.

W domu będę po prostu mamą.

Ruszam więc do mojego mikro-świata, wypełnionego gorącymi uściskami, głośnymi szeptami, mokrymi całusami, pulchnymi paluszkami, celującymi zawsze prosto w szkło okularów z odwiecznym „cotoooo?” i glutem z nosa, który przylepia się do policzka wraz z soczystym buziakiem.

Mama to w sumie też jednostka, chociaż jej podmiotowość jest mocno dyskusyjna. Dość często musi zapomnieć o sobie, bo takie jest życie. Gdy sen, posiłek i wszelka potrzeba drugiego człowieka są ważniejsze niż analogiczne potrzeby własne. Nie ma się co mazać, trzeba wziąć się w garść.

Zawsze.

„When I’m sad she comes to me
With a thousand smiles
She gives to me free

It’s alright, she says
It’s alright
Take anything you want from me
Anything

Fly on, little wing.”

*Ulubione towarzystwo zaprezentowane na zdjęciach to oczywiście Zuzia (itsmillyme.com) i Agnieszka (radoshe.pl).

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

Brak komentarzy

Napisz, co o tym sądzisz