Codzienność, Pasje

Czynności.

Dzisiaj będzie o sprawach błahych. Tak błahych, że możecie się wręcz oburzyć, że co to za tematy! Bo przecież na świecie dzieje się tyle istotnych rzeczy, to jak radykalizują się ludzie, to że toczą się wojny, polityka jaka jest sami wiecie, w Polsce medycy protestują, no ogólnie.. za ścianami naszych domów zawsze coś iskrzy.

A ja tymczasem.. piszę o tak błahych zdarzeniach, że niejeden Czytelnik mógłby z irytacją trzasnąć wiekiem swego komputera, a ja nie śmiałabym mieć do niego pretensji.

Otóż dziś będzie o inspiracji. Samo słowo „inspiracja” jakiś czas temu straciło swoje pierwotne znaczenie. Według Słownika Języka Polskiego, określenie to oznacza tyle co: „natchnienie, zapał twórczy, wena, zachęta, wpływ wywierany na kogoś”.

To wspaniale inspirować do pięknego życia, pobudzić zapał twórczy, zachęcić do eksplorowania nowych ścieżek muzycznych, czy artystycznych. Albo chociaż do ugotowania nowego rodzaju zupy.

Inspirowanie wydaje się być fajną rzeczą. A raczej wydawało.

W naszych przedziwnych czasach słowo „inspiracja” zmieniło nieco swoją konotację, poczęło oznaczać mniej więcej tyle co „sugestia do nowych zakupów”. Niemal każda zmiana stylu życia, mieszkania, ubierania łączy się bowiem wyłącznie z wymiarem materialnym, zupełnie pomijając aspekt duchowy. Tytuły prasowe krzyczą, by zainspirować się na jesień, co oznacza zazwyczaj kupno brązowych kozaków i płaszcza w dużą kratę. Odpowiedni szlafrok to inspiracja bożonarodzeniowa, plus wielki koc i kubek do herbaty. To wszystko wspaniale wygląda na zdjęciach, pod którymi zobaczymy naszą ścieżkę do idealnego szczęścia, wystarczy podreptać nogami i przez linki stałe dostać się wprost do sklepów, wprost do upragnionego towaru. Każda wydana złotówka jest niczym obietnica lepszego życia, niczym krok w stronę domowego „zen”.

Zainspirowani i spełnieni, przynajmniej na chwilę, lżejsi o jeden przelew możemy tylko czekać na kolejne przynęty, które kurier przywiezie już za dwa dni.

Zapominamy o małych, na oko nieciekawych doznaniach codzienności. O tym, co nas otacza. I właśnie o tym chciałabym dzisiaj napisać – może się zainspirujecie.

Ostatnio mam takie postanowienie, by.. eksplorować własne regały z książkami. Gdy nie mam siły i energii na czytanie może to być jeden z licznych albumów malarskich, zalegających na moich półkach. Kiedyś o nich marzyłam, wzdychałam do brakujących elementów serii.. teraz.. niemal nie wyciągam ich z półek! A to przecież takie uniwersalne, mogę je przeglądać nawet przy dzieciach. Może się zainteresują? No i lepiej wygląda matka z albumem takiego Paula Klee, czy innego Edgara Degasa, niż z telefonem. Chociaż.. trzeba uważać, po Dalim mieliby koszmary, Toulouse-Lautrec za dużo ma ladacznic w swoim portfolio, a Gil Elvgren (którego uwielbiam) to już frywolny jak mało kto. Bez selekcji się nie obejdzie.

Oglądanie jest fajne, ale można też tworzyć. Dobrze jest zająć czymś ręce. Czymś namacalnym, co daje prawdziwy efekt.

Znam osoby, które relaksują się przy robieniu swetrów na drutach. To wspaniałe zajęcie, aż żałuję, że nie znam się na tym zupełnie. Za to filcowe ozdoby na choinkę wychodziły mi przepięknie. Może do tego wrócić? Idealne zajęcie podczas nadzorowania 18 miesięcznego dziecka.

Lubię też piec ciasta, gdy akurat mamy wolny dzień i jesteśmy wszyscy w domu. Tak naprawdę samo zjadanie jest tylko częścią frajdy, najwspanialsza jest ta przytulność, która wytwarza się podczas wspólnej pracy i gdy nęcące zapachy zaczynają się roznosić po domu. Chyba właśnie w takich momentach mam wrażenie, że tworzymy prawdziwy magiczny dom dla naszych dzieci.

Bazgranie po kartkach. W dawnych czasach robiłam niesamowite wzory, esy-floresy, mandale i inne psychodeliczne dzieła, zapełniałam nimi całe kartki i zeszyty szkolne, ignorując zupełnie prawdziwe notatki. To wspaniale robi na nerwy.

Ostatnio zdarzyło się tak.

Wieczór. Dzieci właśnie usnęły. Porządkując kuchnię znalazłam ich pudełko wypełnione kredkami. Już od dawna obiecywałam sobie, że uporządkuję je wreszcie, wyrzucając wszystkie wyschnięte pisaki, ostrząc stosy kredek, które już się dawno połamały.

Usiadłam przy stoliku i zaczęłam temperować. Tak, wiem. Ten tekst właśnie o tym opowiada. O tym, że siedziałam wieczorem przy kuchennym stole i przesuwałam powoli ostrzem strugaczki po powierzchni kolejnych ołówków. I nagle spod moich rąk zaczęły wychodzić kwiatki z drewnianych trzasek.

Teraz następuje ten moment, w którym zapewne zastanawiacie się jak to możliwe, by matka trójki małych dzieci miała tyle czasu, by docenić florystyczny motyw z drewnianych wiórków, zamiast zrzucić je bezwiednie wprost w czeluści kosza na śmieci! Z jakiej racji ona śmie dostrzegać małe rzeczy, a na domiar złego fotografować je, tak jakby nie było jakiegoś prania do rozwieszenia, albo góry pościeli do wyprasowania!?

Tymczasem to nie jest kwestia ilości czasu.

Gdy postrzegasz świat jako pracownię szalonego artysty, to po prostu znajdujesz dziesięć minut, wyrywasz je na chama z dniówki, bo musisz. Bez względu na to ile masz niemowlaków na stanie, ile ziemniaków do obrania, ile wielkich garnków do wyszorowania druciakiem.

Więc oto ja, stoję o poranku z aparatem (czekałam do rana na lepsze światło) i zamiast robić śniadanie dla potomków kręcących się pod nogami robię zdjęcia ostruganych kwiatków. Drobinek koloru które odpadły z kredek. Barwnych plam osiadłych na kartce w kratkę. To wszystko zwieńczam trybem makro, by było jeszcze bardziej magiczne.

Czytałam kiedyś o tym jak dziewczyna Jean-Michelle Basquiata potrzebowała jego pomocy przy układaniu ręczników. Układali je razem kolorami, zastanawiając się w jaki sposób będą stanowiły najbardziej sensowną kompozycję, tak jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.

Prawdopodobnie nie ugotowali obiadu. Być może nie umyli podłogi, ale te ręczniki musiały być odpowiednio ułożone, niczym manifest artystyczny barwnego frotte.

Sami rozumiecie. Albo może nie..?

 

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

11 komentarzy

  • Reply DonnaL 30/10/2017 at 22:38

    Niby sprawy błahe, ale wcale nie. Piękno, wrażliwość, odpoczynek… to sprawy fundamentalne. No i uwielbiam zapach kredek o świcie! (choć u Ciebie raczej o zmroku)

    • Reply Agata / Ruby Times 31/10/2017 at 22:36

      Tak, tylko pozornie błahe :)

  • Reply Indicativusperfectiactivi 30/10/2017 at 23:11

    Jak mi się pięknie wpisuje Twój tekst w moją sytuację życiową – rozpoczęty urlop wychowawczy i okrojone przez to finanse rodzinne! Takie celebrowanie czynności i tego, co już się ma zamiast pędzenia za nowym i droższym to bliska mi filozofia.
    Ja w ogóle tak lubię – niekoniecznie nowe i drogie, ale z duszą i sensem. :)

  • Reply e-milka 31/10/2017 at 04:41

    Mnie sie najbardziej to pierwsze podoba. Tez znam to podekcytowanie towarzyszace tworzeniu czegos. Uwielbiam wchodzic w taki goraczkowy trans, choc zdarza mi sie to ostatnio rzadko. Ludzie sie dziwia: chcialo ci sie (zrobic z corka takie zaproszenia, ugotowac, upiec, uszyc woreczki na goodies etc.), nie rozumiejac, ze to nie jest chcenie, tylko koniecznosc.
    Pisalas ostatnio o pisaniu, a mnie przyszedl pomysl na opowiadanie, a byl czas, ze myslalam, ze sie wpalilam (albo sama wykarczowalam). A przeciez ta historie musze tylko spisac. Zatytuluje ja Match Maker.

    • Reply Agata / Ruby Times 31/10/2017 at 15:05

      Mam nadzieję, że będę mogła przeczytać, gdy już ją napiszesz :)

      • Reply e-milka 04/11/2017 at 05:35

        Skonczylam, ale musze wstawic polskie znaki. Moze rzeczywiscie podesle na „priv”.

        • Reply Agata / Ruby Times 04/11/2017 at 08:41

          To czekam <3

  • Reply Pola-odpoczywalnia 31/10/2017 at 18:42

    Z tymi inspiracjami, to normalnie spisałas moje myśli:)
    Też się jakiś czas temu zachwycałam obierkami z kredek! I uwielbiam te nagle, z pozoru mało spektakularne momenty, które właśnie robią poczucie szczęścia.
    A swoja drogą, zainsirowalas mnie, idę do googla, bo nie znam tego pana Elvgreena

    • Reply Agata / Ruby Times 31/10/2017 at 22:29

      Oczywiście przekręciłam nazwisko. Ma być przez jedno „e” :) Bardzo go lubię, mam wieeelki album pin up, jeszcze z Dublina przywieziony :) To taki rodzaj sztuki, że dzisiaj by nie przeszedł;)

  • Reply Marta 06/11/2017 at 13:24

    Strugaczka <3 Kiedy pojechałam na studia na drugi koniec Polski i zapytałam kolegi, czy ma strugaczkę to najpierw wybałuszył oczy a potem zaczął się ze mnie śmiać. Od tamtej pory nauczyłam się mówić "temperówka" ;)
    Śliczne te kwiaty, też lubię na takie własnoręcznie stworzone popatrzeć ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 06/11/2017 at 15:19

      Taaaak, wiem, że nie wszędzie się tak mówi. Wypadło mi teraz z głowy, ale ostatnio słyszałam jeszcze jedno, zupełnie nieznane mi określenie na strugaczkę/temperówkę :)

    Napisz, co o tym sądzisz