Na temat

Cukier, sól i chemia – to, co najlepsze dla naszych skarbów

Rodzice wiercą się w niewygodnych krzesełkach. Na dużej sali zebrali się zarówno protoplaści przedszkolaków, jak i autorzy starszych i poważniejszych dzieci z podstawówki. Wszyscy wsłuchują się w słowa dyrektorki. Gdy już przebrnęła przez tematy organizacyjne przyszedł czas na poważny temat, który elektryzuje wszystkich: ustawowe zmiany w dziecięcym jadłospisie!

IMGP8321

„Nasza szkoła przestrzega oczywiście nowych norm i w związku z tym.. bardzo do Was apeluję, byście porozmawiali z dziećmi. Bo im te posiłki po prostu nie będą smakować. Nasze kucharki nie mogą używać soli ani cukru. Wszystko jest mdłe!” – pani dyrektor rozkłada ręce. Rozglądam się po sali. Widzę przejęte i zatroskane spojrzenia. Temat kontynuujemy w salach z wychowawcą przedszkolnej grupy, ktoś z rodziców dopytuje, czy dzieciaki zjadają posiłki.

„Szału nie ma” – odpowiada przedszkolanka – „Dzieci tak średnio chcą jeść. No bo faktycznie te zupy są bez smaku” – pani krzywi się na samą myśl. Wiadomo: w zbiorowym polskim żywieniu, od stołówek szkolnych, zakładowych, po szpitalne kuchnie podstawą jest sól, kostka rosołowa i maggi. Jak inaczej zrobić garnek zupy z niczego, lecz ze „smakiem”? Po co się męczyć z przyprawami, ziołami, dodatkami naturalnymi?

„Może z czasem się przyzwyczają?” – pytam.. chyba retorycznie, bo spojrzenia z sali otrzymuję raczej w stylu: „z księżyca spadłaś, czy co?”

„Jak się mają przyzwyczaić?” – pyta z przejęciem jedna z mam. „Skoro w domu dalej będą dostawać doprawione jedzenie?”. 

No tak. Biedne dzieci! Złe państwo, zła ustawa! Szkoła i przedszkole chcą pozbawić naszą przyszłość narodu takich wspaniałości jak: sól, cukier, chemiczne kostki rosołowe i wysoko przetworzona żywność. Rodzice są doprawdy przerażeni.

„Może dobrze by było, gdyby rodzice przy okazji zmienili trochę przyzwyczajenia w domu. Z korzyścią dla dzieci i reszty domowników” – odpowiadam nieśmiało, starając nie wchodzić w żaden edukacyjny, ani eko-sreko ton. Żaden ze mnie ortodoks żywieniowy, w najbliższym czasie jadę z rodziną do Ikei i już przebieram nogami na myśl o plebejskim klopsie z frytką i żurawiną.

A dziś tuż po przedszkolu jedziemy do rodzinnej kawiarni, gdzie dzieciaki same będą sobie wybierały deser spośród pięknych domowych szarlotek, serników i babeczek. Mimo to na tle tej grupy czuję się co najmniej jak wegańska dietetyczka.

Następnie przechodzimy do kwestii napojów w przedszkolu. Dzieci mają do nich dostęp cały czas, jak zapewnia pani. Tylko że napoje teraz również nie mogą być słodzone. „Niesłodzona herbata.. sami państwo wiedzą..” – mówi smutno, a rodzice kiwają głowami. A ja nie wiem o co chodzi! Uwielbiam niesłodzoną, moje dzieci też. Czasem domagają się miodu do rumianku lub mięty, ale zazwyczaj piją niesłodką. „Jest też kompot. Trochę miodu panie kucharki do niego dadzą, ale też nie jest bardzo słodki” – kontynuuje tym samym tonem przedszkolanka (No olaboga! – Myślę poirytowana. Co tu się działo przed reformą?)

„A czy jest też woda?” – pytam znowu, chociaż wierzcie mi, nie jestem typem zebraniowego pytacza i aktywisty. Ale pytanie samo ciśnie się na usta. Wszak z wody głównie składa się organizm człowieka, wodą powinniśmy gasić pragnienie.

Herbata, soczek, kompot, wino, wódka, czy kawa to są napoje! Można sobie wypić od czasu do czasu, niektóre nawet codziennie, ale cholera, one nie służą do gaszenia pragnienia.

Rodzice i dziadkowie chcą dobrze. Chcą by było smaczne, więc dają dziecku do picia słodkie. No bo jak takiemu maluchowi dać zwykłą wodę? „Patrz, wodę piją, jak zwierzęta!” – że aż zacytuję zszokowanego pijaka ze starego dowcipu. Mit, że małe dziecko wypije tylko posłodzone pokutuje w wielu rodzinach, bo przecież każdy lubi słodkie. Sęk w tym, by nie przyzwyczajać do tego zbyt wcześnie!

To tylko odrobina cukru. Jedna odrobina w herbatce, góra syropu glukozowo – fruktozowego w kaszce dla niemowląt. Dodatkowa porcja w chrupkach, wafelkach, dżemach i soczkach, a w tym wszystkim również sporo soli. Przeciwnicy ustawy mówią, że przecież kiedyś też się używało soli i cukru. „I komu to przeszkadzało?”. Z tym, że wówczas lobby producentów żywności nie było aż tak bezwzględne, sól, cukier i chemia nie były dodawane do jedzenia na taką skalę jak to się dzieje teraz. Świat nie był wtedy jeszcze karykaturą wizji z filmu „Skrzydełko, czy nóżka” Claude’a Zidi z brawurową rolą Luisa de Funès. Mówiąc szczerze ta wizja coraz mniej śmieszy, a coraz bardziej przeraża swoją realnością. Słyszeliście, że Chińczycy podrabiają zielony groszek, farbując kulki celulozy na zielono i dodając groszkowy smak? Podrabiają też mrożonki z kalmarami. Na szczęście nie jestem fanem frutti di mare, więc informacja, że wykorzystują do tego celu wysuszone plastry świńskich odbytów wcale mnie nie ruszyła. Bon appetit!

Świat jest zły, producenci są bezwzględni. Nigdy nie wiemy co z naszej zdrowej listy okaże się zaraz trucizną, jak ostatnio norweskie toksyczne łososie. Warto zachować umiar i zdrowy rozsądek, a przede wszystkim kupować jak najmniej przetworzone rzeczy.

Bez kostek rosołowych, bez gotowych dań i sosów. Kupować warzywa, owoce, kasze, sery i samemu przygotowywać posiłki.  Nie ustrzeże to nas przed błędami i niezdrowymi produktami, ale z pewnością dostarczymy swojej rodzinie mniejszą ilość chemii. Coraz mniej alejek zostaje do zwiedzania podczas zakupów w markecie – omijamy wielkie połacie sklepu z których ktoś przecież korzysta. A tam? Oranżady, słodycze, chipsy, zapychające chrupki, garmażeryjne pierogi z mięsem, które ma dwadzieścia lat i apetyczne lasagne naładowane milionem „E”, dania z torebek, batoniki – takie, że jeden wystarcza by zaspokoić dzienne zapotrzebowanie na kalorie robotnika budowlanego. Tymczasem troskliwi rodzice zaczynają już od kołyski: dosładzają kaszki (i tak potwornie słodkie!) i dodają sól do słoiczków półrocznym dzieciom „bo to przecież bez smaku”. Zapominają, że niemowlę jest jak tabula rasa, uczy się i przyzwyczaja – jeśli od razu nauczy się pić niesłodkie i jeść niesłone, to nie będzie miało z tym później żadnego problemu!

Nasze dzieci to nasza odpowiedzialność. Moment, w którym pojawiają się na tym świecie jest idealny, by przeanalizować własne przyzwyczajenia żywieniowe. Coś może zmienić, poprawić, uzdrowić. Wszyscy na tym skorzystamy.

Przeczytałam ostatnio, że 80 procent polskich rodziców uważa, że ich rodzina odżywia się zdrowo, z tym, że dobrze odżywione dzieci to 6 do 20 procent populacji. Nasze dzieci tyją najszybciej w całej Europie i entuzjastycznie gonią w tej dziedzinie Amerykanów. W centrach handlowych widzę coraz więcej muffin – topów, wylewających się z przyciasnych dżinsów. I to są młode laski, takie, które jeszcze nie skończyły szkoły średniej i zapewne nie rodziły. Cierpią często przez złe nawyki wpojone w domu. Przez te wszystkie słodkie herbatki podsuwane przez dobre babcie, wszystkie chrupki którymi zapychano je dla świętego spokoju między posiłkami. Co je czeka w przyszłości? Zawał, miażdżyca w wieku 30 lat? Nie fundujcie czegoś takiego swoim dzieciom!

Bardzo się cieszę, że weszła taka ustawa, i to właśnie teraz gdy mój pierworodny trafił do przedszkola. Cieszę się, że nie będzie musiał poznawać smaku maggi i kostki rosołowej, że nie zostanie tam całkowicie zasolony, zacukrzony i naładowany chemią i barwnikami. Mam nadzieję, że panie kucharki ogarną temat, zrobią jakiś upgrade swojej wiedzy o gotowaniu i zaczną serwować zdrowe obiady. Chociaż ciężko się spodziewać szału płacąc 5 złotych za dzienne wyżywienie, mimo to pierwsze zmiany już widać – czytam w menu „zupa krem z soczewicy i groszkiem ptysiowym”. A więc da się! A że dzieci na początku nie zjedzą? No cóż – może czas, by rodzice wzięli się za prawdziwą edukację kulinarną już w domu. Nauczyli, że są różne produkty, które się jada. Nie eliminowali kolejnych warzyw z jadłospisu po pierwszej lepszej porażce i pierwszym talerzu na ziemi.

Edukacja kulinarna to proces. Mówienie, że moje dziecko tego nie zje to pierwszy krok do zamknięcia się przed nowymi smakami. Trzeba dać szansę i próbować po raz kolejny i kolejny. Aż pewnego dnia Twoje dziecko z radością poprosi o dokładkę brukselki, jak mój syn wczoraj. Powodzenia, rodzice!

IMGP8315 IMGP8312

P.S. Na zdjęciach nasz zdrowo-niezdrowy piknik w zoo. W Photoshopie mogłabym wymazać te kabanosy, grissini i pesto z czerwonych suszonych pomidorów, ale tak jak już napisałam: żadni z nas ortodoksi. Uważamy, że wszystko jest dla ludzi, ale.. z umiarem.

1

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

23 komentarze

  • Reply Karolina 25/09/2015 at 13:33

    Szlag człowieka trafia, prawda? Rok temu miałam ten sam problem. Moje dziecko poszło do przedszkola. Każdy z rodziców otrzymał listę zakupową, a na niej m.in 2 kg cukru na dziecko :-).Poprosiłam o nie przesładzanie napojów , ale usłyszałam , że wszystkie dzieci dostają herbatę z garnka i wszyscy mają tak samo posłodzoną. Kolejnym zaskoczeniem były przesolone dania, szczególnie zupy, dwa razy w miesiącu panga, na podwieczorek najtańszy słodycz z marketu.Rzadkością były świeże warzywa. Przy różnych okazjach dzieci otrzymywały tanie słodycze, nigdy owoc. Eksplozja mojej złości nastąpiła przy organizacji dnia dziecka, kiedy to rodzice debatowali nad zakupem towarów do sklepiku przedszkolnego… i burza mózgów gdzie można kupić najtańsze parówki , bułki hot-dogowe, frytki, wafelki i inne słodycze, ketchupy, najtańszy olej, ile butelek wody , a ile słodkich napojów. Nie odezwałam się, przerosło mnie to wszystko, zaczęłam się rozglądać za innym przedszkolem . Miałam dość. Przeniosłam dziecko w inne miejsce i mam poczucie , że jest w końcu tam gdzie być powinien, gdzie jest świadomość i mądre zarządzanie placówką.

    • Reply Agata / Ruby Times 25/09/2015 at 14:46

      To naprawdę przeraża. Rodzice zastanawiający się, gdzie można kupić.. najtańsze parówki!!! WTF?

    • Reply radoSHE 25/09/2015 at 23:09

      O matko! Przerażające!
      Wiecie co, mnie najbardziej zadziwia, że w wysoko rozwiniętych krajach (np. skandynawskich, we Francji, czy w Niemczech) taka polityka żywieniowa w placówkach dla dzieci to norma od długich długich lat. Ta rozgorączkowana dyskusja, która teraz trwa, te awantury ajentów, dziwna postawa nauczycieli (jak u Was Ruby), czy przykłady, które podała Karolina-to wszystko brzmi zatrważająco. Dopiero teraz, jak słucham różnych głosów w tym temacie, uświadamiam sobie, że pod pewnymi względami Polska to jednak jest sto lat za same wiecie kim :/

  • Reply panna0ceanna 25/09/2015 at 15:00

    świetnie Agata! Otóż to! wszystko dla ludzi ale z głową i umiarem ;)

    • Reply Agata / Ruby Times 25/09/2015 at 20:44

      Dokładnie :)

  • Reply FrenchKate 25/09/2015 at 16:20

    Wydaje mi się, że niedostatek soli i cukru w potrawach jest tu tylko nieudolną próbą wytłumaczenia braku kreatywności ze strony kucharzy/kucharek. Oczywiście za 5 złotych na dzień ciężko by oczekiwać deserów z nasion chia i jagód goji. Ale prawda jest taka, że sezonowe owoce (które są przecież tanie) sprawdzą się doskonale jako deser, a miód doskonale zastąpi cukier. Zioła, czosnek i sok z cytryny nadadzą smak potrawom bez soli. Wykształcenie nowego nawyku (nasz niestety mózg nie robi podziału na nawyki dobre i złe) zajmuje dwa tygodnie i im młodszy człowiek, tym łatwiej mu to przychodzi. Oznacza to, że jeżeli nie lubimy jakiegoś warzywa, to wystarczy zmuszać się do jego jedzenia przez 2 tygodnie, a potem będzie nam już smakować (w taki sposób przekonałam się do selera naciowego i fenkułów;). Też kiedyś słodziłam kawę i herbatę (i to po 2 łyżeczki!). Teraz słodka herbata/kawa mi najzwyczajniej nie smakuje. Najtrudniej chyba przychodzi odstawienie soli, ale daję radę (tylko mój Francuz bez zbędnego komentarza sam sobie dosala swoją porcję na talerzu). Myślę, że rodzice powinni takie zmiany zacząć od siebie i tu chyba pojawia się największy problem. Gotowanie zdrowych posiłków dla dzieci oznacza bowiem, że rodzic też będzie musiał jeść te niedosolone ziemniaki i pić niesłodki kompot. Dzieci nie będą mieć z tym zapewne problemu, gorzej chyba z rodzicami. Dlatego nie są oni skłonni do takich zmian. To zwykle rodzice przenoszą swoje upodobania i niechęci kulinarne na dzieci (na przykład nie brokuła, to go nie serwuję dzieciom). Co do przekonania o zdrowym odżywianiu u większości Polaków, to bazuje ono na przekonaniu, że jogurty smakowe, soczki z kartonów, nutella i płatki kukurydziane są zdrowe. Do tego dochodzi problem z kontrolowaniem porcji spożywanych posiłków i ilością oliwy (oleju/masła/smalcu) dodawanej podczas gotowania. Tu chyba nie trzeba wyjaśnień. Dzięki za świetny tekst!

    • Reply Agata / Ruby Times 25/09/2015 at 20:43

      Zdrowe dosładzacze (miód, syrop klonowy, ksylitol) są akurat dość drogie jak na przedszkolny budżet. Ale warzywa i owoce bywają tanie. Zrobić fasolowy lub grochowy dip, a’la hummus i do tego marchew i ogórki w słupki pokroić. Groch tani, marchewka i ogórek tanie. Moje Stwory byłyby zachwycone. Ale.. wiesz – nie wiem czy inne dzieci tknęłyby surową marchewkę!. Problem jest taki, że niektóre dzieci w przedszkolu po raz pierwszy widzą pewne dania: np zupę krem, albo makaron ze szpinakiem. Wiadomo, że nie zjesz, jeśli nie znasz!

      Rodzice są często po prostu zbyt zabiegani/leniwi, by się postarać.
      Ja zmieniłam dużo w swojej kuchni, gdy pojawiły się dzieci. Wcześniej zdarzało mi się używać np osławionych kostek rosołowych, teraz z gotowców i ułatwiaczy stosuję jedynie pokrojone mrożonki. Wielkie „nie” dla chemii! Da się zmienić, trzeba tylko chcieć!

  • Reply Esencja 25/09/2015 at 21:48

    Agata, mówisz o przedszkolu, a wiesz co się dzieje w szkołach? W przedszkolu to jeszcze ktoś się stara, ma na uwadze dobro i zdrowie dzieci, a my rodzice mamy wpływ na to jak są odżywiane. Ale w szkole?…. Tu dopiero zaczyna się bonanza. Bardzo cieszy mnie nowa ustawa, ale kompletnie załamuje brak przedsiębiorczości, pomysłowości i chęci kontynuowania swojego biznesu na nieco zmienionych zasadach właścicieli szkolnych sklepików. Znakomita ich większość pozamykała swój interes i efekt jest taki, że okoliczne sklepiki przeżywają totalne oblężenie uczniów wpadających na przerwie i zaopatrujących się w colę i drożdżówki. Byle zdążyć z powrotem na lekcję. Można się załamać. Z A Ł A M A Ć.

    • Reply Agata / Ruby Times 25/09/2015 at 21:55

      Fakt że nasze przyjazne państwo też mogło być odrobinę bardziej „przyjazne” i ustawę podpisać np w lipcu, a nie początkiem września. Ale to i tak nie usprawiedliwia sprzedawców, bo wiedzieli co się święci! Ja myślę, że biznes nie znosi próżni, w miejsce tych sklepików z czasem powstanie coś innego, ktoś zacznie robić zdrowe kanapki, serwować wyciskane soki i być może część dzieciaków uzna to za równie atrakcyjne, co drożdżówka i cola. Przynajmniej mam taką nadzieję!

  • Reply cytrynna 26/09/2015 at 00:38

    Ojej, my w przedszkolu płacimy 9 złotych i jest szał. Menu każdego dnia jest takie atrakcyjne, ale bywają i ciasta domowe. Dziś był krem z dyni, zaś gdy w domu zapodałam dynię, to została prędko i z obrzydzeniem wypluta.

    Jeśli chodzi o ustawę, to wydaje mi się, że ona godzi w takich rozsądnych jak my, bo przecież potrafimy zachować umiar i nie w tym rzecz by nie było cukru i soli, lecz by było ich rozsądnie niedużo i żeby były inne rzeczy też. Ale skoro są tacy, którzy szukają tańszych parówek, to widać trzeba było ustawy.

    Sama mam żal do mamy/babci, że nauczyły mnie słodzić herbatę i lubić pierogi i knedle (zawsze odmawiałam mięsa i wówczas dostawałam coś pysznego- słodkiego i mącznego). Dziś walczę z oponką (ale po dwóch porodach to mam małe usprawiedliwienie i oponka też nie jest wielka), ale z cukru w herbacie nie zrezygnuję. Za to dzieci żywię lepiej niż siebie. I walczę z moją mamą przeciwko każdemu ciastku. No a dzieci, chociaż jakoś nie lecą na warzywa (poza pomidorami), to zjadają schabowe jak ciastka. Tylko z Mężem mam problem- bo on całe życie zdrowo (=bez cukru i mało soli) lecz monotonnie żywiony i nie umie oprzeć się frytkom, zaś opiera się bardzo soczewicy.

    • Reply Agata / Ruby Times 26/09/2015 at 14:22

      Fajnie – wolałabym płacić 9 złotych, by był szał :)

  • Reply Ania D. 26/09/2015 at 08:46

    Aż się uśmiechnęłam jak to przeczytałam :) U nas na zebraniu w przedszkolu w tym samym temacie Pani dyrektor powiedziała że na miesiąc mogą użyć tylko kg soli do wszystkiego.. Spytałam czy to mało. W odpowiedzi usłyszałam to samo – że jedzenie jest mdłe i nijakie :P Jak powiedziałam, że mi tyle soli starcza na pół roku albo i lepiej to spytała czy my nie solimy :P

    • Reply Agata / Ruby Times 26/09/2015 at 14:23

      Dziwi mnie zwłaszcza postawa tych nauczycieli. Są tak przyzwyczajeni do „starego”, że zupełnie nie widzą plusów wynikających z ustawy, przynajmniej dla tych mniejszych dzieci. Ludzie zajmujący się edukacją!

      • Reply Ania D. 27/09/2015 at 10:49

        Najpierw to chyba ich myślenie na ten temat musi się zmienić aby to popierali. Szkoda, bo oni też powinni naszym dzieciom przekazywać zdrowe nawyki i popierać takie żywienie.

  • Reply Zuzi Clowes 26/09/2015 at 15:22

    Wiesz co Agata, wczoraj byłam u mojego chrześniaka który od września jest uczniem klasy drugiej. I mówi do mnie ‚Ciociu, ciociu,a ja dzisiaj jadem sól!’ – ja wybałuszam oczy i o co kaman, przy czym mama chrześniaka mi objaśnie – tak się właśnie kończy ustawa. Dzieci przynoszą do szkoły swoją sól i cukier, na potęgę dosalają i dosładzają (za przyzwoleniem rodziców, bo jakoś nie widzę ośmiolatków wykradających potajemnie sól i cukier z domu) jedzenie nie tylko swoje ale i kolegów i koleżanek. MASAKRA.

    Świetny tekst, jak zwykle. Tylko trochę się przyczepię do tej oponki – piszesz o dziewczynach które nie rodziły, a w poście o fitnesie z przypałem o tym, że rodzenie usprawiedliwieniem dla oponki nie jest. Ej, to jak to jest?

    Ja mogłabym jeść samo zdrowe jedzenie, takie mi najbardziej smakuje. Plus desery. Z ciast i gorzkiej czekolady nie zrezygnuję, choć może gdybym miała 10 kilo nadwagi a nie dwa to bym zrezygnowała.

    Ściskam!
    z.-

    • Reply Agata / Ruby Times 26/09/2015 at 17:15

      No nie jest usprawiedliwieniem ta oponka, chociaż sama pamiętam, gdy jakieś 3 tygodnie po porodzie udałam się do centrum handlowego, z wielkim kompleksem jak ja wyglądam.. i zobaczyłam takie 3 szestastoletnie sztunie, które wyglądały duuuuużo duuużo.. obficiej niż ja niespełna miesiąc po dostarczeniu Kropki na świat. Chyba w związku z tym napisałam o tym rodzeniu, jakoś tak mi zapadło w pamięć.

  • Reply No.2 27/09/2015 at 01:31

    kiedy zapisywalam Pole do zlobka to rozmawiałyśmy o stołówkowym żarciu i karygodnych jadłospisach. Zaperzałam sie wtedy, ze to najistotniejsze na świecie, a teraz, po miesiącu i pierwszym naszym zebraniu olewam trochę temat i nawet nie wdaje sie w dyskusje z rodzicami. Uświadczyłam na własnej skórze ignoranctwa i złych zwyczajów (choć w innej sferze), wiec nic mnie nie dziwi… Nadal jednak bulwersuja krzesełka i to żłobkowe do siedzenia, zwłaszcza dla ciężarnej ;) :) a więcej o naszym zebraniu na blogu – w razie w. :)

    • Reply Agata / Ruby Times 27/09/2015 at 07:59

      Oo, rzucę okiem :) Widzisz te jadłospisy nie są najgorsze – już przeżyję śniadania w stylu płatki kukurydziane lub czekoladowe z mlekiem, czy deserki składające się z ciastek. Ok, w domu też nam się zdarza jeść niezdrowo, więc jak raz na tydzień zobaczę coś takiego w menu to mi nie przeszkadza, ważne że nie codziennie.
      Najgorsze jest nastawienie tych ludzi, którzy nagle po latach używania ton cukru, maggi i soli mają pretensje do świata że wymaga od nich jakichś fanaberii. Oni – jako pedagodzy i pracownicy oświaty – powinni stać murem za ustawą i nie kwestionować jej w oczach rodziców. Powinni edukować, uświadamiać, nawet jeśli ustawa ma braki i została wprowadzona na szybko i byle jak to i tak ma sens. Tymczasem nauczyciele puszczają do rodziców oko i wszyscy wspólnie podważają sens zdrowego odżywiania dzieci. Dzieci nie są głupie – widzą, że coś nie gra, skoro dorośli maja takie podejście i po prostu je przejmują. Smutne.

  • Reply No.2 27/09/2015 at 13:04

    Po rozmowie z zaprzyjaźnionymi matkami tracę wiarę w pedagogów, którzy stoją murem za edukacja przez duże E – bez względu czy mówimy o żywieniu czy o wyborze podręczników. Rodzicom jestem w stanie wybaczyć niewiedzę bo mogą nie szukać, nie interesować albo zwyczajnie mogą byc ekspertami w innej dziedzinie. Ale nauczycielom na każdym stopniu nie wybaczę niewiedzy i niekompetencji.

  • Reply Kluscka 28/09/2015 at 03:05

    To jest takie polskie i smutne. Zaglądania na podwórko do sąsiada, do łóżka, do gara. Kuzynka usilnie namawia mnie na bycie wege. Niby zdrowo, a na Jej wege sałatce tona soli. Kuzynka nie lubi dzieci. Oficjalnie to ogłosiła na roczku mojej Córki. Może powinnam Ją namówić na bycie Mamą? U nas rozmowa na temat menu dzieci w przedszkolu zakończył a się tak: „Nie macie Państwo pojęcia jakie tony jedzenia lądują w koszu. To jest dramat.” Rodzice: „Zmieńmy Kucharza”. Pani Dyrektor „Mówiliście mi, że jest najlepszy w mieście.” Ustawa jest zbyt drastyczna. Jestem za wodą między posiłkami i owocami zamiast cukierków na urodzinach. Efekt ustawy 9 zł dziennie w koszu, a dziecko wygłodzone rzuca się na talerz po powiecie z przedszkola…

    • Reply Agata / Ruby Times 28/09/2015 at 12:48

      Myślę, że niekoniecznie to efekt ustawy. To problem z tymi kucharzami z przedszkoli i szkół, którym ciężko się zreformować po tylu latach lania maggi do zupek i sosów. Gdy patrzę na nowe, modne bistra powstające w centrach miast, gdzie można zjeść pyszne ciasta z buraków i czekolady, lub szpinaku i mascarpone, a dania obiadowe są lekkie zdrowe i TANIE to myślę, że ci skostniali i zacofani kucharze właśnie stamtąd powinni brać przykład. Da się ugotować tanio i dobrze. I dzieci też się będą zajadać, pod warunkiem, że ktoś się nieco postara. Problem w tym że przedszkolne jedzenie nigdy nie było super smaczne – sól i cukier nieco to maskowała, teraz została sama „mdłość”.

  • Reply Jacek 11/10/2015 at 12:33

    Czołem. Czytam Waszą dyskusję i myślę sobie, że wiele odpowiedzi na pytania, uwagi i wątpliwości Rodziców znajdziecie w programie, którego mam przyjemność być reżyserem, czyli: Misja Stołówka. W każdy wtorek o 21:30 w Polsat Cafe znajdziecie opowieść z kolejnej szkoły, w której nasz prowadzący, Grzesiu Łapanowski udowadnia, że zdrowo to również smacznie. I nigdy nie przekroczyliśmy stawki 6 złotych za dwudaniowy obiad, a raczej – jesteśmy zdecydowanie poniżej, bo znamy realia. Zapraszam serdecznie, a przy okazji – super blog:) Pozdrawiam Jacek Zakrzewski

    • Reply Agata / Ruby Times 11/10/2015 at 19:38

      Dziękuję serdecznie. Też mam często wrażenie, że mówienie o kosztach takich obiadów to trochę wymówka, bo np. ze zdrowych warzyw (które są przecież tanie) można ugotować wiele pysznych dań naprawdę niedrogo. Chętnie obejrzę program. Pozdrawiam również!

    Napisz, co o tym sądzisz