Codzienność

Co roku o tej samej porze

Co roku o tej samej porze zabieram aparat, pierścienie do zdjęć makro i wychodzę do ogrodu. Co roku na tym niepozornym kawałku ziemi, trawy i krzaczorów rozglądam się z zachwytem, z pełnym napięcia wyczekiwaniem. A gdy już wystrzeli pąkami przyroda, gdy drzewa zazielenią się „nie na żarty”, jak mówi poetka, wtedy robię zdjęcia.

Zdjęcia niemal identyczne, jak te, które zrobiłam rok temu.

Dlaczego wciąż to robię? Dlaczego za każdym razem zachwycam się perfekcją z jaką natura szkicuje swoje obrazy z rozwijających się młodziutkich listków, z ich niepowtarzalnym, soczystym kolorem, symetrią, doskonałością wykonania na miarę wzornictwa najwyższej próby?

Well, chyba się zagalopowałam i przypadkiem już sobie odpowiedziałam na to pytanie.

Idę dziś z Lolkiem do ogrodu, wypielęgnowanego ręką moich kochanych Rodziców. To oni posadzili wszystkie drzewa i oni dbają o kwiatowe grządki, bo my, zajęci naszą liczną czeredką, nie jesteśmy w tym ogrodnictwie zbyt pomocni. Rozglądam się – śliwa już kwitnie, migdałowiec ostrożnie rozwija swoje tiulowe pączki w kolorze soczystego różu. Mama zdążyła pobielić wapnem pnie drzew, dzięki czemu nabrały świeżego, wiosennego wyglądu.

Cieżka ta pierwsza połowa kwietnia, w głowie telepią się niewesołe myśli o dziecięcych gorączkach, ząbkowaniach, o nieprzespanych nocach, o podłogach uściełanych żołądkowymi treściami.

Lolek akurat ma się całkiem dobrze, dlatego we dwójkę zostaliśmy oddelegowani na przewietrzenie się w altanie. Tylko ja i jedno – wkrótce śpiące sobie niewinnie w wózku – dziecię. Pasami zapięte, zupełnie rozbrojone i niegroźne.

Ileż to planów próbuję upchnąć w tej wizji ogrodowej sielanki, niespiesznych chwil z nosem wystawionym do słońca! Niepoprawny optymizm towarzyszy mi w przygotowywaniu się do godzinnej drzemki najmłodszego dziecka, a żeby pojąć jak bardzo rozległy jest ów optymizm, wystarczy rzucić okiem do torby ogrodowej.

Jest tam termiczny kubek z herbatą malinową, delikatnie osłodzoną miodem, paczka suszonych moreli, a nawet kawałek czekolady z orzechami, zawinięty w sreberku („niech to zostanie między nami” – mówię poważnie do Lolka, obserwującego jak pakuję ją do torby).

Jest też notes i długopis, bo krąży po mej głowie nieco myśli i chciałabym je w końcu spisać zanim bezpowrotnie odlecą, spisać w najprostszy, najbardziej analogowy sposób. Do torby wrzucam też książkę Stephena Kinga („Rose Madder”), która właśnie zaczęła się rozkręcać tak, że aż ciężko się od niej oderwać i zapomnieć podczas domowych obowiązków. I błękitno-turkusowe lakiery do paznokci, bo wiosenny pedicure sam się nie zrobi. I jeszcze krem do opalania, by wystawić blade nogi na działanie słonecznych promieni.

Jak już wspomniałam na początku, spakowałam też mój wierny aparat i pierścienie powiększające, by uchwycić wszelkie niuanse wczesnowiosennej natury: różowych pomponików, z których rozwiną się kwiatki migdałowca, śmiesznych pręcików, zakończonych żółtymi kuleczkami, które ozdabiają delikatne kwiaty śliwki i oczywiście szalonej żółtej plamy mych ukochanch forsycji, zwiastujących najlepszą porę roku.

Zaiste, bogaty plan jak na jedną, niepozorną drzemkę niemowlęcia w ogrodzie! Co było dalej? Ile procent normy udało się zrealizować?

Niebieskie paznokcie błyszczą w słońcu, wespół z białymi nogami posmarowanymi kremem z filtrem tworzą iście marynistyczne reminescencje. Zamykam notes, w którym nabazgrałam całkiem spory wpis. Zniknęły suszone owoce, puste sreberko po czekoladzie świadczy o dokonanym tu przestępstwie, kubek po herbacie został wrzucony niedbale do torebki. Stephen King jeszcze bardziej rozbudził moją ciekawość, a czasu starczyło tylko na dwa rozdziały.

Przyszedł czas na rundę po ogrodzie z aparatem, i właśnie wtedy mały Lolek obudził się wielce niezadowolony z życia. Stąd me tegoroczne zdjęcia od zeszłorocznych różni głównie stopień rozmazania i wyżyny nieostrości. Już na mocnej syrenie rocznego człowieka wyginającego śmiało ciało w swoim wózku, zupełnie jak jakiś Hulk, który chce siłą mięśni zerwać krępujące go więzy. W tych warunkach nie dało się pracować, chociaż magnolia zerknęła na mnie zachęcająco, falując bladoróżowymi płatkami, gdy z wrzeszczącym Stworem szłam już w stronę domu. Pręciki z żółtymi kuleczkami.. i migdałowe pomponiki, i żółte kieliszki forsycji. Poczekajcie moje drogie, niech ktoś włączy przycisk z napisem „pauza”, niech ta pora roku zatrzyma się na chwilę z całą słodką obietnicą tego, co przyjdzie później.

Guzik z „pauzą” zaciął się jednak i wcale nie chce się wcisnąć. Szary i słoneczny początek kwietnia zamienił się niepostrzeżenie w soczysto-zielony i bardzo zimny środek tego miesiąca.. Wystawianie nóg do słońca wydaje się być co najmniej ekstrawagancją w tych arktycznych okolicznościach.

Minęły mordercze conocne zmiany w pracy męża, przeszły ekspresowe porządki i przygotowania przed imprezą 3 w 1: Wielkanoc, chrzciny i pierwsze urodziny Lolka. Było kilka epickich fakapów, gdy dwa dni przed uroczystością zepsuła się pralka – nasze perpetuum mobile, uruchamiane codziennie przynajmniej raz i wkrótce potem zaczęłam zadziwiać moją mamę ilością wielkich misek wyładowanych mikro-ubrankami, które teraz zanoszę do niej. Mniej więcej w tym samym czasie szukałam po nocy kościoła w akcji „Noc Konfesjonałów”, by dokonać wreszcie spowiedzi o dwudziestej trzeciej w miejscu wyglądającym jak dekoracja do Star Trek z lat siedemdziesiątych.

Dzień przed imprezą pojawiła się w naszym wreszcie lśniącym domu coroczna plaga mrówek, a na plamoodpornym obrusie ujrzeliśmy plamy. Nie zdążyliśmy umyć auta, a musicie wiedzieć, że nasze auta bywają bardzo brudne – myjemy je zazwyczaj wtedy, gdy pojawia się nowy członek rodziny (chyba czas zmienić zwyczaje). I biszkopt na tort się mężowi nie dopiekł pierwszy raz w życiu, mąż ratował go sobie tylko znanymi sposobami. Komplementów zebrał ten tort co niemiara, zjadacze się pewnie właśnie dowiadują, że był nieudany. Ale to wszystko nieistotne – patrzę na cudnie zaokrąglone, mądre oblicze mojego rocznego chłopca i ocieram dyskretnie łzę wzruszenia, bo z wiekiem robię się nieznośnie sentymentalna.

Nie ruszyłam już tego Stephena Kinga, nie spojrzałam nawet na różową magnolię, nie wiem co słychać u forsycji w ogrodzie, ale mam nadzieję, że niedługo się to zmieni. I że to będzie naprawdę piękna wiosna, czego i Wam życzę.

A na proofreading nie starczyło czasu, wybaczcie. Za to zostawiam Was ze zdjęciami, biegnę do Lolka, który wyciąga już rączki z kojca. Pa.

poprzedni wpis następny wpis

Przeczytaj koniecznie

13 komentarzy

  • Reply Marta 17/04/2017 at 20:15

    Początek jakby o mnie ;) makro, wszystkie kwiatki obfotografowane po milion razy co roku :) ale to kocham, no! :)

    • Reply Agata / Ruby Times 18/04/2017 at 12:41

      Ja też, nic nie poradzę :)

    • Reply Algo 21/04/2017 at 20:27

      Też tak mam. Zwłaszcza jak iglaki wypuszczająte zielone końcówki.

  • Reply Zuzi Clowes 17/04/2017 at 21:30

    Ależ miłości w tym wpisie! Też się chyba na starość robię sentymentalna, bo mimo tego że jestem miejska do szpiku kości to u Ciebie i forsycja mnie wzrusza. Też uwielbiam tę porę roku, wspaniale jest. Kiedy jest jednak bardziej jak u Ciebie w ogródku a mniej jak obecnie za oknem, to jest. I sto lat dla Lolka! <3

    • Reply Agata / Ruby Times 18/04/2017 at 12:42

      Dzięki :) Tak, we wpisie zdecydowanie przyjemniej niż za oknem :D

  • Reply Joaleks 18/04/2017 at 13:33

    U mnie podobnie… w tym roku po raz pierwszy fotografuję rośliny w SWOIM ogrodzie, wymarzonym i wytęsknionym!:) troche pustawy i łysawy jeszcze, nawet trawę jeszcze mamy małą (i nie wszędzie, gdzie być powinna),ale jak cieszy!
    Piękna jest ta cykliczność przyrody, ta pewność, że wiosna w końcu przyjdzie… jednak co roku zachwyca i raduje tak, jakby miało jej jednak nie być:)

    • Reply Agata / Ruby Times 18/04/2017 at 14:03

      Też z wiekiem coraz bardziej doceniam tę cykliczność :)

  • Reply pola - odpoczywalnia 18/04/2017 at 15:15

    ach, jak pięknie!
    Zachwyca niezmiennie to rozkwitanie, zawsze wyczekane tak, jakby to było po raz pierwszy:)

    • Reply Agata / Ruby Times 20/04/2017 at 13:18

      Za każdym razem :)

  • Reply Ola 18/04/2017 at 15:31

    Każdorazowo zachwycam się waszym ogrodem. Nie jest skopiowany z katalogu ogrodniczego tylko ma swój, indywidualny charakter. Jest pełny, kompletny i wesoły. I myślę, że odzwierciedla rodzinę, która w nim mieszka 😉

    • Reply Agata / Ruby Times 20/04/2017 at 13:19

      Myślę, że faktycznie odzwierciedla :) Nie jest od linijki, perfekcyjnie rozplanowany. I chyba źle byśmy się czuli na wystawce sklepu ogrodniczego :)

  • Reply e-milka 18/04/2017 at 18:31

    Kocham te Wasze detale: luk, chomato, kolory.

    • Reply Agata / Ruby Times 20/04/2017 at 13:18

      Chomąto to inicjatywa Dziadka. A łuk kto zrobił? Również Dziadek oczywiście :D <3

    Napisz, co o tym sądzisz